Pobrali się w maju, gdy kwitły bzy. Dobrosława i Artur byli idealną parą: wysocy, szczupli, o identycznym odcieniu oczu. Na weselu goście, stukając kieliszkami, wróżyli im „bliźniaki za rok”. Dobrosława poprawiała welon i zarumieniona uśmiechała się, tuląc do ramienia męża. W myślach już widziała pokój z grzechotkami, wózek w przedpokoju i maleńkie skarpetki.
Minął rok. Dobrosława przestała pić kawę o poranku, pilnowała diety. Artur z wyrozumiałością traktował jej kaprysy. Zaczął przynosić do domu kwiaty częściej niż zwykle, jakby przepraszając za coś, czego nie był winien.
Minęły dwa lata. Koleżanki Dobrosławy jedna po drugiej wrzucały do sieci zdjęcia zaokrąglonych brzuchów, a potem zawiniątek z niemowlętami. Dobrosława klikała „lajki”, pisała „cudowne!”, po czym zamykała telefon i długo wpatrywała się w jeden punkt. Rodzice delikatnie napomykali:
— Córciu, czas już na wnuki, chcemy ich doczekać.
Ale Dobrosława machała ręką:
— Jeszcze zdążymy.
W rzeczywistości w środku narastał głuchy niepokój. Najgorsze nie było choćby to, iż coś mogło nie działać. Straszne było pójść do szpitala. Dobrosława myślała:
— A jeżeli to przeze mnie? jeżeli jestem tym zepsutym mechanizmem? A jeżeli leczenie nie pomoże?
Artur, patrząc na posmutniałą twarz żony, myślał o tym samym. Był mężczyzną przyzwyczajonym do rozwiązywania problemów, ale tutaj czuł się bezsilny. Wydawało mu się, iż jeżeli pójdzie na badania i okaże się „nieprzydatny”, straci nie tylko szansę na ojcostwo, ale i szacunek Dobrosławy. Jak spojrzeć w oczy kobiecie, jeżeli nie możesz dać jej dziecka?
Mieszkali w mieście z trzema prywatnymi klinikami leczenia niepłodności z błyszczącymi szyldami. Omijali je jednak szerokim łukiem, wybierając inne trasy spacerów. Milczące tabu wisiało w powietrzu. Rozmowy o dzieciach sprowadzały się do dyskusji o siostrzeńcach i dzieciach znajomych. Każde bało się nie diagnozy, każde bało się zostać winnym.
Ratowała ich tylko miłość. Dziwna, dojrzała miłość, która wbrew lękom stawała się tylko cichsza i głębsza. Artur przytulał Dobrosławę nocami, a ona czuła, iż boi się tak samo jak ona. Bali się przyznać do siebie, iż już w myślach przerabiają scenariusze:
— A jeżeli to nieuleczalne? Czy zdołamy zostać razem, jeżeli jedno z nas jest przyczyną tej pustki?
Trzy lata. To był ich osobisty jubileusz milczenia. Pewnego deszczowego dnia Dobrosława obudziła się i powiedziała stanowczo:
— Artur, zapisałam się. Jutro o dziewiątej.
Wzdrygnął się jak rażony prądem, ale skinął głową. Zaschło mu w ustach.
— Jestem z tobą, — odparł tylko.
W klinice Dobrosława siedziała na fotelu, ściskając torebkę, a Artur trzymał ją za rękę. Nie patrzyli na siebie, bojąc się wyczytać strach w oczach. Lekarka, młoda kobieta o zmęczonych oczach, spojrzała na nich znad okularów:
— No, gołąbeczki, trzy lata zwlekacie? Szkoda. Idziemy na badania.
Dwa tygodnie oczekiwania były najdłuższymi w ich życiu. Udawali, iż żyją normalnie: chodzili do kina, jedli sushi, kłócili się o nieumyte naczynia. Ale każdego wieczoru, gdy Artur wychodził spod prysznica, widział, jak Dobrosława wpatruje się w telefon, sprawdzając pocztę.
