Moda

Casio wypuszcza nowy zegarek G-Shock z kompasem w Wielkiej Brytanii i ujawnia ceny w UE
Bukiety z dostawą – wyślij kwiaty na specjalne okazje
Kalesonowa
Teściowa podarowała mi na trzydzieste urodziny swoje stare rzeczy i nie ukrywałam rozczarowania
Szamotuły z wyprawką dla najmłodszych mieszkańców
List do Świętego Mikołaja: Wzruszająca historia o zgubionym liście, dziecięcych marzeniach i prawdziwej magii polskich świąt Bożego Narodzenia na zaśnieżonych ulicach Warszawy
Wychowała mnie babcia, a teraz moi rodzice postanowili, iż powinnam im płacić alimenty – choć nie widzieliśmy się od ponad 20 lat i to ona zajmowała się moim wychowaniem
Moja matka i siostra traktowały mnie tylko jak portfel – nigdy tak naprawdę nie zainteresowały się mną jako człowiekiem
Rodzony syn – Lena, nie wyobrażasz sobie! Z Matwiejem zdecydowaliśmy, iż w przyszłym roku znowu lecimy do Turcji! – Ojczym aż promieniał z radości. – Mówi, iż znowu chce ten hotel z widokiem na morze. No co mam zrobić, taki już mam tego mojego rodzonego syna? choćby nieświadomie podkreślił, iż to właśnie “rodzony” syn. – Cieszę się waszym szczęściem – odpowiedziała Lena, przypominając sobie, jak cudownie było, zanim ten cały Matwiej pojawił się na horyzoncie. – Rodzony syn… A ty zawsze powtarzałeś, iż jesteśmy rodziną. Że nie ma różnicy, czy dziecko rodzone, czy przybrane. Powtarzał. Że jest jego córką, i nie ma znaczenia, czy rodzoną, czy nie. – Znowu swoje… Co ty, Lena! Jesteś moją córką, to się nie dyskutuje! Wiesz, iż kocham cię jak własną. Ale Matwiej… choćby nie zorientował się, iż właśnie jej przytaknął. – Matwiej to syn. A ja najwyraźniej tylko znajoma. – Lena, o czym ty mówisz? Przecież mówię, iż jesteś mi jak rodzona! – Jak rodzona… A zabrałeś mnie kiedykolwiek nad morze? Przez te piętnaście lat, odkąd nazywasz się moim ojcem? Nie zabrał. Artur często powtarzał, iż między nią a Matwiejem nie ma żadnej różnicy, ale Lena, słuchając, ile Artur robi dla syna, wiedziała – ta różnica była ogromna. – Nie wyszło, Lena. Wiesz, iż wcześniej z pieniędzmi było ciężej. Nie jesteś już dzieckiem, rozumiesz chyba, ile kosztuje dwa tygodnie w pięciogwiazdkowym hotelu… Dużo. – Rozumiem – pokiwała głową Lena. – Wydatki. Za drogo byłoby mnie tam zabrać. Ale dla Matwieja, którego poznałeś pół roku temu, już zamierzasz brać kredyt na mieszkanie, żeby “miał gdzie żonę sprowadzić”. To nie są chyba takie wielkie wydatki, jak chodzi o syna? – Nie biorę żadnego mieszkania. Kto ci tak powiedział? – Życzliwi ludzie. – To przekaż tym życzliwym, żeby plotek nie roznosili. Lena trochę odżyła. – Naprawdę nie bierzesz? – Oczywiście, iż nie. O, a zgadnij gdzie z nim idziemy w sobotę? – Sam sobie odpowiedział: – Karting! Studiował kiedyś na uniwerku, choćby jakieś wyścigi były, a ja idę dla towarzystwa. – Karting – powtórzyła Lena. – Brzmi ekscytująco. – No jasne! – Mogę pójść z wami? – wyrwało się jej zanim zdążyła pomyśleć. Artur, który nie bardzo chciał ją zabrać, zaczął się tłumaczyć: – E-e… Lena… Tobie tam będzie nudno. Serio. To taka… męska sprawa. My z Matwiejem pogadamy o swoich ojcowsko-synowskich sprawach. Ale bolało… – Czyli… tobie może być ciekawie, a mnie nie? – Niezupełnie… – Artur się wiercił. – Po prostu całe życie się nie widzieliśmy, chcemy nadrobić stracony czas. Chcemy pójść sami. Rozumiesz? Rozumiesz. To “rozumiesz” było najbardziej bolesne w ich nowym słowniku. Trzeba było zrozumieć, iż rodzone jest ważniejsze niż przybrane. Trzeba było zrozumieć, iż jej miejsce teraz jest poza ogrodzeniem. Matwiej naprawdę był świetny. Wychowany bez ojca, bo jego matka nie chciała powiedzieć Arturowi o dziecku, mimo wszelkich trudności radził sobie ze wszystkim. Mądry, przystojny, uprzejmy. – Tato, pomogłem w schronisku. Remontowałem kojce dla psów. – Tato, wiesz, iż mam czerwony dyplom? – Tato, naprawiłem ci telefon. Był nie tylko synem. Był synem idealnym. Tego samego wieczoru, gdy Artur po chwili w gościach poszedł do swojego mieszkania, Lena przeglądała stare zdjęcia… Ślub Artura z jej mamą (mamą, która zmarła pięć lat temu, zostawiając Lenę i Artura samych). Tu są na działce… tu Lena kończy szkołę… Nic już nie będzie takie jak dawniej. *** – Lena, nie śpisz? Mam pytanie. Pilne – ojczym zjawił się u niej już o ósmej rano. – Skąd taki pośpiech? Lena odgarnęła grzywkę opaską i włączyła ekspres do kawy. – O mieszkanie dla Matwieja. – Czyli jednak prawda? – wycofała