Jest wolny. Zabieraj go

newsempire24.com 2 dni temu

Marta obudziła się o wpół do szóstej, bo zimno wlazło pod kołdrę z tej strony łóżka, gdzie od trzech dni nikt nie leżał. Tomasz pojechał na delegację do Katowic, tak przynajmniej mówił. Ważne negocjacje z dostawcą płytek. Żeby się nie martwiła.

Leżała i słuchała, jak deszcz stuka w rynnę. Listopad w Bydgoszczy był w tym roku obrzydliwy — mokry, bez końca szary. Na dole, w salonie, tykał stary zegar kupiony kiedyś na pchlim targu przy Wełnianym Rynku. Wtedy to była przygoda: sobota, ulewa, oboje bez parasola, Tomek się targuje ze sprzedawcą o dwadzieścia złotych, a potem jedzą gofry pod wiatą i śmieją się tak, iż ludzie się odwracają. Teraz się nie śmieją. Od pół roku w ogóle.

Wstała, boso poszła do kuchni. Czajnik, kubek, saszetka rumianku — czynności, które nie wymagają myślenia. Myśli i tak wracały do jednego: gdzie on jest, z kim, czemu nie napisał choćby dobranoc. Nienawidziła się za to grzebanie w głowie. Za to, iż zaczęła sprawdzać historię połączeń jak jakaś zazdrośnica z telenoweli.

Dzieci dawno wyfrunęły — Kuba mieszkał w akademiku w Poznaniu, Ola studiowała we Wrocławiu. Dom na Wyżynach, który budowali pod rodzinne niedziele, pod wnuki na tarasie, zamienił się w pięć pokoi ciszy.

Telefon zaświecił się na stole. SMS z nieznanego numeru.

*"Pewnie już się Pani domyśla. Tomek jest ze mną. Z Panią już nie chce być, tylko nie ma odwagi powiedzieć. Niech Pani mu da rozwód, nie trzyma go. Wszystkim będzie lepiej."*

Marta przeczytała to trzy razy. Odłożyła telefon na blat, usiadła na taborecie. W środku coś się zacięło, nie dało się wciągnąć powietrza. Wiedziała, oczywiście iż wiedziała — ale jedno to podejrzewać, a drugie przeczytać to czarno na białym, o wpół do szóstej, na zimnej kuchennej płytce.

Popłakała się — głośno, brzydko, z czkawką, wtuliła twarz w ścierkę, żeby nie było słychać przez ścianę, choć ściana od niczego nie chroniła, bo w domu nie było nikogo. Osunęła się na podłogę, oparła plecami o kaloryfer. Płakała, aż zostało tylko trzęsienie rąk i pulsujący ból za oczami.

Umyła twarz lodowatą wodą. W lustrze — czterdzieści dziewięć lat, opuchnięte powieki. I zobaczyła siebie w wieku dwudziestu lat, z warkoczem, w domu babci pod Chojnicami. Tomek przyjechał tam na praktykę z geodezji, a ona pomagała w bibliotece gminnej. Wszedł po książkę i został do wieczora. Mówił, iż nigdy nie widział oczu takich jak jej, iż pachnie jabłoniami i dymem z komina.

Weszła do sypialni. Na górnej półce szafy stała stara walizka — ta sama, z którą przyjechała do Tomka dwadzieścia cztery lata temu. Otworzyła ją. Na dnie wciąż leżała zasuszona gałązka jabłoni babci. Obracała ją w palcach, potem wrzuciła do walizki swetry, dżinsy, bieliznę, dowód osobisty, kartę do konta. Jak wtedy, tylko w drugą stronę.

Do PKS-u poszła pieszo, z walizką, pod deszczem. Nie wezwała taksówki. Nie oglądała się — bo gdyby zobaczyła dom, mogłaby się złamać, a łamać się teraz nie wolno.