I wreszcie przyszedł wynik.
Dobrosława otworzyła maila drżącymi palcami. Artur stał za nią, położył ciężkie dłonie na jej ramionach i wstrzymał oddech. Przebiegła wzrokiem suche medyczne terminy, cyfry, wskaźniki… Gwałtownie odwróciła się na krześle. Oczy miała mokre.
— Artur, — wyszeptała, — my… jesteśmy zdrowi. Oboje.
Na chwilę w pokoju zapadła dzwoniąca cisza. A potem Artur zrobił to, czego nie robił przez te trzy lata nigdy. Zaśmiał się głośno, na całe gardło, chwycił Dobrosławę w pasie, okręcił po pokoju i postawiwszy na podłodze, mocno przytulił.
— Słyszysz? — szeptał jej we włosy. — Nie jesteśmy winni. Nikt nie jest winny. Po prostu… czas jeszcze nie nadszedł.
Dobrosława rozpłakała się na jego piersi. Płakała z ulgi, z czułości, z absurdalności sytuacji. Trzy lata chowali się przed strachem, bojąc się zniszczyć rodzinę, a okazało się, iż ich rodzina to skała, której nic nie zniszczy, choćby pustka.
Tego wieczoru kupili szampana, zamówili pizzę i snuli plany. Plany były ambitne: za miesiąc urlop w Zakopanem, potem zmiana pracy na spokojniejszą, potem kupno łóżeczka, spacery w parku, wybór imienia. Wydawało im się, iż teraz, gdy przeszkoda runęła, wszystko wydarzy się samo. Na pstryknięcie palców.
Ale minął miesiąc. Potem trzy. Potem pół roku i czas płynął, miesiące mijały.
Optymizm topniał jak poranna mgła. Teraz wiedzieli, iż mogą, ale ta wiedza jakoś nie przybliżała cudu. Było to jak znać hasło do sejfu, ale sejf okazał się pusty.
— Może po prostu mamy przestać o tym myśleć? — zaproponował Artur pewnego wieczoru, widząc, jak Dobrosława znów zamyślona wpatruje się w pustkę.
— Łatwo powiedzieć, — smutno uśmiechnęła się Dobrosława. — Spróbuj nie myśleć…
Przestali rozmawiać na ten temat. Ostrożnie, jak delikatną porcelanę, schowali rozmowy o dzieciach do najdalszej szuflady. Życie toczyło się swoim rytmem: praca, kolacje, seriale, rzadkie weekendy. I z każdym rokiem stawało się coraz bardziej szare. Nie czarne, wciąż się kochali. Ale właśnie szare, jak deszczowe listopadowe niebo. Kolory zniknęły, zostały tylko kontury.
Szedł siódmy rok ich małżeństwa. Pewnego wieczoru Artur wrócił z pracy nie sam. Pod połą jego kurtki coś się poruszało, popiskiwało i wtykało mokry nos w zamek.
— Dobrosławo, — powiedział zakłopotany, wyciągając drżącą, puchatą kulkę. — Michał mi oddał. Jego suka miała szczeniaki, ostatniego nikt nie chciał. Spojrzałem w te oczy… no nie mogłem go tam zostawić. Niech pomieszka u nas, co?
Dobrosława cofnęła się. Nie lubiła zwierząt w mieszkaniu. Od dziecka uważała, iż psy powinny mieszkać na dworze w budzie, a koty łapać myszy w piwnicach. Sierść, kałuże, zapach, po co im to w ich przytulnym, choć zbyt cichym gniazdku?
— Artur, ty na serio? — zapytała chłodno. — U nas i tak…
Chciała powiedzieć „i tak pusto”, ale ugryzła się w język. Spojrzała na szczeniaka. Był malutki, o ogromnych, wilgotnych oczach koloru karmelu. Drżał i patrzył na nią z taką nadzieją, z jaką ona sama kiedyś patrzyła na testy. Szukał swojego domu.
