— Będzie dzisiaj coś do jedzenia? – ojciec wtoczył się do kuchni i runął na stołek przy stole. Nogi zgrzytnęły o podłogę. Matka milczała, a Jadzia w swoim pokoju aż się spięła.
— Do kogo mówię? Patrz na mnie! – wrzasnął ojciec i walnął pięścią w stół.
Jadzia wiedziała, iż matka się odwróciła, a z jej oczu lał się strach.
— Czego się gapisz? Dawaj żreć! Facet z roboty wrócił. Znam was, baby, tylko pleść głupoty i zawracać głowę – mruknął już ciszej.
Matka zagrzechotała naczyniami, nerwowo zdejmując talerz ze suszarki nad zlewem.
— Znowu makaron? Mam już dość – warknął ojciec. Jadzia skuliła się w swoim pokoju, czekając na brzęk tłuczonego talerza. Jakoś się obyło… Przez chwilę z kuchni nie dochodził żaden dźwięk. Jadzia wyszła z pokoju i zajrzała do środka. Ojciec siedział do niej tyłem. Mama machnęła ręką, jakby mówiła „znikaj”. I Jadzia momentalnie zniknęła z framugi, jakby jej tam w ogóle nie było. Zamknęła się w pokoju i wbiła wzrok w podręcznik, ale po każdym zdaniu przerywała i nasłuchiwała. Jakoś cicho. Dzisiaj ojciec zachowywał się dosyć spokojnie. Potem usłyszała, jak przeszedł obok jej drzwi do sypialni, coś mamrocząc, i tam ucichł.
Słyszała to prawie codziennie. Po dźwiękach rozpoznawała, co dzieje się w kuchni. Ojciec nie miał stałej pracy. Nie umiał się długo utrzymać w jednym miejscu przez picie, dorabiał dorywczo. Kiedy matki nie było w domu, Jadzia starała się z nim nie zostawać – szła do koleżanek po szkole albo siadała na schodach i czekała na mamę.
— Cześć. Czemu siedzisz na schodach? Klucze zgubiłaś? – Michał zatrzymał się przed Jadzią. Mieszkał na piątym piętrze.
— Coś w tym stylu – burknęła. Wstyd jej było, iż ją tak zastał.
Michał przeszedł obok, wszedł na dwa stopnie i się zatrzymał.
— Zmarzniesz, nie można siadać na betonowych schodach. Chodź do mnie.
Jadzia nie odpowiedziała.
— Chodź – powiedział stanowczo Michał, a ona posłuchała. Był starszym uczniem, a ona przywykła słuchać starszych.
Michał otworzył drzwi swojego mieszkania i przepuścił Jadzię przodem.
— Mamo, jestem! I nie sam! – krzyknął, trzaskając drzwiami wejściowymi.
— A z kim? – do przedpokoju wyszła pani Maria, mama Michała.
— Dzień dobry – cicho przywitała się Jadzia.
— Dzień dobry. Jadzia, prawda?
— Wyobraź sobie, idę po schodach, a ona siedzi na stopniu – mówił Michał, rozbierając się.
— Klucze zgubiłaś? – spytała pani Maria. – Rozbierajcie się i myjcie ręce, ja tymczasem podgrzeję obiad.
Jadzia przeszła do pokoju i rozejrzała się. Mieszkanie takie samo jak u nich, ale dużo przytulniejsze i ładniejsze. Obiad był pyszny, choć jedli zwykły rosół i makaron z parówkami.
— Dziękuję, bardzo smaczne – podziękowała.
— Następnym razem nie siedź na schodach, od razu wchodź do nas – powiedziała pani Maria. – Umowa stoi?
Jadzia kiwnęła głową.
— Dzięki, mamo. Idziemy do mnie. Chodź – Michał wstał i skinął na Jadzię. Spojrzała na panią Marię, a ta zgodnie kiwnęła głową.
Wchodząc do pokoju Michała, Jadzia zdziwiła się, iż wszystko posprzątane, rzeczy nie porozrzucane, czysto, na ścianie plakaty znanych zespołów i kolorowych motocykli.
— Lubisz wyścigi? – spytała.
— Nie bardzo, po prostu ładne plakaty.
— A ja nie mam komputera. Znaczy mam, ale ojciec rozwalił monitor. Nie ma kasy na nowy.
— Mam tablet, chcesz, pożyczę? – od razu zaproponował Michał.
— Nie, ojciec zobaczy, sprzeda.
— To przychodź do mnie i ucz się, kiedy potrzebujesz.
— A już wiesz, gdzie będziesz studiować po szkole? – Jadzia dotknęła modelu samolotu. – Sam zrobiłeś?
