Julia leżała na kanapie i płakała z całych sił. Mąż dwa miesiące temu wyznał, iż ma kobietę. I iż spodziewa się z nią dziecka

twojacena.pl 1 dzień temu

Julia leżała na kanapie i płakała z całych sił.

Mąż dwa miesiące wcześniej wyznał jej wszystko.

Miał kobietę. I dziecko w drodze.

– Julka, przepraszam. Dwa lata żyjemy bez dzieci – bełkotał Grzegorz.

– Myślałem, iż ze mną coś nie tak. A tu ona jest w ciąży.

– Kochanka – podpowiedziała cicho Julia.

– Nazywaj, jak chcesz. Za dwa miesiące rodzi.

Julia nie pytała, czemu czekał tak długo.

Akurat przed Nowym Rokiem wybrał odejście.

Została sama, wyczerpana, w tych samych ubraniach co rano.

Wypłakała się do końca i zapadła w bezsilność na starym tapczanie.

Wtedy wróciły wspomnienia dawnych świąt, z dzieciństwa.

Była wtedy Julką, uczennicą piątej klasy.

Po lekcjach z Kasią i Irenką zaglądały do lumpeksu.

Ten sklepik wydawał im się jaskinią skarbów.

Ubrania ich nie ciekawiły, liczyły się bibeloty i zabawki.

Wtedy Julka zobaczyła przepięknę szkatułkę.

Błękitną, z pozłacaną inkrustacją.

Patrzyła na nią jak zahipnotyzowana.

Sprzedawca podniósł wieczko, zabrzmiała pozytywka.

Z weluru wynurzyła się baletnica w białej sukience.

Julia przestała oddychać z zachwytu.

Był tam też sekret – mała szufladka na biżuterię.

Kasia i Irenka od razu zapytały o cenę.

– Ile kosztuje? – rzuciła Kasia.

Sprzedawca uśmiechnął się. – Sto złotych.

„Nigdy nie uzbieram tylu pieniędzy” – pomyślała Julia.

Na drugie śniadanie dostawała dwadzieścia groszy dziennie.

Na kino czasem dawano jej całą złotówkę.

Ojciec był w delegacji, wracał za tydzień.

Mama na pewno by odmówiła.

„Baletnica za sto złotych? Woli pięć kilo mięsa” – pomyślała Julia o matce.

Trzeba było czekać na tatę.

Codziennie zaglądała do sklepu, patrząc na figurkę.

Sprzedawca znał ją już dobrze, nakręcał pozytywkę na jej widok.

Po sześciu dniach znała każdy detal szkatułki.

Obtarty narożnik. Ukruszony róg. Jeden bucik u baletnicy brakował.

Gdy tata wrócił, pobiegła z nim do sklepu.

– Niestety już nie ma – powiedział sprzedawca ze smutkiem.

– Wzięli ją dwie godziny temu.

Julia zaczęła szlochać bez wstydu.

– Julka, przestań. Kupię ci tort truflowy – pocieszał tata.

Kiwnęła głową, ale żal nie mijał.

Następnego dnia Irenka przyniosła tę samą szkatułkę do szkoły.

Nakręciła pozytywkę, klasa zamilkła w podziwie.

– Babcia kupiła, przyjechała z Dąbrowy – powiedziała radośnie Irka.

– Ja też chciałam – westchnęła Kasia.

Julka wybiegła z klasy, płacząc.

– Co się stało? – zapytał Piotrek Rozmachowski.

– Nic – rzuciła i potrąciła go w drzwiach.

Stanęła pod oknem, czoło przy zamarzniętej szybie.

– Kupię ci taką samą, nie płacz – powiedział Piotrek za jej plecami.

– Głupi jesteś, skąd byś kupił? – prychnęła i uciekła.

Żałowała potem, iż tak go potraktowała.

Zima była sroga, Julka stała na podwórku bez czapki, aż się przeziębiła.

Tego samego dnia Piotrek przyszedł do niej z wizytą.

– Baletnicy jeszcze nie znalazłem, ale znajdę – obiecał.

– To zagraniczna, Made in DDR. Skąd ją sprowadzisz?

– DDR to Niemcy? – zapytał.

– Tak – westchnęła Julia.

– To tam pojadę – powiedział stanowczo.

Od tamtej pory zaczęli się przyjaźnić.

W ósmej klasie Piotrek ją pocałował.

Nie opierała się, zostali parą.

Po dziesiątej klasie powołano go do wojska, akurat do Niemiec.

Pisał listy, żartował, iż szuka baletnicy.

Julia nie doczekała jego powrotu.

Pół roku wcześniej poznała Grzegorza.

Zagrał jej piosenkę na gitarze, serce zmiękło.

Dwa miesiące później wzięli ślub.

Piotrek wrócił, dowiedział się o ślubie, wyjechał na norweski statek.

Rzadko bywał w Gdańsku. Nie spotkali się już.

Julia podniosła się z kanapy, wypiła kawę.

Coraz częściej łapała się na myślach o Piotrku.

Płakała nie tyle po Grzegorzu, co po nim.

„Co u niego? Ma rodzinę?” – myślała.

Na kalendarzu 31 grudnia. Trzeba przeżyć ten Sylwester.

Koleżanki zajęte swoimi rodzinami. Nie wypadało się wpraszać.

Poszła na rynek, kupiła coś na święta.

Wchodząc z siatkami do klatki, zobaczyła Świętego Mikołaja wychodzącego z windy.

Na jego widok łzy wróciły.

– Córeczko, co płaczesz? Przecież święto – odezwał się starczym głosem.

– Masz coś ode mnie – wyjął pudełko z worka.

Zniknął w ciemności klatki, nie zdążyła podziękować.

Pudełko było ciężkie.

W kuchni rozpakowała je powoli.

W środku – nowa, błękitna szkatułka z pozłacaną inkrustacją.

Nakręciła mechanizm, zabrzmiała pozytywka.

Z weluru wyłoniła się baletnica, tym razem z obydwoma bucikami.

Otworzyła sekretną szufladkę.

Leżała w niej złota obrączka.

Podbiegła do okna, zobaczyła postać Mikołaja na podwórku.

Wybiegła w kapciach na śnieg.

Zawahała się przy klatce.

Mikołaj odwrócił się w jej stronę.

Rzucili się sobie w ramiona.

To był Piotrek.

Idź do oryginalnego materiału