Dobrosława otworzyła usta, by powiedzieć „odnieś z powrotem”, ale słowa uwięzły w gardle. Popatrzyła na Artura, w jego oczach była ta sama prośba, co u szczeniaka. Wydało jej się, iż jeżeli teraz powie „nie”, zniszczy coś bardzo ważnego w ich rodzinie. Coś, co jeszcze utrzymywało ich na powierzchni.
— Dobrze, — westchnęła. — Niech zostanie. Ale sprzątać po nim będziesz ty.
Artur rozpromienił się jak chłopiec i przycisnął szczeniaka do piersi.
— Kuba! — powiedział. — Będziesz Kubą!
Patrzył na nią z uwielbieniem, merdając ogonem. Te słowa stały się początkiem nowego życia. Dobrosława sama nie zauważyła, jak się wciągnęła. Najpierw karmiła Kubę o stałych porach, bo Artur zostawał w pracy. Potem zaczęła z nim chodzić na spacery do parku, bo na dworze padało, a Artur był przeziębiony. Potem kupiła mu legowisko, potem miskę z napisem „Najlepszy przyjaciel”, potem obrożę z naturalnej skóry, potem przeciwdeszczowy płaszczyk, potem zimowy kombinezon.
Kuba patrzył na nią z uwielbieniem, merdał ogonem tak, iż zdawało się, iż zaraz odpadnie, i biegał za nią krok w krok. Czekał pod drzwiami, gdy wracała z pracy, i radośnie skakał, przewracając wszystko po drodze. Przynosił jej kapcie, podstawiał łeb pod rękę, wtykał nos w dłoń.
Pewnego dnia, patrząc jak Kuba z zachwytem goni piłkę po korytarzu, Dobrosława przyłapała się na myśli, iż się uśmiecha. Uśmiecha się szczerze, pierwszy raz od wielu miesięcy. Zdała sobie sprawę, iż kocha to kudłate monstrum. Kocha jego niedorzeczny chód, jego oddane oczy, jego ciepły język, którym lizał jej dłonie. Kupowała mu zabawki, których miał więcej niż w sklepie dziecięcym. Kupowała mu ubranka i prała jego legowisko.
Kuba rzeczywiście stał się dla nich jak dziecko. Rozmawiali z nim, besztali za pogryzione nogi od krzesła, chwalili za wyuczone komendy. Na Boże Narodzenie ubrali go w strój renifera i zasypali prezentami. Na urodziny Kuby upiekli placek z wołowiną i ryżem. Ich życie znów odzyskało kolory — jaskrawe, ciepłe, psiaki.
Ale kolory, jak się okazało, bywają złudne. Wszystko zaczęło się od tego, iż Kuba przestał jeść. Po prostu leżał na swoim legowisku, z pyskiem na łapach, i patrzył na nich smutnymi oczami. Dobrosława spanikowała pierwsza. Dzwoniła do klinik weterynaryjnych, błagając o przyjęcie poza kolejką.
— Nic strasznego, — uspokajał ją Artur. — Może coś zjadł na spacerze.
Ale Kuba chudł w oczach. Jego lśniąca sierść straciła blask, nos stał się suchy i gorący. Kiedy próbował wstać, by przywitać Dobrosławę w drzwiach, i nie mógł, rozpłakała się. W klinice było jasno i sterylnie. Weterynarz, starszy mężczyzna z siwizną w brodzie, zbadał Kubę, obmacał brzuch, pokręcił głową.
— Wygląda na infekcję, gdzieś złapał. Guza nie wykluczam, ale zaczniemy od leczenia. Zastrzyki, ścisła dieta, kroplówki.
Kłuli Kubę codziennie. Dobrosława nauczyła się trzymać strzykawkę pewną ręką, choć w środku wszystko jej drżało. Siedziała z nim nocami, głaskała po głowie i szeptała:
— Trzymaj się, mój kochany, trzymaj, — Kuba słabo merdał ogonem w odpowiedzi, ale sił prawie nie miał.
