Kiedy trzy lata temu została babcią, myślałam, iż będzie to dla niej najpiękniejszy czas. Przez całe życie powtarzała, iż rodzina jest najważniejsza. Jednak gdy moje dzieci – czteroletni Antoś i dwuletnia Zuzia – zaczęły wymagać realnej uwagi, w głowie mojej mamy coś "przeskoczyło".
Zamiast babcinych fartuchów, w jej szafie pojawiły się mini spódniczki i bluzki z głębokim dekoltem. Zamiast czytania bajek, jej palce nieustannie przesuwają zdjęcia na Tinderze.
Sytuacja stała się krytyczna, gdy wróciłam do pracy. Prosiłam mamę tylko o trzy popołudnia w tygodniu. Umówiłyśmy się na konkretne godziny, ale dla niej obietnica dana córce znaczy mniej niż zaczepka od obcego faceta w internecie.
W czwartek miałam ważne spotkanie w biurze. Mąż był w delegacji. Zadzwoniłam do mamy rano, żeby potwierdzić, iż odbierze dzieci z przedszkola.
– Kochanie, nie dam rady – usłyszałam w słuchawce jej podekscytowany głos. – Poznałam Marka. Jest pilotem, właśnie ma międzylądowanie i zaprosił mnie na lunch. Muszę się wyszykować, fryzjer za godzinę!
– Mamo, żartujesz? – wykrztusiłam. – To spotkanie decyduje o moim awansie! Nie mam z kim zostawić dzieci!
– Nie bądź egoistką, córeczko – ucięła. – Ty masz męża, dom, dzieci. Ja też mam prawo do odrobiny szczęścia, zanim całkiem zwiędnę. Antoś i Zuzia cię nie zbawią, jak posiedzą godzinę dłużej w świetlicy. Muszę lecieć, Marek nie lubi czekać!
Najgorsze przyszło w sobotę. Wybrałam się z dziećmi na szybkie zakupy. Antoś biegał między wieszakami, Zuzia płakała, bo wyrzynał jej się ząbek. Byłam wykończona, potargana, z torbami pełnymi pieluch.
I wtedy ją zobaczyłam.
Moja mama siedziała w kawiarni obok. Wyglądała jak z obrazka – mocny makijaż, tipsy, śmiech, który słychać było w połowie galerii. Przymilała się do faceta, który mógłby być jej młodszym bratem. Widziałam, jak chowa telefon, gdy Antoś zaczął krzyczeć: „Babcia! Babcia!”.
Udała, iż nas nie widzi. Odwróciła głowę, zasłaniając się menu, a gdy podeszłam bliżej, szepnęła do swojego towarzysza: „To pewnie jakaś pomyłka, dzieciaki mnie z kimś pomyliły”.
Wróciłam do domu i po prostu usiadłam na podłodze w przedpokoju. Czułam piekący wstyd – nie za siebie, ale za nią. Wstydziłam się, iż kobieta, która mnie wychowała, potrafi wyprzeć się własnych wnuków, byle tylko nie wyjść w oczach obcego faceta na „starą babcię”.
Dla niej życie stało się polowaniem na komplementy od przypadkowych mężczyzn. Moje dzieci są dla niej „balastem”, który psuje jej wizerunek wiecznie młodej singielki.
– Mamo – powiedziałam jej wieczorem przez telefon. – Skoro tak bardzo wstydzisz się bycia babcią, to gratuluję. Właśnie przestałaś nią być. Nie dzwoń, gdy Marek zniknie, a ty znów poczujesz się samotna. My nie jesteśmy rezerwowym planem na twoje nudne wieczory.
Odłożyłam słuchawkę i po raz pierwszy poczułam ulgę. Straciłam mamę, na którą mogłam liczyć, ale zyskałam święty spokój. Bo wolę radzić sobie sama, niż prosić o pomoc kogoś, dla kogo randka z nieznajomym jest ważniejsza niż bezpieczeństwo własnych wnuków.