się. – Przepraszam, ale tak… prawda. – Okłamałeś mnie. – Nie chciałem cię martwić. Ale muszę się poradzić! Wydaje mi się, iż trzeba się pospieszyć. On przecież prędzej czy później będzie chciał się ożenić. A póki młody, to trzeba mu kupić własny kąt. Sam pamiętasz, jak było u mnie… – No to bierz kredyt – wycedziła Lena, niezbyt chętna do rozmów o mieszkaniu dla Matwieja. Dobrze ten Matwiej się urządził! – Tak, tak, wiem. Ale przecież znasz moją historię kredytową… A Matwiejowi trzeba pomóc. Zasłużył na to, by ojciec, którego całe życie nie miał, kupił mu mieszkanie. – O co ci chodzi? – Pomożesz mi? jeżeli poproszę? – Zależy w czym. – Już tłumaczę. Mam dwa miliony. To starczy na wkład własny. Ale bank mi kredytu nie przyzna. Tobie przyzna. Ty jesteś “czysta”. Sformalizujemy wszystko na ciebie, weźmiemy spółny kredyt. Oczywiście będę spłacał ja. Iluzja “nie ma różnic między wami” padła ostatecznie. Jest różnica. To przecież nie Matwiej staje się kozłem ofiarnym. – Czyli Matwiej dostaje mieszkanie, a ja – kredyt? Tak wychodzi? Artur pokręcił głową z taką żarliwą obrazą, jakby to Lena mu to zaproponowała. – Co ty mówisz! Spłacać będę ja… Przecież cię choćby nie proszę o pieniądze. Po prostu trzeba, żeby ktoś był właścicielem. Pomyśl… – Wiesz, Artur, ja się nie zastanawiam, czy brać kredyt, czy nie. Ja myślę o tym, iż już nie uważasz mnie za córkę. Masz teraz syna. Znajdziesz go od pół roku, mnie znasz piętnaście lat i to nie ma dla ciebie znaczenia. Liczy się tylko to, iż on jest rodzony. – Nieprawda! – Artur się zapienił. – Kocham was tak samo! – Nie. Nie tak samo. – Lena, to nie fair! On jest rodzoną rodziną… Koniec. Nie była już jego córką. Była przybraną, wygodną, akceptowalną tylko dopóki nie pojawił się prawdziwy. – Rozumiem – Lena postarała się być uprzejma. – Nie mogę, Artur. Sama będę musiała kiedyś kupić mieszkanie. Drugiego kredytu na pewno mi nie przyznają. Artur, jakby dopiero teraz sobie przypomniał, iż ona też nie ma własnego kąta. – Aha, no tak, ty też będziesz potrzebować… – poprawił zegarek. – Ale póki nie zamierzasz brać, możesz mi pomóc. Mam dwa miliony. Nie tak dużo trzeba dołożyć. To tylko na dwa lata. – Nie. Nie podpiszę na siebie żadnego kredytu. choćby nie miała nadziei, iż Artur zrozumie. – Dobrze – powiedział. – jeżeli nie możesz mi pomóc jako córka… to nie trzeba. Poradzę sobie sam. Czy kiedykolwiek naprawdę uważał ją za swoją córkę, już nie miało znaczenia. Teraz widziała Artura tylko na fotografiach. Któregoś wieczoru przeglądając Facebooka, zobaczyła to. Zdjęcie zrobione na lotnisku. Artur i Matwiej. Oboje w jasnych kurtkach. Artur stojąc, trzymał rękę na ramieniu Matwieja. Podpis pod fotką: “Lecimy z tatą do Dubaju. Rodzina to najważniejsze”. Rodzina. Lena odłożyła telefon. Przypomniała sobie nagle pewien moment z dzieciństwa, jeszcze zanim mama poślubiła Artura. Miała może z pięć lat. Żyły bardzo skromnie, a ulubiona lalka od babci się zepsuła. Płakała, a jej rodzony ojciec powiedział: “Lena, co płaczesz przez taką bzdurę? Nie zawracaj mi głowy!” Jego nie można było nigdy zawracać. Interesowała go tylko butelka. Można powiedzieć, iż Leny ojca nie było. Myślała, iż Artur jej go zastąpił… niedługo Artur jeszcze raz próbował ją przekonać. – Lena, musimy coś zrobić z tym twoim brakiem zaufania… – Jakim brakiem zaufania, Artur? Powiedziałam jasno: nie. – Ty po prostu nie rozumiesz, w jakiej sytuacji jestem. Matwiej… on mnie nie znał. Ojca nie miał. Trzeba coś nadrobić. Jest już dorosły, potrzebuje mieszkania. A od ciebie nic nie chcę prócz podpisu, gwarantuję, iż nie wydasz ani grosza. – Kto mi moje straty nadrobi… To go niespodziewanie rozzłościło. – Lena, dość! Nie chcę awantur. Kocham cię, serio! Ale zrozum… Matwiej to moja prawdziwa rodzina. Będziesz miała dzieci, zrozumiesz. Tak, kocham was inaczej, ale to nie znaczy, iż cię nie potrzebuję. – Potrzebuję. Jako wsparcie techniczne. – Lena, opanuj się! Przesadzasz. – Przerzuciłeś się na niego w pół roku, Artur – powiedziała Lena. – Nie każę ci wybierać. I tak wybór jest oczywisty. Powiedziałeś prawdę: Matwiej jest ci rodzoną rodziną. A ja… nigdy nie byłam. Minęło pół roku. Artur nie zadzwonił. Ani razu. Pewnego dnia, przeglądając te same wiadomości, zobaczyła nowe zdjęcie. Artur i Matwiej. Stali na tle gór. Artur w modnym stroju narciarskim. Podpis: “Uczymy tatę jeździć na snowboardzie! Niby już nie ten wiek, ale z synem – wszystko jest możliwe!” Lena