Pewnego ranka obudziła się i zobaczyła, iż Kuba nie oddycha. Leżał na swoim legowisku, zwinięty w kłębek, jak pierwszego dnia, gdy go przynieśli. Wyglądał jak śpiący, ale klatka piersiowa się nie unosiła. Dobrosława dotknęła go, był już zimny.
Nie krzyknęła. Po prostu usiadła na podłodze obok legowiska i zawyła. Cicho, przeciągle, jak wilczyca, która straciła szczenię. Artur wybiegł z sypialni, zrozumiał wszystko bez słów i runął obok niej na kolana. Objął ją razem z Kubą i siedzieli tak długo, długo, aż nastał świt.
Pochowali Kubę w lesie, za miastem.
— Boże, — szeptała nocą, wtulona w ramię Artura. — Jak pusto. choćby nie przypuszczałam, iż można tak kochać psa. I tak go stracić.
Artur milczał. Gładził ją po włosach i wpatrywał się w sufit. W gardle tkwiła gula, której nie mógł przełknąć. Kuba był ich małym, kudłatym cudem, który podarował im trzy szczęśliwe lata. Trzy lata, gdy zapominali o pustce. Ale teraz pustka wróciła. I stała się dwa razy większa.
Dobrosława straciła apetyt. Zmuszała się do przełknięcia kilku łyżek zupy i robiło jej się niedobrze. Szczególnie rano. Zrzucała to na nerwy, mówi się przecież, iż od stresu może mdlić. W pracy zrobiło jej się nieznośnie duszno. Siedziała przy biurku, patrzyła w monitor i czuła, jak ściany się zwężają, zabierają cały tlen. Co chwila wybiegała na zewnątrz, wdychała zimne powietrze, opierała się plecami o ścianę budynku i zamykała oczy.
— Dobrosławo, co ci jest? Blada jesteś, — zaniepokojona zapytała koleżanka Lena. — Może jakaś infekcja albo zatrucie?
— Pewnie złapałam infekcję, — machnęła ręką Dobrosława. — Od Kuby. On przecież coś miał… mało któryś wirus.
Myśl o infekcji mocno utkwiła jej w głowie. Ucieszyła się choćby z tego wytłumaczenia: wszystko logiczne, pies miał zapalenie, więc mogło się na nią przenieść. Organizm osłabiony żałobą, więc łatwo złapał jakieś świństwo. Trzeba iść do lekarza, zrobić morfologię, by dowiedzieć się, na co choruje.
Zapisała się do przychodni, wzięła wolne w pracy. Siedziała w kolejce, obejmując się ramionami i czując, jak wszystko wywraca się w środku od kolejnego ataku mdłości. Lekarka, już nie młoda kobieta o zmęczonych oczach, wysłuchała jej skarg, pokręciła głową i powiedziała:
— No, zobaczmy. Najpierw morfologia. Ale wie pani co, na wszelki wypadek… — zmarszczyła brwi, popatrzyła na Dobrosławę znad okularów, — dobra, skieruję panią na USG.
Dobrosława wyszła z gabinetu z skierowaniem w dłoni.
Lekarka USG milczała, wodziła głowicą, marszczyła czoło, coś klikała na ekranie. Dobrosława leżała i patrzyła w sufit, licząc kafelki, byle nie patrzeć na ekran i nie mieć nadziei.
— No, proszę, niespodzianka, a wie pani, iż ma pani tam dzidziusia?
— Co? — spytała Dobrosława, nie wierząc uszom.
— Ciąża, — wyraźnie powtórzyła lekarka. — Około ósmego tygodnia. Wszystko w porządku, żadnych patologii.
Dobrosława patrzyła na ekran, nie wiedziała, iż można płakać tak bezgłośnie. Łzy po prostu ciekły po policzkach, zalewały uszy, kapały na szpitalną kozetkę.
