— Pani Kasiu, dzwonię, bo Zosia dziś płakała.
Kasia mocniej ścisnęła telefon, a łyżeczka, którą mieszała herbatę, ostygła w połowie ruchu, nikt jej już nie dokończył.
— Co się stało, mamo? — głos jej zadrżał, ale starała się, żeby nie było tego słychać.
Było wpół do dziesiątej, na stole leżały resztki kolacji — dwa talerze z makaronem, kieliszek wina, świeczka dopalająca się w kącie. Robert, jej partner, siedział naprzeciwko i odstawił kieliszek, kiedy zobaczył, jak zmienia się jej twarz.
— Powiedziała mi, iż słyszała, jak Marek rozmawia przez telefon. Że mówił komuś, iż z tobą jest mu dobrze, tylko córka mu przeszkadza. I iż chciałby, żeby częściej u mnie nocowała.
Kasia poczuła, jak coś jej ścina w żołądku, jakby połknęła kostkę lodu w całości.
— To niemożliwe, mamo. Ja z nim rozmawiałam wczoraj, wszystko dobrze. Zosia miała dzisiaj zły dzień, bo w przedszkolu pokłóciła się z Julką, wychowawczyni mi pisała.
— Kasiu, ona nie kłamie. Znam tę dziewczynkę od siedmiu lat. Ona nie umie tak kłamać.
Kasia spojrzała na Roberta, który już wstał i zbierał talerze, jakby chciał zniknąć w kuchni, zanim rozmowa pójdzie dalej.
— Dobrze, porozmawiam z nią jutro. Dziękuję, iż zadzwoniłaś.
Odłożyła telefon i przez chwilę siedziała nieruchomo. Za oknem, na osiedlu przy ulicy Kwiatowej w Gdyni, ktoś wyprowadzał psa — ten sam kundelek co zawsze, obszczekiwał latarnię przy śmietniku. Telewizor w salonie mamrotał wieczorne wiadomości, których nikt nie oglądał.
— Wszystko gra? — zapytał Robert, wracając z kuchni z ręcznikiem w rękach.
— Zosia mówi, iż słyszała, jak rozmawiałeś przez telefon. Że mówiłeś, iż ona ci przeszkadza.
Robert zaśmiał się, ale śmiech wyszedł mu krótki, urwany.
— Kasiu, no co ty. Dzieciak coś sobie uroił. Ja bym nigdy…
— Ona podała konkretne słowa, Robert.
— To jakieś nieporozumienie. Może rozmawiałem z kolegą o czymś innym, a ona źle zrozumiała.
Kasia chciała mu uwierzyć. Bardzo chciała. Bo Robert kupował Zosi te wszystkie drobiazgi — gumę balonową, spinki do włosów w kształcie motylków, raz choćby przywiózł jej z Warszawy plecak z Elsą. Człowiek, który kupuje dziecku plecak z bajki, nie może go nienawidzić. Tak sobie tłumaczyła od miesięcy.
Ale coś w jego twarzy było nie tak. Zbyt gwałtownie odpowiedział. Zbyt gładko.
Nazajutrz rano, kiedy Robert wyszedł wcześnie do pracy — twierdził, iż ma spotkanie w firmie na Chylonii — Kasia usiadła z kubkiem kawy przy stole i po raz pierwszy od miesięcy naprawdę się zastanowiła, ile w ogóle wie o tym mężczyźnie. Poznali się przez wspólną znajomą, rok temu. Rozwiedziony, bez dzieci, "chce w końcu ustabilizować życie" — tak mówił na trzeciej randce, w kawiarni przy molo. Nigdy jej nie kłamał w oczywisty sposób. Ale teraz przypomniała sobie drobiazgi: telefon, który zawsze odkładał ekranem do dołu, wyjścia "po papierosy", które trwały czterdzieści minut.
Zadzwoniła do córki mamy, kiedy Zosia wróciła ze szkoły.