długo się w zdjęcie wpatrywała. Sięgnęła po laptopa, żeby dokończyć raport, gdy na telefon przyszła wiadomość. Nieznany numer. “Hej, Lena. Tu Matwiej. Tata dał mi twój numer, sam się odezwać nie odważył. Kazał przekazać, iż znalazł sposób, jak zdobyć mieszkanie bez twojej pomocy i iż martwi się o ciebie. Bardzo prosi, żebyś przyjechała do nich na majówkę. Nie umie wyjaśnić dlaczego, ale bardzo prosi.” Kilka razy pisała odpowiedź i kasowała ją. “Hej, Matwiej. Przekaż Arturowi, iż cieszę się, iż wszystko mu się układa. I iż też o nim myślę. Ale nie przyjadę. Mam swoje plany na majówkę. Jadę nad morze.” Nie dodała, iż bilety nad morze kupiła sama, i iż to nie była Turcja, tylko Sopot. I iż jedzie nie z ojcem, tylko z przyjaciółką. Lena kliknęła “wyślij”. I pomyślała, iż może być szczęśliwa choćby bez niego.
Rewolucja w Twojej sypialni, czyli dlaczego odpowiednie prześcieradło to klucz do idealnego snu
Niedzielny tata. Opowiadanie. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując, jak zęby jej szczękają nie wiadomo czy ze strachu, czy z zimna.
WSPÓŁROZPOCZYNKA
Teściowa postanowiła zrobić inspekcję moich szaf pod moją nieobecność, ale byłam przygotowana – czyli jak pewnego dnia Gienia Nowak przekonała się, iż w polskim domu nie każdy zakamarek jest do kontroli
Sukienki wieczorowe z wyprzedaży - wyglądają jak z luksusowych butików, a kosztują mniej niż 70 zł
Minęły dwa lata od tamtego dnia, kiedy wszystko się rozpadło. Spotkałem ją znowu na ulicy — piękną kobietę, za którą wszyscy się oglądali. To była moja była żona Monika, która kiedyś sprawiała, iż inni mężczyźni jej zazdrościli. Po ślubie nie poznawałem już własnej żony: zaniedbana, zmęczona, chodząca w za dużych koszulkach, z tłustymi włosami, bez makijażu, bez energii. Przestała dbać o siebie, a jej sylwetka się zmieniła po ciąży. Była cały czas smutna i wycofana. W końcu powiedziałem jej, iż nie chcę już z nią być, bo czułem tylko żal i litość, a nie miłość. Po dwóch latach znów ją zobaczyłem — piękną, odmienioną, jak dawniej. Elegancka sukienka, rozpuszczone włosy, znów wyglądała jak królowa, która wychowała moje dzieci. Zrozumiałem wtedy, iż przez te lata oddała całą siebie rodzinie, nie miała czasu ani sił dla siebie. Gdy zostawałem z bliźniakami, po godzinie byłem wykończony, a ona radziła sobie cały dzień, jeszcze sprzątała, gotowała, była dla mnie. Nie rozumiałem, ile poświęciła, nie wspierałem jej, nie dawałem jej odpocząć, nie doceniałem. Byłem ślepy i egoistyczny, nie zauważyłem, jaką miałem przy sobie skarb. Przestałem ją doceniać, straciłem rodzinę. Teraz, gdy ona ma wielu adoratorów, żaden nie jest jej bliski — to ja ją zraniłem najbardziej. Nie wiem, czy potrafi mi wybaczyć, ale spróbuję o nią zawalczyć, choćby tylko po to, by być bliżej dzieci. Czuję wstyd i żal, iż zrozumiałem wszystko za późno…
Teściowa do kwadratu – No to ładnie! – rzucił Edek na powitanie, widząc w drzwiach niewysoką, żwawą staruszkę w dżinsach, z chytrym uśmiechem na ustach. Przez zmrużone powieki wesoło błyskały figlarne oczy. „Babcia Kasi, pani Walentyna – rozpoznał ją. – Ale jak to tak – bez uprzedzenia, choćby bez telefonu…” – Cześć, wnuczku! – zaśmiała się staruszka. – Wpuścisz mnie do środka? – Tak, oczywiście! – zakrzątał się Edek. – Proszę bardzo. Pani Walentyna wciągnęła za sobą walizeczkę na kółkach. Gdy Edek częstował ją herbatą, wydała pierwsze polecenie: – To mnie zalej mocniejszą! Katarzyna w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co tak siedzisz bezczynnie? – Wysłało mnie szefostwo na dwutygodniowy urlop „służbowy”, – odparł przygnębiony. Wizja wakacji topniała mu w oczach. Zerknął pytająco na gościa: – Na długo zatrzyma się pani u nas? – Na długo – odpaliła, rozwiewając resztki nadziei. Edek znowu westchnął. Z panią Walentyną dotąd prawie się nie znał – widział ją tylko na ślubie z Kasią, gdy przyjechała z innego miasta. O jej charakterze słyszał sporo od swojego teścia. Tamten opowiadał o niej szeptem, rozglądając się z bojaźnią, jakby miał szacunek drżący aż po kolana. – No, zmywaj naczynia i szykuj się, – zarządziła babcia. – Oprowadzisz mnie po mieście! Tonem przypominała mu kiedyś sierżanta Przybylskiego z wojska – lepiej się nie sprzeciwiać. – Pokazuj mi nadwiślańskie bulwary! – rozkazała energicznie. – Jak najprościej tam dotrzeć? – Wsunęła Edekowi rękę pod ramię i dziarsko ruszyła, rozglądając się z ciekawością. – Taksówką, – stwierdził