— Jak… jak to możliwe? — wyszeptała. — My z Arturem dziewięć lat…
— Zdarza się, — łagodnie uśmiechnęła się lekarka. — Czasem natura czeka. Kiedy organizm przestaje się na tym skupiać. Najwyraźniej pani organizm wreszcie się odprężył i uznał, iż pora. Taka zagadka natury.
Dobrosława wyszła z przychodni na watowanych nogach. Osiem tygodni. Osiem tygodni w środku niej żyło nowe życie, a ona choćby nie wiedziała. Żałowała po Kubie, a w niej już biło inne serduszko.
Znaczy trzeba było po prostu przestać czekać.
Chciała doczekać Artura w domu. Chciała mu pięknie powiedzieć, zapalić świece, przygotować kolację, zrobić niespodziankę. Ale nie wytrzymała. Stała na przystanku autobusowym, ściskając w dłoni telefon. Palce drżały, gdy wybierała jego numer.
— Artur, — powiedziała, a głos jej się załamał. — Możesz rozmawiać?
— Dobrosławo? Co ci jest, masz dziwny głos… Zachorowałaś? — w jego głosie zabrzmiał niepokój.
— Nie, — westchnęła. — Byłam w przychodni. Artur… nie wiem, jak to powiedzieć… ja… będziemy mieli dziecko.
Cisza w słuchawce. Tak długa, iż Dobrosława przestraszyła się, czy połączenie nie zostało zerwane.
— Co? — powtórzył Artur tak cicho, iż ledwo go usłyszała. — Dobrosławo, nie żartuj tak. Proszę. To nie jest śmieszne.
— Nie żartuję, — rozpłakała się już prosto w słuchawkę, nie krępując się przechodniów. — Osiem tygodni. Artur… Nasze dziecko żyje we mnie już dwa miesiące, a ja nic nie wiedziałam. Myślałam, iż to infekcja, a to… to nasz maluszek.
— Jadę, — powiedział wreszcie. — Natychmiast. Czekaj na mnie. W domu. Siedź i się nie ruszaj. Przyjadę.
Przyjechała do domu, Artur pół godziny później. Wbiegł do mieszkania, nie zdejmując butów, z ogromnym bukietem białych róż w jednej ręce i z tortem w drugiej. Róże były tak wielkie, iż ledwo mieściły się w drzwiach, a tort z napisem: „Wszystkiego najlepszego”, najwyraźniej kupił pierwsze lepsze, byle nie wracać z pustymi rękoma.
Artur przycisnął ją do siebie tak mocno, jakby bał się, iż wyparuje, rozpłynie się w powietrzu jak miraż.
— Bałem się uwierzyć, — szeptał jej we włosy. — Stałem w biurze i myślałem: to sen. Szczypałem się, Dobrosławo. Wyobrażasz sobie? Koledzy mnie widzieli, myśleli, iż zwariowałem. Nie mogłem uwierzyć, iż po wszystkim, po dziewięciu latach, po Kubie, po tym, jak się poddaliśmy… to się stało.
— Sama nie wierzę, — szlochała Dobrosława, wtulona w jego ramię. — Przestałam czekać. Po prostu… żyłam.
Odsunął się, wziął jej twarz w dłonie, zajrzał w oczy. Jego oczy były czerwone i mokre, a na ustach drżał szeroki, szczęśliwy, nieco szalony uśmiech.
— Znaczy trzeba było po prostu przestać czekać, — powiedział. — Wziąć psa, stracić go, przechorować, wypalić się… a wtedy życie samo znajdzie drogę. Właśnie podarowałaś mi największy cud. Nie wiem, jak ci dziękować. Będę najlepszym tatą, przysięgam na Kubę. Mam teraz cel.
Dobrosława pogładziła go po włosach i nagle poczuła, iż mdłości, które dręczyły ją przez cały ten czas, ustąpiły. Albo po prostu przestała je zauważać. Bo w środku nie było już pustki. W środku biło teraz serce. Ich wspólne, małe, przyszłe.









