Upał nad Krakowem stał taki, iż gołębie na Rynku przestały się ruszać. Pod sukiennicami tłum turystów przypominał jedno zmęczone zwierzę. Tramwaj numer osiem tkwił przy Teatrze Słowackiego od dziesięciu minut, a motorniczy przez megafon prosił, żeby nie otwierać drzwi, bo klimatyzacja nie daje rady. Bożena Wójcik siedziała przy oknie i patrzyła, jak pan w słomkowym kapeluszu próbuje wlać sobie wodę mineralną za kołnierz.
— Wysiadamy — powiedziała nagle Marysia, jej kumpela od czterdziestu lat, z którą dzieliła sekretarzyk jeszcze w kombinacie.
— Gdzie?
— Gdziekolwiek. Na następnym.
— Przecież miałyśmy do Galerii po buty.
— Przełożymy buty. Ty widziałaś, co się dzieje? Spójrz na tego pana z pieskiem. Piesek się roztopił. Chodź, przejdziemy się Starym Kleparzem, a potem wstąpimy gdzieś, gdzie jest chłód i nic nie kosztuje oglądanie.
Bożena chciała zaprotestować, iż tramwaj jednak ruszy, iż buty są ważne, iż umówiła się sama ze sobą. Ale Marysia już wstała, a za nią podniosła się jakaś młoda para, jakby też tylko czekali na pretekst. W drzwiach owiało ich gorące powietrze gęste jak zupa.
Przeszły przez ulicę i weszły na Kleparz. Stragany pachniały truskawkami, które pod wieczór sprzedawano już prawie za darmo, i koperkiem związanym w pęczki. Marysia kupiła kubek malin i zaczęła jeść prosto z niego.
— Chodź, tam na rogu jest taki mały butik, widzisz? "Second chic". Zawsze się śmieję, iż to szmatki po nieboszczkach, ale raz znalazłam tam jedwabną apaszkę. Za siedem złotych.
— Mnie nic nie trzeba — powiedziała Bożena machinalnie.
— Każdy tak mówi. A potem wychodzi z torbą.
To była jedna z tych irytujących uwag, które Marysia rzucała od niepamiętnych czasów i które zwykle sprawdzały się z precyzją szwajcarskiego zegarka.
Lokal pachniał lawendowym odświeżaczem powietrza i starą farbą drukarską z książek, które też tu sprzedawali. Klimatyzacja szumiała, jakby za chwilę miała odlecieć. Na wieszakach wisiały cudze historie: żakiety z lat dziewięćdziesiątych, sukienki nigdy niezałożone na wesele, swetry we wzorki, przy których Bożenie robiło się ciepło od samych wspomnień. Przerzucała wieszaki bez przekonania. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat kupowała ubrania rozsądnie: szare spodnie na działkę, granatową bluzkę na wizytę u lekarza, beżowy sweter na spotkanie z synem w mieście, kapcie domowe w kolorze, który nie krzyczał. Wszystko miało być praktyczne, nie zwracać uwagi, nie prowokować pytań. Czasem tylko, gdy mijała wystawę z czymś czerwonym albo w kwiaty, coś w niej drgało. Ale mijała szybko.
I wtedy ją zobaczyła. Sukienka. Cytrynowo-żółta. W wielkie, soczyste pomarańcze. Na cienkich ramiączkach. Materiał zwiewny, prawie przezroczysty od lekkości. Nie wyglądała, jakby pochodziła z czyjejś szafy — wyglądała, jakby wylądowała tu prosto z cudzego życia. Z życia kobiety, która pije kawę na balkonie w Neapolu, a nie herbatę w bloku przy alei Słowackiego.
— O — powiedziała Marysia, która podeszła z tyłu z malinami. — To jest coś.
Bożena natychmiast udała, iż patrzy na sąsiedni wieszak z kraciastymi koszulami. Ale sprzedawczyni już to wyczuła. Sprzedawczynie w second-handach mają w sobie coś z wytrawnych psycholożek: kobieta choćby jeszcze nie wie, iż chce, a one już podają rozmiar.
