Była czwarta po południu, 31 grudnia.
Stałam w kuchni z nożem w ręku nad miską sałatki jarzynowej.
— Kto tak kroi sałatkę?! — wykrzyknęła Zofia Kazimierza, moja teściowa.
Trzymała nóż nad marchewką jak miecz.
— Kostki wielkie jak kłody! Nie mieszczą się w buzi!
W telewizorze Piotrek Łukasik znowu planował wstąpić do sauny.
Plecy miałam zdrewniałe, stopy obolałe w kapciach.
Na palcu pulsowało świeże skaleczenie.
— Zofia Kazimierza — powiedziałam spokojnie. — To normalne kostki. Mamy jeszcze trzy inne dania.
— Nie jeść? — oburzyła się, ledwo nie przewracając sosowca. — Przyleciałam świętować, a ty podajesz mi chleb na przysmak?
— Witek! Słyszysz, jak twoja żona do mnie mówi?
Mój mąż, Wiktor, siedział w salonie i rozwieszał lampki.
Westchnął tylko zrezygnowany.
— Łucjo, mamo — zawołał z kanapy. — Kroić mniejszymi kostkami, co ci szkodzi? Mama była kierownikiem stołówki, wie lepiej.
— Byłam kierownikiem stołówki! — podkreśliła Zofia, poprawiając broszę. — A u ciebie w kuchni bałagan. Ściereczka w plamie! Antysanitarne.
Odłożyłam nóż.
Czułam, jak gniew powoli się we mnie gotuje.
Zofia przyjechała dwa dni wcześniej, „pomagać”.
W rzeczywistości sprawdzała każdy kąt i wydawała wyroki.
Zięć niedokarmiony. Syn nieudolny. Wnuków brak. Mieszkanie bez smaku.
— Ściereczka czysta, wyjęłam ją rano — odpowiedziałam. — Zofia, wyjdź z kuchni, muszę upiec gęś.
— Gęś? — zmrużyła oczy. — W majonezie znowu? Wysłałam ci przepis na Facebooku. Nie przeczytałaś?
— Zamarynowałam ją z jabłkami i miodem. Witek lubi tak.
— Witek lubi to, co mu wlewasz! Zepsułaś mu żołądek. Ma już pewnie wrzód.
Czułam, iż gęś za chwilę poleci przez okno.
— Koniec — otarłam ręce o fartuch. — Gęś do pieca. Sałatki gotowe.
— A ty byś się ogarnęła — spojrzała na mnie surowo. — Trochę makijażu. Mężczyzna powinien widzieć królową, nie zmywarkę.
Przełknęłam to w milczeniu, myślałam o świętach, nie o kłótni.
Wsunęłam blachę do piekarnika i poszłam do łazienki.
Stałam przy wannie, ocierając łzy ręcznikiem.
Miałam 35 lat, byłam kierownikiem działu w firmie logistycznej, zarządzałam dwudziestoma osobami.
To mieszkanie kupiłam razem z Wiktorem, wkładając w nie swój spadek.
Dlaczego mam znosić poniżenia w swoim domu?
„Bo rodzina” — szepnął wewnętrzny głos, podobny do głosu mojej matki.
Umyłam twarz, uśmiechnęłam się do lustra na siłę.
„Jeszcze sześć godzin” — pomyślałam.
W sypialni czekała moja sukienka — ciemnoniebieski welur, piękne wycięcie na plecach.
Kupiłam ją za połowę premii.
— Łucjo, naprawdę to zamierzasz założyć? — wszedła Zofia bez pukania.
— To moja świąteczna sukienka.
— Welur jak u babci przy herbacie. Mam sweter z brokatem, pożyczę, jeżeli się zmieścisz.
— Nie, dziękuję. Lubię tę sukienkę. I Witek też.
— Witkowi nie zależy, ważne żeby mięso krótko kroić. A ja ci mówię jak kobieta kobiecie: nie pasuje.
Zaczęłam się ubierać, ręce mi drżały, zamek się nie domykał.