Edek. Nagle pani Walentyna wsunęła palce między wargi i zagwizdała przenikliwie. Taxi zatrzymało się z piskiem opon. – Po co tak gwizdać? Co ludzie o pani pomyślą? – tłumaczył jej Edek, pomagając wsiąść na przednie siedzenie. – Nic sobie nie pomyślą – zaśmiała się cicho babcia. – Pomyślą najwyżej, iż to twój pomysł. Kierowca wybuchnął śmiechem razem z panią Walentyną, obaj z Edkiem przybili sobie piątkę. – Edek, jesteś chłopak kulturalny i spokojny, – mówiła po bulwarach. – Twoja babcia pewnie z tych statecznych, a ja? Ja zawsze byłam trochę wariatka. Mój mąż – dziadek Kasi – był spokojnym bibliofilem… póki ja mu w życiu nie narozrabiałam! W góry go wciągałam, nauczyłam skakać ze spadochronem. Tylko na lotnię nie dał się namówić – bał się straszliwie, a z córką czekał, gdy ja krążyłam nad ich głowami. Edek słuchał z fascynacją – Kasia nic mu o babci nie opowiadała. Jej życie wyglądało na pasmo przygód – i nagle zrozumiał wszystko. Pani Walentyna przypatrywała mu się przenikliwie: – A sam z czasów wojska spadochroniarz? – No, czternaście skoków! – pochwalił się dumnie. – Brawo! – pokiwała głową. – Szacunek. I zanuciła wojskową piosenkę. Edek podchwycił melodię i już poczuł się z babcią jak z dobrym kumplem. – No, czas na przerwę i coś na ząb, – zarządziła. – Chodźmy tam do budki – wąchasz ten zapach? Szaszłyki pierwsza klasa! Przy straganie, gdzie gruziński szaszłyk nadziewał na szpikulce barczysty właściciel, pani Walentyna rozbłysła oczami i czystym głosem zanuciła: – Gamarjoba, genacvale, miło byłoby zaśpiewać na weselu… Szaszłykowy mistrz uśmiechnął się pogodnie i odśpiewał refren razem z nią. – Proszę się częstować, szanowna pani! – położył talerze z szaszłykami, cienki chleb i zieloną natkę. Przyniósł dwa chłodne kieliszki wyśmienitego wina. Na zapach mięsa przydreptał spod krzaków bury kociak. Babcia uśmiechnęła się serdecznie: – Och, właśnie ciebie nam brakowało, maluchu. Batońku, podaj kotkowi świeżutkie mięso, tylko drobno pokrój! Podczas gdy kotek jadł, pani Walentyna zgromiła Edka: – Macie w domu dziewczynkę, a kota brak! Jakże chcesz nauczyć dziecka dobroci, czułości? Ten maluch zostaje wasz – nie ma dyskusji. Po powrocie do domu babcia umyła zwierzaka, a Edka pogoniła po cały sprzęt: żwirek, miski, drapak i ciepłe legowisko. Wrócił obładowany, a w domu euforia i harmider: Kasia i Ola przytulały babcię, a kotek – ochrzczony imieniem Leon – zaskoczony patrzył na nową rodzinę. – To dla ciebie, Olu, letni komplecik z szortami – rozdawała prezenty babcia. – A to dla ciebie, Kasiu – nic tak nie cieszy męża, jak koronkowe majteczki… Przez cały tydzień Ola nie chodziła do przedszkola – z babcią znikały z rana i wracały tuż przed obiadem, zmęczone, ale szczęśliwe i rozchichotane. W domu już czekał Edek z Leonem. Wieczorami dołączała Kasia i cała piątka ruszała na wspólny spacer po bulwarach. – Muszę z tobą porozmawiać, Edku – powiedziała pewnego wieczoru babcia, z powagą w głosie. – Jutro wracam, już czas. A to, po moim wyjeździe, przekażesz Kasi. – Wręczyła mu dokument w przezroczystej koszulce. – To moje testament: mieszkanie i cały majątek dla niej, tobie kolekcja książek, którą mąż zbierał całe życie. Bardzo cenna, są choćby rarytasy z autografami wielkich ludzi… – Po co to wszystko, pani Walentyno!? – przerwał Edek, ale babcia uciszyła go gestem. – Kasi nie mówiłam, ale tobie powiem – z sercem kiepsko. Może się wszystko skończyć nagle. Trzeba się przygotować. – Ale jak to? Sama będzie pani mieszkać? – Nie sama – zawsze ktoś jest obok. Córka w sąsiednim mieście, ty strzeż Kasi i wychowuj Olę jak najlepiej. Dobry z ciebie chłopak. W sumie jestem dla ciebie… teściową do kwadratu! – zaśmiała się serdecznie, klepiąc go po ramieniu. – Może by pani została jeszcze? – spytał błagalnie Edek. Babcia podziękowała uśmiechem i pokręciła głową. Pożegnał ją cały dom, choćby Leon na rękach Oli wyglądał na smutnego. Pani Walentyna znowu zagwizdała, taxi zatrzymało się momentalnie. – No, zięciu, odstaw mnie na dworzec! – rozkazała, pożegnała rodzinę uściskami i usiadła na przednim siedzeniu. Kierowca spojrzał zdumiony na tę nietuzinkową pasażerkę. – Co się pan tak patrzy? – burknął Edek. – Porządnej kobiety nigdy nie widział? Siwiuteńka babcia, potrząsając lokami, zaśmiała się dźwięcznie i przybiła piątkę z Edkiem. TEŚCIOWA DO KWADRATU
Jeszcze nie przybył. Ostatnio był przytłoczony pracą i przychodzi coraz później.