— Może przymierzy pani? — zagadnęła. Była młoda, miała krótkie włosy i uśmiech, który nie osądzał. — To jedwab. Prawdziwy. Nie widać, dopóki się nie dotknie.
— Nie, nie, dziękuję. Ja przyszłam tylko z koleżanką.
— Oczywiście. Zawsze tak jest. A potem koleżanka znajduje skarb, a pani zostaje z niczym. Przymierzalnia jest tam, za kotarą.
Marysia szturchnęła ją łokciem: — No idź. Tramwaj i tak nie przyjedzie, bo go chyba rozpuściło.
— Przecież ja w czymś takim… Gdzie ja w tym pójdę? Po bułki?
— Chociaż zobacz, jak leży.
Kotara zasłaniała się na trzy czwarte. Bożena weszła do środka z sukienką, jakby przekraczała próg miejsca, gdzie obowiązywały inne zasady. Zdjęła swoją beżową bluzkę — starannie złożoną na półeczce — i spojrzała w lustro. Najpierw zobaczyła to, co zwykle: przygarbione lekko ramiona, skórę na rękach, która nie była już jędrna, brzuch, który dawno temu był talią. Szyję, na której czas rysował swoje delikatne mapy. Zmarszczki przy oczach. Wszystko to znała. Lustro tylko potwierdzało fakty.
Sukienka wsunęła się przez głowę gładko. Poprawiła ramiączka, obciągnęła dół i zamarła. Pomarańcze były wszędzie. Wielkie, bezczelne, śródziemnomorskie. Nie odmładzały jej. Nie wyszczuplały. Nie obiecywały cudów. Po prostu krzyczały: tak, to kobieta po sześćdziesiątce, z rękami, które dużo pracowały, z kolanami, które pamiętają wszystkie klęczniki w kościele, i ona ma na sobie jedwab w pomarańcze. I co z tego.
Zza kotary rozległ się głos Marysi: — Żyjesz?
— Nie jestem pewna. Społeczeństwo może tego nie przeżyć.
Sprzedawczyni zawołała wesoło: — Pomarańcze panią odświeżają! Poważnie!
— Ciszej! — syknęła Bożena, ale było za późno. Przy kasie obejrzała się kobieta z torbą pełną włoszczyzny, a jakaś dziewczyna przy wieszaku z płaszczami uśmiechnęła się.
Marysia podeszła bliżej: — Pokaż.
— Nie ma mowy.
— To wchodzę.
— choćby nie próbuj.
Bożena uchyliła kotarę na szerokość dłoni. Marysia zajrzała, przestała przeżuwać maliny i powiedziała zupełnie bez kpiny:
— Kurczę. Naprawdę dobrze.
To było najgorsze. Gdyby Marysia się roześmiała, można by się obrazić i oddać wieszak. Gdyby sprzedawczyni zaczęła słodzić, można by zwalić na handel. Ale Marysia powiedziała to tak, jakby sama była zaskoczona. W tym "dobrze" kryło się coś niebezpiecznego — prawda.
Bożena wyszła. W sklepie zapadła ta specyficzna półsekunda ciszy, po której kobieta natychmiast żałuje wszystkich swoich decyzji. Sprzedawczyni klasnęła: — No i widzi pani! Mówiłam! To włoski jedwab, czysty przypadek, iż trafił do nas. Niech pani bierze.
Kobieta z włoszczyzną pokiwała głową, jakby była członkinią komisji akredytacyjnej. Dziewczyna od płaszczy powiedziała cicho: — Świetny kolor przy pani włosach.