— Zosiu, kochanie, opowiedz mi jeszcze raz. Dokładnie, co słyszałaś.
Dziewczynka siedziała na kanapie, przyciskając do siebie pluszowego lisa, i mówiła powoli, jakby bała się, iż znów jej nie uwierzą.
— On był w kuchni. Ja wróciłam z podwórka po piłkę, którą zostawiłam przy huśtawce, i nie zamknęłam drzwi mocno, więc mnie nie słyszał. Powiedział: "z Kasią jest super, tylko ta smarkula wiecznie się kręci pod nogami". I iż ma nadzieję, iż ja będę częściej u babci.
— Do kogo on to mówił?
— Nie wiem. Ale śmiał się, jakby to był żart.
Tego wieczoru Kasia nie czekała na powrót Roberta z pracy. Zadzwoniła do niego wprost.
— Gdzie jesteś?
— Jadę do domu, a co?
— Wróć teraz. Musimy porozmawiać. I nie o spotkaniu w firmie.
Kiedy wszedł, w kuchni paliła się tylko jedna lampa nad blatem. Kasia siedziała przy stole, obok niej leżał otwarty laptop — wyciąg z ich wspólnego konta oszczędnościowego, na które od trzech miesięcy odkładali na wakacje. Brakowało tysiąca dwustu złotych.
— Co to jest? — spytała, wskazując na ekran.
Robert zbladł, ale próbował jeszcze uśmiechu.
— Pożyczyłem koledze, miałem zamiar oddać przed wypłatą…
— Nieważne. Powiedz mi jedno: to, co Zosia usłyszała przez telefon. Powtarzasz to komuś innemu? Kobiecie?
Cisza trwała kilka sekund za długo.
— Kasiu, to nic poważnego, ja tylko…
— Wystarczy.
Nie krzyczała. Wstała, zamknęła laptop i odłożyła go na bok, jakby chowała coś, co już jej nie dotyczy.
— Spakuj rzeczy. Masz do jutra rana.
— Przez to, co powiedziała siedmiolatka?
— Przez to, iż siedmiolatka powiedziała prawdę, a ty mnie okłamywałeś przez pół roku. I przez córkę własnej niani, z którą się najwyraźniej umawiasz, kiedy ja jestem w pracy.
Robert próbował jeszcze coś tłumaczyć, ale Kasia już wyszła z kuchni, wróciła z papierową kopertą — umową najmu mieszkania, w którym mieszkali razem od pół roku. Mieszkanie było jej, kupione jeszcze przed rozwodem z Markiem, na kredyt, który spłacała sama przez cztery lata. Robert nigdy nie miał tam żadnego udziału, tylko dopisane nazwisko na skrzynce pocztowej.
— Jutro rano zmieniam zamek. Zabierz swoje rzeczy dziś, bo jutro po prostu ich nie znajdziesz w środku.
O dziewiątej wieczorem zadzwoniła do ślusarza z ogłoszenia na Kwiatowej — Pan Zenon, sto pięćdziesiąt złotych za wymianę zamka, przyjedzie jeszcze tej nocy, bo "pani, ja rozumiem, trzeba czasem szybko".
Rano, kiedy Zosia budziła się do szkoły, w przedpokoju stała jedna walizka Roberta, a na skrzynce pocztowej nie było już jego nazwiska — Kasia zdrapała naklejkę scyzorykiem jeszcze przed świtem. Dziewczynka zeszła do kuchni, spojrzała na pusty stołek, na którym zwykle siedział dorosły z kawą, i zapytała cicho:
— On już nie wróci?
— Nie wróci — powiedziała Kasia, stawiając przed nią talerz z jajecznicą. — Zjedz, bo autobus za dwadzieścia minut.
Dziewczynka nic już nie dodała. Wzięła widelec, zjadła dwa kęsy i nagle się uśmiechnęła — tak, jakby ktoś zdjął jej z pleców plecak, który nosiła zbyt długo.