Z szafy księżnej Diany prosto na wybiegi. W 2026 roku spodnie nosimy tylko w ten sposób
Apple Glasses jeszcze nie ma, a rynek już się zmienia
Wystarczy jeden kolor, aby twoja stylizacja wyglądała na droższą
PILNE! Zaginął 86-letni mieszkaniec Świdnika. Policja apeluje o pomoc
Modne bambi bags na wiosnę 2026 – dlaczego wzór jelonka wypiera panterkę i zebry? Lista torebek
Zagubiony List do Świętego Mikołaja: Historia małego Szymka z Warszawy, którego marzenia spełnili nieznajomi – wzruszająca opowieść o dziecięcej nadziei, dobroci i magii świąt Bożego Narodzenia
Mąż porównał mnie do żony przyjaciela przy stole i dostał miskę sałatki na kolana
Na podłodze leżały damskie ubrania, a gdy weszłam do sypialni, zobaczyłam go z inną kobietą… Polska Ja i Robert byliśmy razem ponad trzy lata – szczęśliwy, pełen zaufania związek. Poznaliśmy już swoich rodziców i planowaliśmy niedługo ślub. Wszystko układało się świetnie, chciałam mieć z nim dzieci i spędzić razem resztę życia… W dniu, w którym wrócił z delegacji, nie byliśmy umówieni, ale postanowiłam zrobić mu niespodziankę: wzięłam wolne w pracy, upiekłam jego ulubione ciasto i pojechałam do jego mieszkania. Na szczęście miałam własne klucze, więc gdy spał, zdążyłam choćby zaparzyć kawę do tortu. Cicho otworzyłam drzwi do sypialni, ale zanim zrobiłam krok, niemal potknęłam się o rzeczy na podłodze. W pokoju było ciemno, więc oświetliłam wszystko telefonem. Na podłodze leżała sterta damskich ubrań. Gdy weszłam głębiej, zobaczyłam go z inną kobietą. Dowiedz się więcej Gry rodzinne karton Leżeli wtuleni, więc nie zrobiłam sceny. Cicho zamknęłam drzwi, zostawiłam jego ulubiony tort i klucze, i wyszłam. Na dworze było zimno, nie chciałam wracać do rodziców, więc usiadłam na ławce w parku i rozpłakałam się. Po chwili dosiadł się do mnie jakiś chłopak i zapytał, co się stało. Nie wspomniałam o zdradzie, ale rozmowa sama się potoczyła. Jakoś tak wyszło, iż trafiliśmy do niego na herbatę. Dziś mieszkamy razem i planujemy ślub. Myślę, iż to los specjalnie nas połączył, bo w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny!
Podbiegający kelner zaproponował zabrać kotka, ale dwumetrowy facet podniósł płaczącego, puszystego malucha i posadził go na sąsiednim krześle: — Dla mojego kociego przyjaciela talerz! I najlepsze mięso! — Założymy coś odważnego, niemal jak młode nimfy, i pójdziemy do ekskluzywnej restauracji. Po to, by pokazać się światu i ocenić panów… Tak pewnym tonem oznajmiła jedna z trzech przyjaciółek — dyrektorka prestiżowego i bardzo drogiego prywatnego liceum. Z racji zawodu miała zawsze pod ręką odpowiednią ilość mądrych słów. Te „nimfy” miały po trzydzieści pięć lat. Według nich to najlepszy wiek na krótkie spódniczki i bluzki, które podkreślają walory zamiast je ukrywać. Głębokie dekolty, perfekcyjny makijaż — pełna gotowość na podbój wieczoru. Wybrały odpowiedni lokal: modny, prestiżowy i ekstremalnie drogi. Bez trudu mogły sobie na to pozwolić. Zarezerwowały stolik, rozsiadły się wygodnie i od razu łapały zachwycone spojrzenia mężczyzn oraz jawnie niezadowolone — ich partnerek. Ich rozmowy, jak zwykle, krążyły wokół najistotniejszego — mężczyzn. Dyskutowały o marzeniach, oczekiwaniach i swoich wymaganiach. Każda czekała na ideał: wysoki, szczupły, atrakcyjny, koniecznie majętny. By nosił na rękach, spełniał wszelkie zachcianki, nie zanudzał gadaniem i nie obciążał domowymi obowiązkami. A jakby jeszcze miał błękitną krew — absolutnie perfekcyjnie. — Byle nie tacy, jak tamci… Przyjaciółki wymieniły spojrzenia i skinęły głowami w stronę grupki trzech wesołych, lekko pucołowatych mężczyzn z zakolami. Na ich stole stało piwo, chipsy i góra steków, a rozmowy krążyły wokół piłki nożnej i wędkowania. Śmiech był głośny, szczery, bez fałszu. — Okropność. — Czysta żenada. — Fuuu. Wyrok był jednomyślny: nieporządni, dość grubiańscy, bez krzty arystokracji i zupełnie niegodni takich błyskotliwych dam. W tym momencie wydarzyło się coś, co natychmiast zmieniło przebieg wieczoru. Do restauracji