Jak wyglądała Wielkanoc w PRL?

bialyorzel24.com 2 godzin temu

Wielkanoc w czasach PRL-u wyglądała inaczej niż dziś. Świąteczne przygotowania wymagały nie tylko pracy, ale też sprytu, cierpliwości i dobrej organizacji. Były okresy, kiedy w sklepach brakowało podstawowych produktów, a zdobycie mięsa, wędlin czy innych produktów bywało prawdziwym wyzwaniem. Mimo tych trudności święta miały swój niepowtarzalny klimat. Były skromniejsze, ale dla wielu rodzin pozostawały ważnym i wyczekiwanym momentem w roku, a do trudności wiele osób podchodziło… z humorem. Może dlatego, choć czasy te bywają nazywane siermiężnymi, dziś tyle osób wspomina je z rozrzewnieniem i sentymentem.

Stanie w długiej kolejce wcale nie gwarantowało, iż uda się nabyć potrzebne artykuły. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Post na rękę władzy

Wielkanoc poprzedzał Wielki Post. A w realiach Polski Ludowej post był dla władz bardzo wygodnym rozwiązaniem. Państwo zmagało się z niedoborami, reglamentacją i pustymi półkami, więc bezmięsne menu dobrze wpisywało się w codzienność. Dania postne były chętnie promowane, a w prasie regularnie publikowano tygodniowe jadłospisy, w których dominowały potrawy bez mięsa. Kobiece magazyny podpowiadały także, jak radzić sobie z brakami i czym zastępować trudno dostępne składniki. Stąd pomysły, by zamiast kandyzowanej pomarańczy użyć kandyzowanej marchewki, a do sałatki jarzynowej dodać śmietanę z musztardą w miejsce majonezu.

Zakupy przed świętami oznaczały długie kolejki. Czasem stało się godzinami, a i tak wracało do domu z pustymi rękami. Towaru brakowało, a niektóre grupy klientów miały pierwszeństwo w obsłudze, między innymi kombatanci, kobiety w ciąży, karmiące i będące w połogu. Kolejki stały się jednym z najbardziej pamiętnych obrazów tamtych lat.

Wielkanoc bez barwnych pisanek? Nie do pomyślenia! Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Za czym ta kolejka stoi?

Ale podobnie jak dziś, przed Wielkanocą zmieniały się wystawy sklepowe. Nabierały wiosennego i świątecznego charakteru, choć oficjalnie propaganda unikała religijnego nazewnictwa. Zamiast o Wielkanocy mówiono o „świętach wiosennych”. W witrynach pojawiały się sztuczne kwoki, kaczki i indyki, gliniane jajka oraz imitacje szynek i kiełbas. W środku sklepu nie było już jednak tak dekoracyjnie, bo klienci toczyli prawdziwą walkę o pasztety, balerony czy cytryny.

W sklepach często brakowało towarów lub były bardzo jednorodne, więc żeby zdobyć to, co potrzebne do przygotowania świąt, trzeba się było mocno nakombinować. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Władze starały się odsunąć religijny wymiar świąt również przez język. Nie mówiło się więc o świątecznych porządkach, ale o porządkach wiosennych albo generalnych. Świąteczny weekend miał być po prostu tym, co dziś nazywamy „długim weekendem” – czasem odpoczynku od pracy w rodzinnym gronie. Mimo tego dla Polaków Wielkanoc nierozerwalnie wiązała się obrzędami religijnymi. Kościoły pozostawały pełne. W Wielką Sobotę do koszyczków wkładano kromki chleba, chrzan, sól, jajka i wcześniej przygotowane pisanki. Tradycja była silniejsza od oficjalnej narracji.

Placek zamiast babki

Gospodynie, przygotowując wielkanocne potrawy, opierały się oczywiście na tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, ale i korzystały z przepisów publikowanych w czasopismach, takich jak „Przyjaciółka” czy „Kobieta i Życie”. Na łamach pism pojawiały się przepisy na barszcz czerwony, jajka do święconego, mazurek czekoladowy czy zimne nóżki, często też w wariantach „oszczędnościowych”, dobrze obrazujących trudności tamtych czasów. Na przykład w „Przyjaciółce” z 1950 roku czytamy: „Z ciast najlepiej upiec zwykły drożdżowy placek dobrze słodki, z kruszonką. Jest mniej kosztowny niż babka, łatwiej go przygotować i piec.”

Samo pieczenie także nie było proste. W domach nie było piekarników, do jakich jesteśmy dziś przyzwyczajeni. Niektóre ciasta nadawały się do pieca – jeżeli ktoś takowy posiadał – ale często też przygotowane ciasta zanosiło się do piekarni, gdzie za niewielką opłatą były wypiekane. Dopiero potem pojawiły się przenośne aluminiowe piecyki z wymiennymi spiralkami, jakie pewnie wiele osób jeszcze pamięta…

Święconka to tradycja kultywowana z pokolenia na pokolenie, choćby w czasach, kiedy zamiast o Wielkanocy mówiono oficjalnie o „świętach wiosennych”. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Czas na biesiadę!

Choć codzienność w PRL-u nie należała do łatwych, świąteczny stół starano się zastawić obficie. Gdy brakowało mięsa w sklepach, szukano innych sposobów. Charakterystyczne dla tamtych czasów było kupowanie na wsi „pół świniaka” i robienie zapasów po świniobiciu tuż przed świętami.

Władze wiedziały, iż Polacy lubią świętować dostatnio, dlatego w prasie pojawiały się także teksty próbujące studzić ten zapał. „Kobieta i Życie” w 1960 roku próbowała wzbudzić w czytelniczkach wyrzuty sumienia: „Gnębi cię przecież, iż za uskładane na płaszczyk dla Basi pieniądze – kupiłaś szynkę, iż zamiast wiosennych pantofli dla siebie – wódkę i coś „pod wódkę”. Z kolei w 1983 roku można było przeczytać, iż tradycja „zastaw się, a postaw się” jest „już niemodna i nie na czasie”.

Lany poniedziałek bywał naprawdę mokry… i był nie lada frajdą dla młodzieży. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przygotowanie Wielkanocy w PRL-u wymagało wysiłku, cierpliwości i wielu kompromisów, ale święta nie traciły przez to swojego znaczenia. Zakupy, gotowanie, pieczenie, święcenie pokarmów, rezurekcja, a potem wspólne siedzenie przy stole tworzyły atmosferę, którą wielu do dziś dobrze pamięta. I jeszcze śmigus-dyngus – obowiązkowy, hałaśliwy i jedyny w swoim rodzaju!

WEM

Idź do oryginalnego materiału