— Pomogę, bo podrzesz — szarpnęła zamkiem tak, iż się potknęłam.
— Ostrzegałam. Potem nie płacz, iż mąż patrzy na młodsze.
Do dziesiątej stół był gotowy: kryształ, świece, gęś pachnąca w centrum.
Zofia włożyła swój sweter z brokatem i wszystkie złote ozdoby.
Czułam się jak wyciśniona cytryna.
— Przywitajmy stary rok! — zawołał Witek, nalewając szampana. — Najważniejsze, iż jesteśmy razem.
— Tak, trudny rok — dodała teściowa. — Zwłaszcza dla mnie. Ciśnienie skacze. Brak pomocy. Brak wnuków. Samotność.
— Mamo, dzwonimy, przyjeżdżamy — próbował Witek.
— Raz w tygodniu, dla formalności. Wypijmy za to, żeby niektóre w nowym roku stały się lepszymi gospodyniami.
Wzięłam łyk szampana, poczułam gorycz.
— Spróbujcie sałatki — podałam Zofii śledzia.
Żuła długo, demonstracyjnie przewracając oczami.
— Śledź przesolony. Burak niedogotowany. A majonez… wlałaś tam ocet?
— To sok z cytryny, według przepisu.
— Sok z cytryny! Kto cię nauczył gotować? Twoja matka pewnie też nie była kucharką. Karmiła was półfabrykatami.
Krew uderzyła mi w twarz.
Moja matka zmarła trzy lata temu.
Pracowała na dwa etaty, żeby mnie wychować.
— Nie dotykaj mojej mamy — wyszeptałam.
— Co powiedziałam? Prawda nie grzech. Witek, podaj chleb, bo tej sałatki nie da się zjeść.
Witek podał chleb, nie patrząc na mnie.
Jadł, wpatrzony w talerz, chcąc stać się niewidzialny.
Wtedy coś się we mnie przestawiło.
Złość zniknęła, zostało lodowate spokój.
— Witek, smakuje ci? — spytałam.
— Co? — drgnął. — No, w porządku. Nie kłócmy się, mama tylko wyraziła opinię.
— Opinię. Rozumiem.
Wstałam od stołu.
— Dokąd idziesz? Jeszcze wcześnie, usiądź — rozkazała Zofia.
— Nie po gorące.
Wyszłam do sypialni, zdjęłam sukienkę, powiesiłam w szafie.
Włożyłam dżinsy, sweter, do torby wsunęłam kosmetyczkę, bieliznę, ładowarkę.
W korytarzu usłyszałam głos teściowej z salonu:
— Witek, gdzie Łucja? Coś się dłuży. Zła? Trzeba do lekarza?
Włożyłam kurtkę, czapkę, kozaki.
Otworzyłam drzwi i wyszłam, zamykając je cicho za sobą.
Zadzwoniłam do przyjaciółki, Marty, z klatki schodowej.
— Marto, mogę u ciebie zostać do rana?
— Łucja? Co się stało?
— Teściowa. Już nie dam rady.
— Przyjeżdżaj, mam wino i kanapę.
Szłam przez ciche, oświetlone ulice, czując ulgę pierwszy raz od dwóch dni.
Telefon dzwonił bez przerwy — Witek, dziesięć razy.
Nie odebrałam.
Napisałam jedno zdanie: „Jestem u Marty. Wrócę po Nowym Roku.”
U Marty usiadłam na kanapie, otulona kocem, z kieliszkiem wina.
— Zasłużyłaś na spokojny Sylwester — powiedziała Marta, podając mi talerz pierogów.
O północy obejrzałyśmy fajerwerki przez okno, bez krzyków, bez wyrzutów.
Telefon milczał od pierwszej w nocy.
Rano przyszła wiadomość od Wiktora: „Mama wyjechała. Przepraszam. Wróć, proszę.”
Siedziałam długo, patrząc na ekran.
Wiedziałam jedno — coś się musiało zmienić, i to nie tylko rok.