Bożena stała na środku sklepu i nie czuła się piękna. Czuła się widoczna. To było przerażające i ekscytujące jednocześnie. Całe życie chciała być przezroczysta, wygodna dla oczu innych, nienarażająca na komentarze. Po pięćdziesiątce bała się słowa "odmładza się". Po sześćdziesiątce — jeszcze bardziej. Odmładzająca się — tak mówiono w bloku o sąsiadce z parteru, która zafarbowała włosy na rudo i nosiła spódnice przed kolano. Bożena zawsze powtarzała: "To nie dla mnie, ja już swoje lata mam". I mówiła to tak często, jakby ktoś codziennie żądał od niej wyłącznie aktu urodzenia.
Ale prawda była prostsza. Czasem, wieczorem, przed snem, miała ochotę się sobie podobać. Nie mężczyźnie, nie sąsiadce, nie ekspedientce. Sobie. Tylko to pragnienie wydawało jej się nieprzyzwoite, jak radio włączone za głośno po dziesiątej.
Marysia obeszła ją dookoła i westchnęła: — Wiesz, bo ja bym wzięła, ale na mnie byłoby za ciasno. A na tobie leży, jakby na ciebie czekało.
— Czekało. W second handzie na Kleparzu.
— Los bywa przewrotny.
Cena okazała się nie taka mała. Jak na second hand — spora. Bożena od razu się ożywiła: cena to był teren, na którym czuła się pewniej niż przed lustrem. Powiedziała sprzedawczyni, iż za tyle pieniędzy to pomarańcze powinny być jadalne i sezonowe przez cały rok. Sprzedawczyni odparła, nie mrugnąwszy, iż to jedwab, iż sukienka ma metkę z lat osiemdziesiątych i iż jest tylko jedna, a Pani jest tej sukience pisana.
— Ja nic nie mówiłam, iż biorę.
— Ale już się Pani kłóci nie ze mną, tylko ze sobą. To zwykle trwa dłużej, ale kończy się tak samo.
Marysia parsknęła śmiechem. Bożena chciała się oburzyć, ale śmiech przyjaciółki rozbroił ją całkowicie. Weszła za kotarę, zdjęła sukienkę i na powrót wciągnęła swoją beżową bluzkę. Od razu zrobiła się szara, bezpieczna. Jakby wróciła do kolejki, w której stała od lat.
Zapakowały zakup w papierową torbę z napisem "Daj drugie życie". Bożena zapłaciła, przeliczyła resztę, schowała paragon do portfela i westchnęła: — Będzie leżeć. Gdzie ja w tym wyjdę?
— Na początek — ze sklepu — odparła sprzedawczyni.
— Logiczny pierwszy krok — przytaknęła Marysia.
Na zewnątrz upał wciąż wisiał nieruchomo. Doszły do Plant i usiadły na ławce w cieniu kasztanowców. Bożena trzymała torbę, jakby niosła w niej bombę zegarową.
— Przebierz się — powiedziała Marysia, liżąc lody waniliowe kupione w budce obok.
— Gdzie? Pod tym drzewem?
— W toalecie w tej knajpce. Tam za rogiem, "U Zalipianek".
— Po co?
— Żebyś w domu nie odłożyła torby do szafy i nie zapomniała o niej do przyszłego lata.
Bożena spojrzała na nią podejrzliwie. Marysia wyglądała jak osoba, której łatwo przychodzi radzenie cudzej odwagi. Ale w tych słowach był sens. W domu sukienka trafiłaby na półkę. Potem do torby "oddać komuś". Potem stałaby się anegdotą: "Kupiłam kiedyś taki szalony ciuch". Znała siebie.
Wstała i poszła do knajpki. Pięć minut później wyszła w pomarańczach.
— I jak? — zapytała, rozkładając ręce.
— Jak włoszka — orzekła Marysia. — Chodź, przejdziemy się przez Rynek, stamtąd złapiemy tramwaj.
— Przez Rynek?! Tam jest pół miasta!
— No i dobrze. Niech widzą.