W autobusie było pusto. Usiadła przy oknie, wyjęła telefon. Otworzyła wiadomość od nieznanego numeru i napisała odpowiedź:

*"Jest wolny. Zabieraj go."*

Wysłała, wyłączyła telefon. Oparła czoło o szybę i patrzyła, jak za oknem płyną mokre pola, wioski pod Chojnicami, blade światła przystanków. Babcia kiedyś mówiła: plecy to twój charakter, trzymaj je prosto, co by się nie działo.

Wieś przywitała ją ciszą. Wysiadła przy starym klubie rolnika, zamknięte okiennice, nikogo wokół. Deszcz ustał, ale chmury wisiały niżej niż drzewa. Pachniało mokrą ziemią i dymem z komina — ktoś w pobliżu palił w piecu kaflowym. Gdzieś za płotami szczekał pies.

Dom babci stał na końcu drogi. Furtka wisiała na jednym zawiasie, ale budynek był cały — ciemne okna, stara jabłoń rozłożona nad dachem. Marta stała chwilę, zanim weszła na ścieżkę. Odemknęła kluczem, który nosiła przy sobie od lat, sama nie wiedziała czemu.

W środku było chłodno, ale nie wilgotno. Wszystko zostało jak za życia babci: żelazne łóżko z górą poduszek, wyszywane makatki na ścianach, obrazek Matki Boskiej z zasuszoną wierzbą za framugą. Rozpaliła w piecu — drewno było wilgotne, trzy razy gasło, zanim się rozpaliło na dobre. Siedziała na stołeczku i patrzyła w ogień.

— No, babciu — powiedziała do pustego pokoju. — Wróciłam.

Rozpakowała walizkę, zawiesiła ubrania w szafie, nakryła łóżko ciężką patchworkową kołdrą. Wyszła na ganek. Pamiętała, jak siedzieli tu z Tomkiem, młodzi, on palił, ona wyrywała mu papierosa z ust i się śmiała. Mówił: zawsze będziemy tak siedzieć i patrzeć na gwiazdy. Ona odpowiadała: zawsze.

Zawsze skończyło się dzisiaj o wpół do szóstej rano.

Drugiego dnia zaczęła porządki. Wytrzepała chodniki, umyła podłogi. W kufrze znalazła listy babci, przewiązane sznurkiem lnianym — od dziadka z wojska, od matki z miasta. I jeden list, pisany jej własnym charakterem, dwadzieścia lat temu: *"Babciu, kupiliśmy z Tomkiem kanapę. Wieczorami siadamy i marzymy. On mówi, iż będzie miał własną firmę budowlaną. A ja mówię, iż będę najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo go mam."*

Nie płakała przy tym liście. Siedziała i oddychała.

Piątego dnia poszła do lasu po grzyby, w gumowcach babci, z koszykiem po opieńkach, których jeszcze nie zabił mróz. Wracając spotkała panią Halinę z sąsiedniego gospodarstwa.

— Marteczko? To ty? — Pani Halina aż złapała się za policzki. — Widzę, światło się pali wieczorami, myślałam, iż mi się przywidziało. Co cię tu przygnało, bez męża?

— Odpocząć, pani Halino. Pooddychać.

Pani Halina pokiwała głową, nic nie powiedziała, tylko spytała, czy jest opał i jedzenie. Potem przytuliła ją krzepko, jak to na wsi.

— Trzymaj się. Widzę, iż nie bez powodu przyjechałaś, ale nie wnikam. Jakbyś co, u mnie żurek i nalewka z wiśni.

Szóstego dnia przyjechał Kuba. Zjawił się o zmroku, z plecakiem i siatką z Biedronki.

— Boże, mamo. Nie wiedziałem, co myśleć.

— Wszystko ze mną w porządku, Kubuś.

— W porządku? — Przyglądał się jej twarzy, opuchniętym powiekom. — Płakałaś.

— Po prostu wyjechałam. Musiałam.

Usiadł przy stole. Patrzył na nią tak jak w dzieciństwie, kiedy próbował zrozumieć, czy mama nie kłamie.

