Agata wyszła z tramwaju dwa przystanki wcześniej, żeby wpadła do Biedronki po eklerkę dla Antka — dostał dziś najlepszą ocenę z klasówki z matematyki w całej klasie. W uszach jej jeszcze dzwoniał gwar busów i szum chłodni w magazynie, gdzie do wpół do dziewiątej liczyła cudze faktury. Torebka z eklerką kołysała się na nadgarstku. Na klatce schodowej czuć było zapach bigosu i gotowanej kapusty — ktoś z trzeciego piętra znowu smażył na cały budynek.
Drzwi mieszkania były otwarte. W przedpokoju pachniało lakierem do paznokci, na wieszaku wisiał zielony płaszcz Darii, siostry Marka, a na komódce przy zwierciadle stało kartonowe pudło z salonu ślubnego — pod bibułką prześwitywała biała tkanina. Antek siedział na podłodze w swoim pokoju i składał klocki. Przed nim leżał rozłożony zeszyt z zadaniem, którego nie dokończył.
— Czemu sam siedzisz? — Agata przykucnęła przy nim, odłożyła torebkę na podłogę.
— Babcia powiedziała, żeby nie przeszkadzać. Ciocia Daria mierzyła sukienkę, potem mówili o restauracji. Mamo, a to prawda, iż przeprowadzimy się na stałe do babci Niny?
— Kto ci to powiedział?
— Babcia Halina mówiła tacie, iż u babci będzie ci spokojniej, a mnie tam nie ma co szukać.
Z kuchni dobiegło: „Agatko, no gdzie ty przepadłaś? Takie wydarzenie, a ty jak cudza!". Głos był słodki jak syrop, którym Halina zalewała swoje niedzielne naleśniki.
Agata zdjęła kurtkę, zawiesiła na wolnym haczyku i weszła do kuchni. Siedziały tam Halina w świątecznym żakiecie, Daria z przypiętym do bluzki kawałkiem welonu i jakaś kobieta z albumem projektów. Na stole, między talerzykiem z ciasteczkami i wystygłym czajnikiem, leżała gruba teczka. Na wierzchu — umowa z restauracją „Pod Dębem" na zaliczkę dwadzieścia sześć tysięcy złotych. Agata podniosła rogi kartek. Pod nią był rachunek za dekorację sali i muzyków — cztery tysiące sześćset osiemdziesiąt. I kwitek z salonu ślubnego na osiem tysięcy siedemset. Wszystkie trzy z dzisiejszą datą.
Trzydzieści dziewięć tysięcy trzysta osiemdziesiąt złotych. Właśnie tyle było na jej koncie oszczędnościowym. Agata otworzyła aplikację bankową. Na ekranie wyświetliła się liczba, od której palce same się zacisnęły: sto dwadzieścia złotych czterdzieści groszy. A pod nią — przelew z wczorajszego wieczoru, o 23:48, na konto Haliny Kowalczyk.
Wpatrywała się w cyfry, a gwar z magazynu wracał jej do głowy. Dwa i pół roku brała każdą dodatkową zmianę, odkładała kupno nowych butów, w przerwie piła tylko kawę z termosu, a w weekendy siadała do tabelek z firmy transportowej. Wszystko to leżało teraz w postaci trzech kwitków na kuchennym stole.
— Agata, co tak stoisz? — Daria odwróciła się do niej razem z welonem. — Już wybrałyśmy kolor serwetek. Marek pewnie nie zdążył z tobą pogadać, mama chciała zrobić niespodziankę.
— Niespodzianka to wtedy, kiedy się daje. A kiedy ściąga się wszystkie oszczędności, to się nazywa kradzieżą.
Halina odsunęła album na bok i poprawiła żakiet na ramionach. Nie zaczerwieniła się, nie wzdrygnęła. Po prostu podniosła filiżankę, łyknęła wystygłej herbaty i spojrzała na nią, nie mrugnąwszy okiem.