wszedł On — mężczyzna, który przyjechał najnowszym modelem czerwonego Ferrari. — Hrabia Stanisław Komorowski! — uroczyście oznajmił kelner przy wejściu. Przyjaciółki natychmiast się wyprostowały, jakby właśnie zwietrzyły łup. Wysoki, smukły, z szlachetną siwizną, w idealnie skrojonym garniturze wartego fortunę. Diamentowe spinki, śnieżnobiała koszula — pełnia stylu. — Och… — To jest mężczyzna! — Hmmm… Dekolty wychyliły się jeszcze mocniej, spojrzenia stały się wyzywające. — On ma w sobie „to coś” — wyszeptała jedna. — Hrabia, przystojniak i milioner — poparła kolejna. — A ja marzę o weekendzie na Mazurach… od lat. Trzecia milczała, ale jej oczy mówiły same za siebie. Nie minęło dziesięć minut, gdy panie zostały zaproszone do hrabiego. Maszerowały z dumą, z lekkim dystansem patrząc na innych gości, zwłaszcza na wspomnianą trójkę z piwem. Hrabia był szarmancki, potrafił konwersować, opowiadał o starym rodzie, rodzinnych pałacach i kolekcjach dzieł sztuki. Napięcie między przyjaciółkami rosło — każda wiedziała, iż to zaproszenie na dalszy wieczór otrzyma tylko jedna. Dyskusje rozładowały na moment zamówione dania: homary, tace owoców morza, szlachetne, stare wino. Kobiety jadły, rzucały hrabiemu uwodzicielskie spojrzenia i snuły fantazje daleko wychodzące poza lokal. Były promienne — jeszcze ładniejsze. Hrabia błyszczał dowcipem, barwnymi opowieściami z wyższych sfer, a dla przyjaciółek nie miało już znaczenia, na co je później zaprosi. Przy restauracji był miniogródek. Apetyt rozchodził się i tam. niedługo z krzaków wyskoczył mały szary kotek. Chudy, głodny. Przemknął między stolikami i usiadł tuż przy nogach hrabiego, wyraźnie licząc na sympatię. Niestety. Twarz hrabiego wykrzywił wstręt. Bez chwili wahania odtrącił kotka nogą. Malec poleciał kilka metrów i uderzył w nogę stołu, przy którym bawili się trzej panowie. Zapanowała grobowa cisza. — Gardzę tymi brudnymi, bezwartościowymi stworzeniami — głośno oznajmił hrabia. — U mnie w pałacu są tylko rasowe ogary i najlepsze konie. Kelner pospiesznie zapewnił: — Zaraz wszystkim się zajmiemy, bardzo przepraszamy… Ruszył w stronę „piwnego” stolika, ale jeden z mężczyzn już wstał. Ogromny, niemal dwumetrowy, z czerwienią na twarzy i zaciśniętą pięścią. Koledzy próbowali go powstrzymać. On bez słowa podniósł kotka i posadził go na krześle. — Proszę dla mojego futrzastego przyjaciela talerz! Najlepsze mięso. Natychmiast! Kelner pobladł i pobiegł do kuchni. Sala wybuchła brawami. Jedna z „nimf” wstała, podeszła do olbrzyma i rzuciła: — Przesuń się. I zamów kobiecie whisky. Hrabia zaniemówił. Minutę później podeszły także dwie pozostałe przyjaciółki, obrzucając hrabiego pogardliwym spojrzeniem. Z restauracji wychodzili już nie razem. W jednej grupie było troje — mężczyzna, kobieta i szary kotek. Minął czas. Dziś pierwsza z przyjaciółek jest żoną owego olbrzyma — właściciela dużej firmy inwestycyjnej. Pozostałe poślubiły jego przyjaciół, znanych adwokatów. Śluby odbyły się w jeden dzień. Teraz dawne „nimfy” mają zupełnie inne życie: pieluszki, gotowanie, sprzątanie. U wszystkich prawie jednocześnie urodziły się córki. A żeby od czasu do czasu wybrać się do ulubionej restauracji, w weekendy wysyłają mężów na piłkę albo ryby, zamawiają nianię i znów spotykają się — plotkując o swoim. Kobiecym. O mężczyznach. A hrabia Stanisław Komorowski rok później został zatrzymany. Głośny proces — matrymonialny oszust, wykorzystujący łatwowierne kobiety. Prawdziwych mężczyzn to, na szczęście, nie dotyczy. Mówię o tamtych trzech — z brzuszkami, zakolami i bez blichtru, ale z prawdziwie szlachetnym sercem. Tak to właśnie było. Inaczej być nie może.
Lambrekin mereżkowy.
Serweta i bieżnik szydełkowy.
W takich warunkach pracowała Mrozowska: -19 stopni na dworze. Tak sobie poradziła na planie zdjęciowym
Grozili siekierą, okradli i zostawili pokrzywdzonego bez butów na mrozie
Weekendowy tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując, jak szczękają jej zęby nie wiadomo czy ze strachu, czy z zimna.