— To przez tatę, prawda?

Nie odpowiedziała, odwróciła się do pieca, dołożyła polano.

— Mamo, ja nie jestem dzieciakiem. On się zmienił już dawno. Bałem się ci powiedzieć.

— Wiem — powiedziała tylko.

Objął ją, jak kiedyś ona jego po koszmarach.

— Zostanę tu trochę z tobą, dobrze? Zdalnie mam zajęcia, sesja za miesiąc.

— Nie wciskaj mi kitu. Przyjechałeś mnie pilnować.

— I to też.

Wieczorem jedli smażone opieńki z ziemniakami. Kuba opowiadał o dziewczynie, o planach na wakacje. Potem spytał:

— Dzwoniłaś do taty? Szukał cię?

Nie wiedziała — telefon miała wyłączony od pierwszego dnia.

— Dzwonił do mnie. Pytał, gdzie jesteś. Powiedziałem, iż nie wiem. Wściekał się. — Kuba zawiesił głos. — Ale słyszałem, iż mu źle. Takiego go jeszcze nie słyszałem.

— Niech mu będzie źle — powiedziała, patrząc w czarne okno. — To pomaga.

Ósmego dnia przyjechał Tomasz. Marta zobaczyła go z okna — stał przy furtce w drogim płaszczu, w wypolerowanych butach, z bukietem róż. Jak z kiepskiego filmu.

— Masz gości — powiedział Kuba za jej plecami.

— Widzę.

Wyszła na ganek w kurtce. Tomasz zrobił krok, ale nie podszedł blisko.

— Szukałem cię — powiedział. Głos miał chropawy, jakby nie spał.

— Nie chowałam się.

— Telefon wyłączony, dom pusty. Myślałem, iż się coś stało.

— Stało się — odpowiedziała. — Dawno. Tylko nie zauważyłeś.

Podał jej róże, niezgrabnie. Nie wzięła.

— Róże mi niepotrzebne. Prawda mi była potrzebna.

— Marto, ja…

— Co ty? Zmęczyłeś się? Zagubiłeś? Nie chciałeś, żeby tak wyszło?

Milczał. Patrzyła na niego i przypomniała sobie, jak stał tak samo przy tej furtce dwadzieścia cztery lata temu — młody, zawstydzony, z polnymi stokrotkami. Wtedy wybiegła do niego boso. Teraz stała z rękami w kieszeniach i nie mogła zrobić kroku.

— Wejdź — powiedziała w końcu. — Co moknąć.

W kuchni Kuba powitał ojca sztywno. Tomasz spojrzał na ściany, uśmiechnął się gorzko.

— Nic się tu nie zmieniło. choćby zapach ten sam.

— Zapach się nie zmienia — powiedziała Marta. — Ludzie tak.

Usiedli przy stole. Kuba nalał herbatę. Tomasz trzymał kubek, ale nie pił.

— Wybacz mi — zaczął. — Wiem, iż zawiniłem. Nie powinienem. Ona sama…

— Nie mów o niej — przerwała. — Nie chcę słuchać, iż ona sama. Że ty nie chciałeś, a wszystko się samo zrobiło.

— Zerwałem z nią. Od razu, jak się dowiedziałem, co ci napisała.

— A, więc wiedziałeś, iż mi napisała?

— Przyznała się. Płakała. Mówiła, iż zmęczyła się czekaniem, iż chciała przyspieszyć.

Marta zaśmiała się krótko, bez cienia radości.

— Przyspieszyć moje odejście. A ty? Przestraszyłeś się?

— Przyjechałem po ciebie.

— Po co?

— Bo nie umiem bez ciebie.

— Kłamiesz. Umiesz. Świetnie sobie radzisz bez mnie. Tylko nie będziesz miał tego, do czego się przyzwyczaiłeś. Kolacji na stole, wyprasowanych koszul, domu, w którym pachnie jedzeniem. Jestem twoją codziennością, Tomku, a ona była świętem. Więc zostań na święcie. Codzienność nie jest obowiązkowa.