Szły przez Planty, potem przez ulicę Szewską. Na Rynku turyści robili zdjęcia gołębiom i Sukiennicom, a Bożena czuła się, jakby wieża Kościoła Mariackiego patrzyła tylko na nią. Minęli grupkę młodzieży. Jeden chłopak odwrócił się i powiedział do kolegi: "Ale stylówa". Nie wiedziała, czy to ironia, czy nie, ale Marysia uśmiechnęła się pod nosem.
Przy przystanku na Teatrze Bagatela czekała na tramwaj numer osiem. Ten sam, który utknął godzinę temu. Ludzie wsiadali powoli, roztopieni upałem. W środku było tłoczno i duszno. Konduktor, młody mężczyzna z kolczykiem w uchu, przedzierał się przez tłum, sprawdzając bilety. Kiedy stanął przy Bożenie, spojrzał na jej sukienkę i powiedział głośno:
— Proszę państwa, mamy dziś w tramwaju wakacje. Szanowna pani w cytrusach, czy mogę prosić o bilet?
Pół wagonu się obejrzało. Kilka osób się uśmiechnęło. Jakaś dziewczynka pociągnęła matkę za rękaw i zapytała: "Mamo, czy ta pani jest z telewizji?". Bożena spłonęła rumieńcem tak gorącym, iż pomarańcze mogłyby dojrzeć od nowa. Marysia za jej plecami chichotała. Bożena już prawie była gotowa zapaść się pod podłogę, ale wtedy starsza pani z siatką jabłek powiedziała do konduktora:
— Niech pan tak nie krzyczy, tylko się uśmiechnie. Pięknie pani wygląda. Przynajmniej kolorowo, nie jak my wszyscy.
I to było wszystko. Niebo się nie rozstąpiło. Tramwaj nie wykoleił się ze wstydu. Mężczyzna czytający gazetę choćby nie podniósł głowy. Świat najwyraźniej był w stanie znieść kobietę w pomarańczowej sukience.
Bożena oddała bilet. Potem jeszcze raz ten sam bilet, bo konduktor zapomniał, iż już sprawdzał. Trzymała się poręczy i kołysała razem z wagonem na zakrętach ulicy Długiej. Na wysokości Nowego Kleparza spojrzała na swoje odbicie w szybie. W pomarańczach nie wyglądała młodziej. Wyglądała po prostu na kogoś, kto ma coś do powiedzenia.
Wysiadły na przystanku przy swoim osiedlu. Do domu trzeba było przejść przez podwórko, gdzie zawsze, niezależnie od pogody i pory dnia, dyżurowała Główna Rada Nadzorcza: pani Kazia z parteru, pani Henia z drugiego piętra i pan Staszek, który od dziesięciu lat remontował rower przed klatką.
— Teraz się zacznie — mruknęła Bożena.
— Moda na osiedlu — dodała Marysia. — Nie przejmuj się. Oni choćby chmury oceniają, iż za ciemne.
Pani Kazia odłożyła robótkę. Pani Henia poprawiła okulary na nosie. Pan Staszek przestał kręcić pedałem. Bożena szła wyprostowana jak struna, gotowa na werdykt mnogi.
— Pani Bożeno! — zawołała pani Kazia tonem, który zwykle zwiastował uwagę o zbyt głośnym telewizorze. — Pani z wczasów wraca?
Można było powiedzieć, iż to przypadek. Że tramwaj się zepsuł. Że koleżanka namówiła. Że sukienka była tania. Że to tylko na chwilę. Bożena zatrzymała się i spojrzała na panią Kazię, na jej szary fartuch, na kapcie w kratkę, na minę wyrażającą święte oburzenie estetyczne.
— Nie — odparła spokojnie. — Z second-handu. Ale planuję nosić, gdzie popadnie.
Pani Kazia zamrugała. Pani Henia cicho parsknęła. Pan Staszek, nie odrywając wzroku od sukienki, powiedział: — O, to się nazywa fantazja.
Marysia podniosła zwycięsko głowę. Bożena weszła do klatki, czując na plecach spojrzenia sąsiadek. Ale nie było w nich potępienia. Raczej coś na kształt zazdrości, której żadna nie przyznałaby głośno.