— Nie kradzież, a pomoc rodzinie. Daria wychodzi za mąż za miesiąc. Dobra sala w środę ledwo się trafia — trzeba było zarezerwować. A ty i tak odkładałaś nie wiadomo na co.
— Odkładałam na wkład własny do kawalerki koło szkoły. Mówiliśmy o tym dwanaście razy.
— Macie mieszkanie. Trzy pokoje, moja kuchnia, balkon. A Daria ma tylko jedną szansę na normalny ślub.
Antek stanął w drzwiach kuchni — mały, z eklerką w jednej ręce i wczorajszą gazetą w drugiej. Nie rozumiał, o czym mówią dorośli, ale stał cicho, jak zwierzątko, które wyczuwa kłótnię, zanim ona się zacznie.
— Antek, idź do pokoju — powiedziała Agata.
— A potem przyjdziesz do mnie z herbatą?
— Przyjdę.
Odszedł, powłócząc kapciami. Z korytarza dobiegł odgłos jego kroków, potem tiche „ojej" — nadepnął na sznurowadło.
Marek siedział w sypialni, zgięty nad telefonem, jakby ekran mógł go ochronić przed rozmową. Widząc żonę, podskoczył, ale natychmiast odwrócił wzrok w stronę parapetu, gdzie leżała stara rękawiczka nie na ten sezon.
— Marek — Agata podała mu telefon. — Jak weszłaś do mojego banku?
— Spałaś. Przyszedł kod na telefon, wpisałem. Mama powiedziała, iż zarezerwuje salę jutro rano. Wszystko się układało, myślałem, iż potem pogadamy.
— Twoje „potem" już kosztuje trzydzieści dziewięć tysięcy trzysta osiemdziesiąt. Mieszkamy w mieszkaniu twojej matki, ale na własne cztery kąty odkładałam ja. A przelałeś je ty. Bez pytania.
— To nie dla mnie. To dla Darii.
— To czemu w ogóle to moje konto?
Nie odpowiedział. Z kuchni dobiegło brzęknięcie łyżeczki o spodek — w tej rodzinie tak dawano sygnał, iż rozmowa jest zakończona.
Agata spakowała syna w dziesięć minut. Do plecaka poszły piżama, „Atlas dinozaurów", dwa kredki i brelok z niebieskim samochodzikiem. Zapięła Antkowi kurtkę po samą brodę. W przedpokoju stała Halina, splótłszy ręce pod biustem.
— Porządni ludzie nie wywożą dziecka nocą.
— A porządne teściowe nie włamują się do bankowości cudzej synowej, kiedy ta śpi.
Marek wyszedł z sypialni, stanął przy ścianie, jak człowiek, który spóźnił się na własny pociąg. Nie poprosił, żeby zostali. Powiedział tylko:
— Zwrócę. Znajdę jakąś dorywczą pracę.
— Podpiszesz oświadczenie. Przez prawnika. Albo zgłoszę nieautoryzowaną transakcję.
Halina fuknęła:
— Zwariowałaś! Własnego męża na policję?
— Policja ustali, kto zwariował. Zanim napiszę zgłoszenie do banku, już wysłałam prośbę o wyciąg.
Wyszła na klatkę schodową. Syn trzymał ją za rękę i całą drogę do przystanku milczał, tylko raz zapytał, czemu tata miał taką twarz, jak ktoś, kto zgubił klucze.
— Nie zgubił — powiedziała Agata. — Tylko długo nie mógł ich znaleźć.
U koleżanki Oli, księgowej w przychodni, paliło się światło. Kot Fafik leżał na lodówce i patrzył na Antka okrągłymi żółtymi oczami. Chłopca ułożono w dalszym pokoju na rozkładanym łóżku, dano kraciasty koc i szklankę ciepłego mleka.
— Patrz — Agata pokazała wyciąg z banku i zdjęcia kwitków. — Trzydzieści dziewięć tysięcy trzysta osiemdziesiąt. Wszystko, co miałam.
Ola poprawiła okulary, sprawdziła cyfry, gwizdnęła.