— Ty nie jesteś codziennością. Ty jesteś moim życiem.

— Twoje życie, to ty sam.

Tomasz wstał, podszedł do pieca, wpatrzył się w ogień.

— Wiem, na co zasłużyłem, i nie będę się tłumaczył. Ale nie przyjechałem, żebyś wróciła, jak gdyby nic się nie stało. Przyjechałem powiedzieć: zrozumiałem. Zgubiłem siebie i zgubiłem ciebie. I jeżeli dasz mi szansę, spróbuję to naprawić.

— Jak?

— Nie wiem. Ale spróbuję. Sprzedam mieszkanie na Fordonie, które kupiłem… z nią. Zwolnię ją z firmy. Jestem gotowy zacząć od nowa.

Marta milczała, patrzyła na niego. Nie kłamał, to widziała. Pierwszy raz od miesięcy mówił bez teatru. Ale to nie wystarczało.

— Potrzebuję czasu — powiedziała. — Nie jestem gotowa teraz decydować. Dopiero zaczęłam przypominać sobie, kim jestem bez ciebie. I to mi się… podoba.

Tomasz skinął, poszedł do drzwi. Zatrzymał się na progu.

— Marto.

— Co?

— Ja naprawdę cię kocham. Tylko zapomniałem, jak to jest być z tobą prawdziwie. Nie w codzienności, a tak, jak tutaj. Jesteś tu inna.

— Jestem zawsze taka. Tylko przestałeś patrzeć.

Wyszedł. Furtka trzasnęła. Kuba podszedł, położył rękę na jej ramieniu.

— Dobrze zrobiłaś, mamo.

— Nie wiem — powiedziała. — Nic nie wiem.

Wieczorem włączyła telefon. Dwadzieścia dwa nieodebrane. Zadzwoniła do Oli.

— Mamo! Nareszcie! Gdzie jesteś?

— U babci, pod Chojnicami.

— Co ty tam robisz? I czemu tata jest taki dziwny?

— Tata i ja… rozmawiamy. O sprawach.

— To przez tę kobietę?

Marta zamarła.

— Wiedziałaś?

— Podejrzewałam. Chował telefon, pisał dużo z kimś. Nie chciałam wnikać.

— A czemu nie powiedziałaś mi?

— Nie wiedziałam, mamo. Nie chciałam cię ranić.

— Zraniło co innego. Że dowiedziałam się ostatnia.

— Przyjedę na weekend, dobrze?

— Przyjedź.

Śnieg spadł w drugim tygodniu grudnia, od razu gęsty, zasypał drogę do furtki tak, iż Marta musiała przekopywać ścieżkę łopatą, którą znalazła w komórce. Kuba wyjechał na sesję do Poznania, dzwonił co wieczór o ósmej, zawsze o tej samej godzinie, jakby to było jedyne, co mógł kontrolować. Ola przyjechała na święta sama, bez chłopaka, powiedziała, iż w tym roku chce być tylko z matką. Lepiły pierogi z kapustą i grzybami przy kuchennym stole, mało rozmawiały, ale Ola uczyła się od niej składać brzegi tak, jak robiła to babcia — szczypiąc kciukiem i palcem wskazującym, żeby ząbki wychodziły równe.

Tomasz dzwonił co wieczór, zawsze po dziewiątej. Czasem odbierała, czasem zostawiała telefon na stole i patrzyła, jak wibruje. Opowiadał, iż mieszkanie na Fordonie sprzedał za sto dziewięćdziesiąt tysięcy — mniej, niż dawał, ale nie negocjował, chciał mieć to z głowy. Że biuro zamknął na dwa tygodnie, iż śpi w starym pokoju Kuby, bo do sypialni nie wchodzi. Słuchała bez pochwał i bez wymówek.

W Wigilię przyjechał bez uprzedzenia, nie z różami, a z wojskowym chlebakiem po ojcu, w którym niósł karpia w papierze, opłatek i butelkę bezalkoholowego wina, bo pamiętał, iż ona nie pije na pusty żołądek.