W mieszkaniu panował półmrok. Roleta była zasunięta od rana, żeby nie wpuszczać słońca. Bożena stanęła przed lustrem w przedpokoju. W lustrze sklepowym sukienka była zakupem. W szybie tramwaju — wyzwaniem. W domowym zwierciadle stała się faktem dokonanym. Odwiesiła torbę z beżową bluzką na haczyk i długo patrzyła na swoje odbicie. Potem otworzyła szafę. Tam wisiały jej poprawne rzeczy: szare, granatowe, beżowe, bezpieczne. Sukienka w pomarańcze między nimi wyglądała, jakby na zebranie rady parafialnej ktoś wszedł z marakasami.
Nie zdjęła jej.
Wieczorem zadzwonił syn na wideorozmowę. Zawsze dzwoniła bez kamery, mówiąc, iż "i tak się słyszymy". Tym razem nacisnęła zieloną słuchawkę. Na ekranie pojawił się Piotrek, coś żuł i od razu zapytał:
— Mamo, coś ty taka… no, wyrazista.
— Lato — powiedziała tylko.
— Wybierasz się gdzieś?
— Do kuchni. Potem może na balkon.
Roześmiał się. — No wiesz co, choćby fajnie. Włoska sprawa.
Chciała powiedzieć "daj spokój". Bardzo chciała. Już nabierała powietrza. Ale się powstrzymała.
— Dziękuję — odpowiedziała i uśmiechnęła się do własnego odbicia w rogu ekranu telefonu.
Po rozmowie wyszła na balkon. Na dole pachniało rozgrzanym betonem, bzem z sąsiedniego ogródka i smażoną cebulą. Ktoś trzepał dywan, dzieci grały w gumę, a nad dachami bloków niebo robiło się różowe od zachodu. Bożena stała w sukience i nie robiła nic pożytecznego.
Z balkonu obok wychyliła się Marysia, już w domowym szlafroku.
— Hej, Cytrusówka! Żyjesz jeszcze?
— Żyję. Jestem pomarańczowa i dobrze mi z tym.
Marysia uniosła kubek z herbatą jak do toastu.
— I bardzo dobrze. Bo w tej twojej szafie to już choćby mole z nudów zdychały.
Na podwórko wyszła pani Kazia z psem. Spojrzała w górę na balkon. Bożena spodziewała się komentarza. Ale pani Kazia tylko pomachała ręką i zawołała:
— Pani Bożeno! Jakby co, to ja mam taką apaszkę czerwoną, co mi córka przywiozła z Włoch. Ani razu nie założyłam. Może by pasowała?
Bożena oparła się o barierkę i poczuła, iż wzbiera w niej śmiech. Nie szyderczy, nie gorzki. Czysty, letni śmiech.
— Nie wiem — odkrzyknęła. — Boję się, iż będzie za mało szaleństwa.
Pani Kazia najpierw się obruszyła, a potem machnęła ręką. Po chwili zniknęła w klatce, a Marysia i Bożena zostały na swoich balkonach, każda w swoim fotelu, w ciepłym powietrzu pachnącym piwoniami z sąsiedniej rabatki.
Kiedy zapadł zmierzch i latarnie zapaliły się jedna po drugiej, Bożena wciąż siedziała na balkonie. Komary zaczynały swoje wieczorne tańce. Gdzieś grało radio. Patrzyła na swoje dłonie oparte na poręczy, na materiał sukienki, który w sztucznym świetle latarni wyglądał jak skórka dojrzałej pomarańczy. Nie myślała o tym, co powiedzą inni, ani o tym, czy wypada, ani o metryce.
Siedziała i po raz pierwszy od dawna nie czekała na żaden konkretny autobus, tramwaj ani pozwolenie. Czekała po prostu, aż gwiazdy staną się wyraźniejsze.