— Jutro rano jedziemy do banku. Potem do notariusza. Niech napiszą zobowiązanie zwrotu w ciągu trzydziestu dni. jeżeli nie zwrócą — pozew o bezpodstawne wzbogacenie.
— A jeżeli przeleje mi pieniądze ukradzione jej? — Agata kiwnęła głową w stronę niewidzialnej teściowej. — To znowu jej gra.
— Wtedy wszystko dokumentujesz. Nie chcesz do sądu — niech przynajmniej zwróci to, co straciła na odwołaniu zamówień.
Rano Ola wzięła urlop i pojechały do oddziału banku na Puławskiej. Pracownica długo przeglądała papiery, wezwała kierownika, potem potwierdziła: przelew wyszedł z kodem, trudno go zaskarżyć, ale zgłoszenie przyjmą. Agata zrobiła zdjęcie każdej strony, zachowała paragon z terminala.
Przy wyjściu z banku czekał na nie Marek. Stał w kurtce, pod którą widać było szalik żony — choćby go nie zdjął, wziął wczoraj z szafy. Padał drobny deszcz, a kosmyk włosów przykleił mu się do czoła.
— Agata, dajmy radę bez obcych. Zadzwoniłem już do restauracji. Zwrócą dwadzieście tysięcy, przy odwołaniu zatrzymają sześć.
— Zadzwoń do salonu.
— Daria tam była, płakała do słuchawki. Mama mówi, iż zniszczyłem ślub.
— Ślub zniszczyła twoja matka, kiedy włamała się do mojego konta. A ty jej pomogłeś. Zadzwoń do salonu.
Wyjął telefon i odszedł do latarni. Mówił cicho, patrząc pod nogi, potem wrócił:
— Za sukienkę zwrócą sześć dwieście. Resztę zatrzymują jako odstępne. Organizator ślubu — trzy i pół z czterech sześciu.
Ola zapisała cyfry na odwrocie starej koperty.
— W sumie dwadzieście dziewięć siedemset. Reszta — dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt. To już twój osobisty dług.
Marek skinął.
Halina stawiła się przy wejściu, zauważywszy ich z okna. Schodziła po schodach wolno, trzymając się poręczy, i wydawała się starsza niż wczoraj. Na twarzy — szary cień zmęczenia, ale plecy miała wyprostowane.
— Pieniądze przeleje ci Marek. A ja mu niczym nie jestem winna.
— Pani się myli — powiedziała Agata. — Pieniądze poszły z mojego konta na pani kartę. To jest w wyciągu. To pani zapłaciła zaliczki. jeżeli nie zwróci pani reszty — podam panią do sądu.
— Oddałam wszystko do grosza za salę. Pytaj Marka.
— Już zapytałam. Jutro podpisze zobowiązanie. Ale pani rola jest nie mniej ważna. Więc albo pani zwraca część, albo przekazuję wyciąg narzeczonemu Darii.
Halina otworzyła usta, ale nagle zamilkła. Marek stał przy latarni, i jego milczenie było głośniejsze niż jakiekolwiek tłumaczenia.
Dwa dni później Agata zadzwoniła sama. Przyjechała do mieszkania, wszedła — Marek czekał w przedpokoju z teczką. W niej leżało notarialnie potwierdzone zobowiązanie. Na dole — podpis, dane i suma: dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt złotych.
— Przekażę w ciągu miesiąca — powiedział.
— Przekaż. I sam, osobiście.
Nie odpowiedział. Ale po tygodniu na konto wpłynęły pierwsze cztery tysiące. Powiadomienie przyszło o pierwszej w nocy, bo Marek zatrudnił się jako magazynier na nocną zmianę w hipermarkecie na Targówku.
Weronika… to znaczy Daria wysłała wiadomość głosową: najpierw złą, potem już prawie we łzach. Mówiła, iż przez Agatę ślub się nie odbędzie, iż Konrad wszystko się dowiedział i odwołał uroczystość. Potem pisała Halina: „Zniszczyłaś rodzinę. Nie zobaczysz ani złotówki. Antek dorośnie i pozna, kto rozwalił dom".