— Jasne. Chcę iść na politechnikę, na wydział lotniczy.
— Będziesz pilotem?
— Nie, konstruować samoloty – uśmiechnął się pobłażliwie Michał.
Podobał się wszystkim jej koleżankom z klasy. Przystojniak. Następnego dnia w szkole dziewczynom opowie, iż była u Michała Wiśniewskiego w domu – będą zielone z zazdrości.
Czas na rozmowie zleciał nie wiadomo kiedy. Jadzia spojrzała na zegarek i zerwała się.
— Muszę iść, mama pewnie już wróciła.
Strasznie nie chciało jej się wychodzić, ale nie chciała też nadużywać gościnności. Michał wyszedł odprowadzić ją do przedpokoju.
— Wpadaj, nie siedź na schodach – powiedział na pożegnanie.
Jadzia weszła do swojego mieszkania i zobaczyła na wieszaku płaszcz mamy. Z kuchni dochodził brzęk naczyń – mama przygotowywała kolację.
— Skąd ty tak późno? – wyjrzała z kuchni.
— Byłam na piątym piętrze, w piętnastce.
— Nie włóczyłabyś się po mieszkaniach. Co ludzie pomyślą? Będziesz jeść?
— Nie, ciocia Marysia nakarmiła. Pójdę odrobić lekcje. Jest w domu? – Nie słyszysz? Chrapie jak lokomotywa. I skąd tylko wziął kasę? Znowu się nachlał – westchnęła matka.
Od tego czasu Jadzia często bywała u Michała. jeżeli spotkała go na przerwie, kiwała głową i czerwieniła się ze wstydu. On witał się i szedł dalej.
Czasem nie zastawała Michała w domu – wieczorami chodził na treningi do klubu sportowego. Wtedy ciocia Marysia opowiadała o synu, o mężu, który zmarł kilka lat temu.
Zima przeszła w wiosnę, nastało lato. Jadzia przestała wchodzić do Michała, spacerowała z koleżankami albo siedziała na ławce przed blokiem.
— Czemu nie wpadasz? – zapytał kiedyś Michał, spotkawszy ją na osiedlu. Jadzia wzruszyła ramionami.
— Zdałeś już egzaminy? Kiedy wyjeżdżasz na studia?
— Nie wyjadę. Będę studiował tutaj, na politechnice. Nie chcę zostawiać matki samej.
— Super! – ucieszyła się Jadzia.
A jesienią wpadła do niego, niby to po pomoc z zadaniem. Ale jakoś nie szło im się tak swobodnie rozmawiać jak kiedyś. Jadzia krępowała się przy Michale, czuła się spięta i niezręcznie. On się zmienił, wydoroślał i zrobił się jeszcze przystojniejszy.
Tej zimy zmarł ojciec – otruł się tanim, podrabianym spirytusem. Mama nie płakała choćby na pogrzebie, a Jadzi było go jakoś żal. Teraz nie musiała już czekać na mamę z pracy, nie miała powodu, żeby wchodzić do Michała.
Mama długo jeszcze wzdrygała się na dźwięk dzwonka, a w jej oczach pojawiał się strach.
— Mamo, co ty? Przecież go nie ma – mówiła Jadzia.
— Przyzwyczajenie – odpowiadała mama.
Jadzia była już w jedenastej klasie. Pewnego wieczoru stała przy oknie i wypatrywała Michała.
— Czemu siedzisz po ciemku? Znowu wypatrujesz Michała? – do pokoju weszła mama i kliknęła włącznikiem.
— Po prostu patrzę w okno – odpowiedziała ze złością Jadzia, zaskoczona.
— On jest dorosły, ma dziewczynę. Ładną. Lepiej byś lekcje odrabiała – westchnęła mama.
Michał ma dziewczynę! Serce pękało z żalu i zazdrości. Jadzia nie widziała jego dziewczyny, ale już jej nienawidziła. Aż kiedyś zderzyła się z nimi na podwórku.
— Jadzia? Cześć, czemu nie wpadasz? – przyjaźnie zapytał Michał. Jego dziewczyna stała obok i patrzyła na Jadzię lodowatym wzrokiem. Przez swój wysoki wzrost patrzyła z góry, wręcz pogardliwie, jak na mysz. Michał też był wysoki, ale na Jadzię patrzył inaczej.
— W której jesteś klasie?
— W maturalnej.
— Jak ten czas leci. Ale ładniejesz, dorośniesz, od razu cię nie poznać. Gdzie zamierzasz studiować?
— Michał, chodźmy – dziewczyna niezadowolona pociągnęła go za rękę.
— Na razie, powodzenia! – rzucił Michał i poszli pod rękę.