Bieżnik haft złoty.
Serwetka.
Makatka bawełniana nowa.
Undisputed w PS Plus już w lutym
Przyjdź i zabierz za darmo to, co ci się podoba. Tak działa pleszewska "Dzielnia"!
Nowy kapelusz Hołowni wywołał w sieci niemałe poruszenie. Stylista wydał werdykt: "Trzeba mieć wyczucie"
Gwiazdy "Młodych glin" zachwyciły na ściance. Nowy serial kryminalny TVN startuje już niebawem
Magia detalu: obrazy i pościel, które zamienią sypialnię w najbardziej przytulne miejsce na ziemi
Piła. FERIE W OKRĄGLAKU
Jak mój mąż potajemnie wspierał finansowo swoją mamusię, podczas gdy ja nie miałam w co ubrać naszej córki
Kto spał na moim łóżku i pogniótł je… Opowieść. Kochanka mojego męża była starsza od naszej córki zaledwie o rok – pulchne, dziecięce policzki, naiwne spojrzenie, piercing w nosie (gdy córka chciała sobie taki zrobić, mąż wściekał się i zabronił). Nie dało się choćby na taką się gniewać – Janina patrzyła na jej sine, nagie nogi, krótką puchową kurteczkę i miała ochotę kąśliwie rzucić: „Jeśli planujesz rodzić dzieci temu bałwanowi, kup sobie porządny płaszcz i zakładaj rajstopy pod dżinsy.” Oczywiście nic nie powiedziała. Po prostu przekazała Arinie klucze, chwyciła dwie torby z resztką rzeczy i poszła na przystanek autobusowy. — Pani Janino, a do czego służy ta szuflada pod blatem w kuchni? — zawołała dziewczyna za nią. — Można tam trzymać naczynia? Janina nie wytrzymała i rzuciła na odchodne: — Zwykle chowałam tam ciała kochanek Sławka, ale ty możesz myć tam talerze. Nie czekając na odpowiedź, nie patrząc choćby na przerażoną twarz Ariny, zadowolona z siebie Janina zeszła po schodach. No cóż — to już wszystko, dwadzieścia lat życia kotu pod ogon. Pierwsza o kochance Sławka dowiedziała się córka. Zrobiła sobie wagary, wróciła do domu, myśląc, iż nikogo nie będzie — tymczasem zastała młodą nimfę popijającą kakao z jej ulubionego kubka. Skoro nimfa nie miała na sobie prawie nic, a w łazience chlapał się ojciec, nasza mądra Nastka gwałtownie połapała się w sytuacji i zadzwoniła do matki: — Mamo, chyba tata ma kochankę, ubrała moje kapcie i pije z mojego kubka! „Jak w bajce…” — pomyślała Janina, przypominając sobie, jak córka najbardziej była rozczarowana nie zdradą ojca, ale tym, iż ktoś dotknął jej rzeczy. Kto spał na moim łóżku i je pogniótł… Janina zniosła to wszystko o wiele spokojniej niż córka. Jasne, jej ego dostało w kość — dziewczyna była młoda i piękna, a ona sama miała nadwagę, cellulit i inne niezbyt przyjemne objawy czterdziestki. Ale poczuła też ulgę — ileż to lat trwały te dziwne nocne telefony, nienormowane godziny pracy i paragony z kawiarni, do których sam mąż nigdy jej nie prowadził… Tylko przyłapać go na gorącym uczynku nigdy się nie udało, Sławek był sprytny, tak iż często to ona wychodziła na winną, gdy go podejrzewała. — To pierwsza taka — kłamał bezczelnie Sławek. — Nie wiem, chyba zaćmienie jakieś, jakby mi kometa na głowę spadła. Kometa okazała się recepcjonistką z hotelu, w którym Sławek nocował podczas delegacji. Miała dwadzieścia lat, a poza śliczną buzią nie wyróżniało ją nic. Rozumu raczej nie miała, skoro za Sławkiem pognała do Warszawy, gdzie za odłożone grosze wynajęła brudny pokój. Dlatego spotykali się w mieszaniu — tam można się było wykąpać i wyprać rzeczy. Janina zastanawiała się, czemu ciągle w pralce jest szybki program zamiast zwykłych „bawełnianych”. Mieszkanie należało do Sławka — dostał je od ojca jeszcze przed ślubem, i skoro Janina zdecydowała się na rozwód, musiała z córką wyprowadzić się do własnego M2 na obrzeżach Warszawy, odziedziczonego po babci. Córka się buntowała — jak będzie do szkoły dojeżdżać? — To zamieszkaj z nami — zaproponował Sławek, za co dostał jeszcze porcję wyzwisk. Przynajmniej Nastka potrafiła wyrazić mu wszystko, co o nim myślała. Na początku było naprawdę niewygodnie — nowe trasy, nowe sklepy, do pracy i szkoły jeździły godzinę. Ale potem się przyzwyczaiły — Janina z czasem znalazła nową pracę, córka dostała się do technikum, do którego dojazd był dwa razy krótszy. Nie było czasu w smutki — domowe sprawy, egzaminy i matury nie pozwalały się rozczulać, a gdy kłopoty minęły, choćby nie było już czego opłakiwać. Arina dzwoniła do Janiny jeszcze parę razy — pytała, jak nastawić piekarnik na drożdżowe albo gdzie wsadzić tabletkę do zmywarki. Raz choćby przywiozła zapomniane