Agata nie odpowiadała. Przez Olę znalazła prawnika, który zażądał od banku rozszerzonego wyciągu, od restauracji — kopii odwołanych umów, od salonu — potwierdzenia zwrotu. Wszystkie papiery wylądowały w plastikowej teczce na parapecie. Obok stał kubek z pędzelkami, z którego wystawał kredka Antka.
Antek zapytał, czemu babcia Halina nie telefonuje.
— Potrzebuje czasu, żeby zrozumieć jedną rzecz.
— Jaką?
— Że od ludzi nie można brać tego, na co pracowali, choćby jeżeli siedzisz z nimi przy jednym stole.
Przykleił dinozaura w kąt zeszytu i powiedział:
— Ja też odkładałem na rower. Dobrze, iż tata nie dał mojej skarbonki ciotce Darii.
W jego głosie nie było złości. Tylko ulga człowieka, którego mały świat nie rozpadł się na kawałki.
Trzy tygodnie później Agata podpisała umowę przedwstępną na wynajem kawalerki pięć przystanków od centrum, na Bronowicach. Niewielkiej, z widokiem na starą wieżę ciśnień i suszarkę na pranie na balkonie. Ale na klatce pachniało świeżym tynkiem, a zamek był nowy — na dwa obroty. Wsunęła do niego swój klucz, zawiesiła na haczyku przy wieszaku torbę z obuwiem zmiennym.
Marek przywiózł kolejną ratę w gotówce. Stał w drzwiach, przestępując z nogi na nogę, wyciągał kopertę. W kuchni podgrzewał się garnek z kaszą. Z pokoju słychać było, jak Antek jeździ samochodzikiem po parapecie.
— Przepraszam, iż tak wyszło — powiedział Marek.
— Przepraszam to kiedy się rozbije filiżankę. A tutaj wziąłeś moje pieniądze, oddałeś je matce i dwa dni nie mówiłeś, aż sama znalazłam umowy. To nie przepraszam. To wybór.
— Spłacę wszystko.
— Spłać. Ja konta nie zamykam.
Westchnął, wsadził ręce do kieszeni i wyszedł. Agata zamknęła drzwi na dwa obroty. Podeszła do stołu, rozwinęła kopertę. Równo cztery tysiące. Zostało tysiąc sześćset osiemdziesiąt. Policzyła te pieniądze w myślach, włożyła z powrotem do koperty i napisała na kartce: „Reszta — 1680 zł".
Telefon mignął wiadomością od Darii: „Mam nadzieję, iż teraz ci dobrze. Konrad mi nie wierzy".
Agata napisała odpowiedź: „Konrad jest dorosły. jeżeli ci nie wierzy, to dlatego, iż go okłamywałaś. Ja tylko wysłałam dokumenty. Prawda to nie zemsta".
I zablokowała numer.
Usiadła przy Antku, który rozłożył na podłodze zeszyt i rysował dwóch ludzików z kluczami. Obok nich — niebieski dinozaur w pomarańczowych butach. Wszystko było narysowane krzywo, ale z takim naciskiem, iż widać było staranność.
— To ty i ja? — zapytała Agata.
— Tak. Mamy teraz swój dom. Tata przychodził, ale stał za progiem. Mogę mu następnym razem dać herbaty?
— Możesz, jeżeli sam zechcesz.
Antek skinął głową.
Za oknem pomykał tramwaj, zjeżdżając szynami w ciemność, a gdzieś na klatce zaskrzypiały cudze drzwi. Nowe życie zaczynało się od prostokątnej teczki na parapecie, od reszty długu w wysokości tysiąca sześciuset osiemdziesięciu złotych, od zamka, który zamykał się od wewnątrz, i od zapachu kaszy, który powoli przenikał pod drzwi na klatkę schodową.