— Nie będę się wpraszał — powiedział, stawiając chlebak na ganku. — Zostawię i pójdę.

Zajrzała do środka. Na wierzchu leżał tomik Iwaszkiewicza, zakładka wsunięta w połowie.

— Wejdź — powiedziała. — Mamy miejsce przy stole.

Usiadł między Kubą, który przyjechał tego samego dnia, i Olą. Dzielili się opłatkiem po kolei, od najstarszego. Kiedy przyszła kolej na Martę i Tomasza, on powiedział tylko:

— Zdrowia. I żebyś miała dla mnie jeszcze trochę cierpliwości.

— Zobaczymy — odpowiedziała, ale przełamała z nim opłatek do końca, nie w połowie, jak miała w zwyczaju z obcymi.

Po kolacji zmywali razem, on podawał talerze, ona wycierała. Nie rozmawiali o tamtej kobiecie, o SMS-ie, o nocy, w której wyszła z walizką. Mówili o tym, iż rynna znowu przecieka, iż trzeba kupić sól na drogę, iż Ola chce zmienić kierunek studiów. To wystarczało na ten wieczór.

Kiedy wychodził, odprowadziła go do samochodu. Śnieg skrzypiał pod butami, para z ust unosiła się w mroźnym powietrzu.

— Nie przynaglam — powiedział, otwierając drzwi auta. — Ale wiesz, iż jestem. Zawołaj, jak zechcesz.

— Jedź ostrożnie, drogi są oblodzone — powiedziała, bo to było wszystko, na co było jej tego wieczoru dość.

Wrócił w lutym na dłużej, kiedy śnieg zaczął robić się szary i ciężki. Naprawił zawias przy furtce, ten, który wisiał od pierwszego dnia. Potem przez dwie godziny rąbał drewno na podwórku, choć nigdy wcześniej tego nie robił, zdzierał sobie dłonie do krwi, zanim nauczył się trzymać siekierę. Marta patrzyła z okna kuchni, jak próbuje, nieudolnie, upór silniejszy od wstydu.

Pod koniec marca jabłoń nad domem zaczęła pękać pąkami. Przyjechał w sobotę z sadzonkami porzeczek, które chciał posadzić pod płotem, bo babcia zawsze miała porzeczki, a teraz nie ma. Kopali razem doły w jeszcze zmarzniętej ziemi.

— Pamiętasz, jak siedzieliśmy tu pierwszy raz? — spytał, kiedy skończyli, obaj brudni od ziemi po kolana. — Myślałem: żeby tak całe życie.

— Pamiętam.

— Nie wiedziałem wtedy, iż niemal wszystko zgubię.

Wbiła łopatę w ziemię, oparła na niej obie ręce.

— Zgubiłeś na chwilę. To różne rzeczy od zgubienia na zawsze.

— Więc pozostało coś do uratowania?

Nie odpowiedziała słowami. Wzięła od niego sadzonkę, uklękła i wsadziła ją w przygotowany dół, ugniotła ziemię dłońmi, jakby to było najważniejsze zadanie tego dnia. On uklęknął rzy niej, bez słowa, i podawał jej kolejne krzaczki, jeden po drugim, aż wzdłuż płotu stanął równy rząd gołych, cienkich prętów, które może, a może nie, zdążą jeszcze tego lata wypuścić liście.

Wstała, otrzepała ziemię z kolan.

— Zostań na kolację. Ale śpisz w pokoju Kuby.

— Zostaję — powiedział.

Wzięła wiadro po sadzonkach i poszła do domu, nie czekając, aż pójdzie za nią. Przy drzwiach obejrzała się tylko na moment — stał jeszcze przy nowo posadzonych porzeczkach, otrzepując ziemię z rąk, i nie wiedziała, czy to już coś znaczy, czy jeszcze nic.

Idź do oryginalnego materiału