zdjęcia potrzebne Nastce na bal maturzystów. Sławek nie mógł (czy też bał się), Janina leżała z anginą, a córka kategorycznie odmówiła powrotu na dawne mieszkanie, twierdząc, iż to negatywnie wpłynie na jej psychikę, a musi jeszcze zdawać informatykę. — Fajnie tu u was — powiedziała niepewnie Arina, rozglądając się po wyblakłych tapetach i staromodnych lampach. Janina tylko się uśmiechnęła — no tak, swojsko, co tu dużo mówić. Tam — nowocześnie i wygodnie, dwadzieścia lat na to pracowała. No i trudno, niech korzystają. Ale właśnie ten przypadek okazał się dla niej pechowy — około rok po pamiętnym dniu wieczorem zamek w drzwiach zgrzytnął. — Do ciebie ktoś? — spytała Janina Nastki. Nastka tylko wybałuszyła oczy. W drzwiach stanęła Arina — zapłakana, z rozmazaną czarną mascarą i brokatowym cieniem na policzkach. W ręku torba sportowa. — Co się stało Sławkowi? — zaniepokoiła się Janina. — Stało się! — zaszlochała dziewczyna. — Przyłapałam go z sekretarką! Chciałam zrobić mu niespodziankę, bo siedział do późna w pracy i… Znów się rozryczała, dziecięco pociągając noskiem i kryjąc twarz w dłoniach. — A po co do mnie przyszłaś? — spytała Janina, od razu łapiąc, iż chodzi o wypchaną torbę. — Mogę się u was przespać? Nie mam w ogóle kasy. Jutro jadę pociągiem do mamy. — A za co pojedziesz, skoro nie masz pieniędzy? — Myślałam, iż mi pani pożyczy. Janina nie wiedziała, czy płakać czy się śmiać. Za nią zdecydowała Nastka. — Wypieraj stąd! — prychnęła z pogardą i dorzuciła parę mocnych słów, które Janina słyszała u niej pierwszy raz. Janina spojrzała na córkę z dezaprobatą. — Wejdź, Arina — powiedziała. — Jest noc, nie będę cię wyrzucać na ulicę. Dalej było jeszcze ciężej. Córka była tak wkurzona, iż postawiła sprawę jasno — albo ja, albo ona. Janina wzruszyła ramionami — Twoja decyzja, jesteś pełnoletnia. Chcesz — jedź do ojca. — Bardzo mi wasz ojciec potrzebny! Jadę do Natki! Trzeba było wezwać córce taksówkę do koleżanki, a potem parzyć herbatę i uspokajać nieszczęsną kochankę, która przez rok życia w Warszawie nie dorobiła się ani pracy, ani przyjaciół, tylko nowego kolczyka w języku. Pieniędzy Janina jej oczywiście pożyczyła — co miała zrobić, nie zamierzała trzymać jej u siebie. choćby na dworzec odwieźć musiała, żeby się nie zgubiła. Arina długo dziękowała i obiecywała zmienić życie — zdobyć wykształcenie i przestać zadawać się z żonatymi facetami. — Mama zawsze mówiła, iż jestem beznadziejna. Miała rację, wychodzi na to. Na pociąg nie odprowadzała — to byłoby już za wiele. Z córką gwałtownie się pogodziły, choć ta nie mogła zrozumieć — jak mama mogła wpuścić tę rozbijaczkę do domu. Janina głaskała ją po włosach, uśmiechała się i mówiła: — Podrośniesz — zrozumiesz. Sławek zadzwonił po tygodniu. Wydukał, iż wszystko przemyślał, rzucił Arinę i jest gotów do szczęśliwego pojednania. — Koszule ci się skończyły? — zakpiła Janina. — No, tak… — westchnął były mąż. — Ona w ogóle nie umie prać, od roku chodzę w tłustych szmatach. Oczywiście, Janina nie wróciła. Nie cieszyła się czy zemściła, ale przyznać musiała — po tym wszystkim poczuła się lżej: i w głowie, i w sercu. Częściej się uśmiechała, wzięła psa ze schroniska, spacery wieczorne weszły jej w nawyk. Poznała sympatycznego sąsiada — no i co z tego, iż starszy o dziesięć lat, ona też nie jest już dziewczynką. A życie potoczyło się swoim rytmem.
Dwanaście lat później: wzruszający apel matki w polskim programie telewizyjnym o pomoc w odnalezieniu syna, który zniknął po rodzinnej kłótni – kulisy dramatu sprzed lat, rozgrywającego się w Warszawie i prowadzącego do szokujących konsekwencji dziś
Nina spieszyła się do domu. Zegar wskazywał prawie dziesiątą wieczorem, a ona nie mogła się doczekać, aby dotrzeć do mieszkania, zjeść kolację i zasnąć w swoim łóżku.
Markowe zegarki choćby kilkaset zł taniej. Takie okazje zdarzają się rzadko i znikają szybko
Kształt chwili. Miłość, która nie podlega schematom, i biżuteria, która ją przechowuje
Mimo mrozów, nie każdy chce spać w noclegowni. Służby na patrolach
Stradivarius przecenia nie tylko zimowe ubrania. Ta śliczna bluzka z falbanką to hit za 19 zł
SZOT, rewolucja w zbiórce tekstyliów. Wrocławski system najskuteczniejszy
List do Świętego Mikołaja – Opowieść o zgubionym liście, dziecięcych marzeniach i magicznej pomocy w mroźnej Warszawie