Jadzia patrzyła za nimi długo. „Zimna jak ryba, a zamiast oczu wstawione kawałki lodu – pomyślała ze złością. – Jasne, pasowałoby jej przezwisko Królowa Śniegu, ale to zaszczyt”. I w myślach nazwała ją Rybą.
Mijał czas, Jadzia skończyła szkołę i dostała się na medycynę. A Michał zdobył dyplom i znalazł pracę, niedługo kupił sobie samochód. Jadzia nauczyła się rozpoznawać go po dźwięku silnika i rzucała się do okna, kiedy podjeżdżał pod klatkę.
Kiedyś Jadzia wracała z uczelni i spotkała na podwórku panią Marię. Szła powoli, opierając się na lasce, wyraźnie utykając.
— Dzień dobry, ciociu Marysiu – przywitała się Jadzia. – Co się stało, dlaczego pani utyka?
— Noga mnie boli, sił braknie. Ledwo chodzę. Lekarz mówi, iż trzeba operować, wstawić sztuczny staw, ale ja się boję – poskarżyła się pani Maria.
— Niech pani powie, co kupić, ja skoczę do sklepu, nie sprawi mi to trudności – od razu zaproponowała Jadzia.
— Idź, bo Michała wiecznie nie ma w domu…
Tak Jadzia znów zaczęła zaglądać do Michała, choć jego samego spotykała rzadko. Chodziła po zakupy, pomagała w sprzątaniu jego mamie.
Pewnego razu nabrała odwagi i zapytała o dziewczynę Michała.
— Lera, no ładna dziewczyna, ale strasznie sztywna. Ciągle milczy, nie wiesz, jak do niej podejść. Jakaś obca. Ty jesteś swojska. Nie taka narzeczona jest mojemu synowi potrzebna – westchnęła pani Maria. – A czemu pytasz? Zakochałaś się w nim przypadkiem?
Jadzia spuściła wzrok.
— Nie martw się. Gdybyś była starsza, lepszej żony dla Michała bym nie chciała. Spotkasz jeszcze swoją miłość.
— Nie trzeba mi innej miłości – cicho powiedziała Jadzia i uciekła.
Kiedyś przyszła do pani Marii zapytać, co kupić w sklepie. Drzwi otworzyła Ryba.
— Czego chcesz? – zapytała nieprzyjemnie.
— Do cioci Marysi…
— Nie ma jej. Michał zawiózł ją samochodem do szpitala.
Wyglądało, jakby Ryba celowo podniosła brodę, żeby patrzeć na Jadzię z góry.
— Czemu się tu ciągle kręcisz? – Ryba błysnęła lodowatymi oczami.
— Nie kręcę się, pomagam cioci Marysi, chodzę do sklepu.
— Też mi pomocnica. Nie przychodź więcej. Jak trzeba, to sama pomogę. niedługo bierzemy ślub z Michałem i będziemy tu mieszkać. Spadaj, bo po tobie rzeczy znikają – burknęła Ryba.
— Jakie rzeczy? – zapłonęła Jadzia.
— Pierścionek. Zostawiłam go w łazience na umywalce. Potem weszłam, a pierścionka nie ma. Ty wzięłaś, nie ma kto.
— Ja choćby nie wchodzę dalej niż przedpokój – krzyknęła ze złością Jadzia.
— A skąd mam wiedzieć, może wchodziłaś, jak mnie nie było. Lepiej oddaj po dobroci, bo wezwę policję. – Ryba nachyliła się i przekrzywiła głowę. Złe, lodowate oczy znalazły się bliziutko. Jadzia odskoczyła.
— Nie brałam twojego pierścionka!
— To udowodnij. – Ryba zrobiła krok w jej stronę, a oczy-lód były tuż-tuż. Jadzia nie wytrzymała, odwróciła się, szarpnęła drzwi i wpadła prosto na Michała.
— Co tak głośno rozmawiacie? Słychać na klatce. – Michał przeniósł wzrok z Jadzi na Rybę. Jadzia też się obejrzała.
Ryba wyprostowała się i słodko uśmiechnęła do Michała.
— Już wróciłeś? – spytała, jakby nigdy nic.
Jadzia chciała uciec, ale Michał złapał ją za rękę.
— Co się stało?
— Ona… ona oskarżyła mnie, iż wzięłam jej pierścionek. Nie brałam niczego, choćby nie wchodziłam do łazienki.
— Jaki pierścionek? – Michał mocno trzymał Jadzię za rękę i patrzył na Rybę.
— Z różowym oczkiem. Chyba go zgubiłam, nie wiem, gdzie zostawiłam. Zapytałam, czy go nie widziała – wyjaśniła Ryba miodowym głosem.
— Ona kłamie! Powiedziała, iż to ja go wzięłam, chciała wzywać policję. – Jadzia wyrwała rękę i popędziła w dół po schodach. Łzy dusiły ją.
— Idźcie wy oboje! – krzyknęła z rozpaczą Jadzia, wpadając do swojego mieszkania i trzaskając drzwiami.
— Co ty? – z przedpokoju wyjrzała mama.
— Mamo! – Jadzia rzuciła się do niej i wszystko wyjaśniła.
— Pierścionek się znajdzie, nie płacz. Michał to załatwi – uspokajała płaczącą córkę mama.
Następnego dnia Michał przyszedł sam. Mamy nie było w domu.
— Musimy porozmawiać – powiedział.
Jadzia zaprowadziła go do swojego pokoju. Zobaczył na półce w sekretarzyku swoje zdjęcie i uśmiechnął się. Jadzia zupełnie o nim zapomniała. Spłonęła rumieńcem i spuściła oczy.
— Ukradłaś mi? A mówisz, iż nie kradniesz. – Jadzia speszyła się i zarumieniła jeszcze bardziej.
– No dobra, nie szkoda. Przyszedłem przeprosić. Znalazł się pierścionek.
— Gdzie?
— A jaka różnica? – teraz Michał odwrócił wzrok.
— Jest różnica. Oskarżyła mnie o kradzież. Myślisz, iż to przyjemne? – głos Jadzi drżał z urazy.
Michał wziął ją za ramiona.
— Jadzia, wybacz. Ani przez sekundę nie uwierzyłem, iż go wzięłaś. Szczerze. Krótko mówiąc, Lera nie lubiła, iż często do nas przychodzisz, więc postanowiła cię oczernić, żebyś przestała. A pierścionek… wypadł jej z kieszeni, gdy upuściła kurtkę.
— I ty jej wybaczysz? A jak oskarży twoją matkę o kradzież? Po niej wszystkiego można się spodziewać. Zimna Ryba!
— Daj spokój! Ona po prostu jest zazdrosna. – Michał spojrzał surowo na Jadzię i zdjął ręce z jej ramion.
— Michał! Naprawdę nic nie widzisz?
— Czego nie widzę? – Michał patrzył na nią z żalem. Widać było, iż ma już dość tej rozmowy.
— Kocham cię! – wyrzuciła z siebie Jadzia i sama się przestraszyła swojej odwagi. – Kocham od piątej klasy. Michał, nie żeń się z nią, proszę. – Łzy drżały w jej oczach, twarz Michała rozmazywała się.
— Jadzia, płaczesz? Żadnego ślubu nie będzie. Rozstaliśmy się.
— Naprawdę? – Jadzia mrugnęła, a łzy popłynęły po policzkach.
— Głupia jesteś. – Michał przytulił ją do siebie. – Mamę wypiszą ze szpitala za tydzień. Wpadaj do niej, pomóż, jak będzie trzeba.
— Jasne! choćby nie musiałeś prosić.
Michał wyszedł smutny i zamyślony, a Jadzia mało nie skakała z radości. Ślubu nie będzie!
Jadzia codziennie wpadała do cioci Marysi, chodziła do sklepu, myła podłogi, choćby pomagała gotować. Michała nie widywała – wracał późno. Wieczory spędzała na piątym piętrze. Mama tylko kręciła głową.
Kiedyś Jadzia zderzyła się z Michałem na schodach. Wyraźnie czuć było od niego alkoholem.
— Michał, ty piłeś? – Jadzia patrzyła na niego z przerażeniem, przypominając sobie ojca i strach w oczach matki…
— I co z tego? – chwiejąc się w jej stronę, powiedział. Jadzia cofnęła się, nie spuszczając z niego przestraszonego wzroku. – Jadzia, co tak patrzysz? Nie bój się, nie będę jak twój ojciec… – nagle całkiem trzeźwym głosem powiedział.
A w sobotę przyszedł do Jadzi z bukietem kwiatów i zaprosił ją do kina. Była taka szczęśliwa!
Odtąd Michał nie spóźniał się wieczorami, spieszył do domu, gdzie z mamą czekała na niego Jadzia. Więcej nie pił. Często chodzili do kina, po prostu spacerowali i siedzieli w jego pokoju, całując się…
W końcu miłość Jadzi roztopiła serce Michała.
— Szczęścia wam, dzieci. Nie krzywdź jej, Michał – poprosiła mama, gdy oświadczył się Jadzi.
— Obiecuję, nigdy jej nie skrzywdzę… – Jadzia przylgnęła do niego jak cienkie młode drzewko do wysokiego dębu.









