Kiedy teściowa przyszła na odwiedziny, Lena miała plan.

polregion.pl 8 godzin temu

Kalina stała jak wryta z małą Basią na rękach, patrząc w puste podwórko. Robert, jej małżonek, zniknął jak kamfora godzinę temu, zostawiając je same. Maleństwo w końcu zasnęło, ale Kalina wciąż nie mogła się odejść od okna. Może jednak wróci, odpali fiacika i wyzna, iż to tylko kiepski żart?
Kilka godzin wcześniej Robert wrócił z roboty. Kalina krzątała się w kuchni, on zaś jakoś nie przychodził. Gdy weszła do pokoju, zastała go pakującego walizę.
– Gdzie? – wybełkotała zaskoczona.
– Wyprowadzam się. Do kobiety, którą kocham.
– Robercie, żartujesz? Kłopoty w pracy? Robociarski wyjazd? – nadzieja brzmiała w jej głosie.
– Czemu nie kumasz? Zmęczyłaś mnie. W głowie masz tylko Basię, nie zauważasz mnie, sama wyglądasz jak szarpidrut.
– Nie krzycz, Basię obudzisz.
– Proszę! Znowu tylko o niej myś my! Facet ci odchodzi, a ty…
– Prawdziwy facet nie zostawiłby żony z niemowlakiem – odparła cicho Kalina i wyszła do córeczki. Znała jego charakter. Gdyby przedłużała tę rozmowę, skończyłoby się awanturą. Łzy napływały do oczu, ale nie pokaże mu ich. Wzięła Basię z łóżeczka i schroniła się w kuchni. Tam Robert nie zajrzy, nie ma po co.

Przez szybę widziała, jak wskoczył do swojego gratowozu i odjechał bez oglądania się za siebie. Ona jednak tkwiła przy oknie. Całą noc przewracała się z boku na bok. Do kogo zadzwonić? Matka? Ta dawno przestała się nią interesować, tylko się ucieszyła, gdy wyszła za mąż, i tyle. Ciotka Larysa zawsze miała jedno dziecko w sercu – młodszego brata Kaliny. Przyjaciółki? Też młode mamy, pewnie teraz śpią. I co mogłyby poradzić?
Zasnęła nad ranem. Spróbowała dodzwonić się do Roberta. Spuścił słuchawkę i wysłał SMS: „Nie zawracaj mi głowy”. Wtedy rozkwiliła się Basia. Kalina podeszła do niej. Nie czas na rozklejanie. Poszedł? To trudno. Ma córeczkę, o którą trzeba dbać. Trzeba myśleć, jak żyć dalej.
Gdy zobaczyła, ile zostało w portfelu i na koncie, serce podskoczyło jej do gardła. choćby gdyby poprosić gospodarza, by zaczekał z czynszem pięć dni do zasiłku, i tak brakowałoby funduszy. A jeść coś trzeba. Można by liznąć coś online, ale Robert zabrał swojego laptopa.
Miała jeszcze dwa tygodnie opłaconego mieszkania, by coś wykombinować. Kombinować trzeba było wczoraj.
Ale po telefonach do wszystkich znajomych dotarło do niej: z maleństwem nikt jej nie zatrudni. choćby do mycia podłóg trzeba by z kimś zostawić Basię na choćby dwie godziny. A z kim? Wykwaterowanie też nie pomoże. Wynajmowali i tak tanie mieszkanie. Jedyna szansa: do rodziców. Szkoda tylko, iż ona z rodziną się spóźniła, a brat ożenił się wcześnie. Mieszkał z żoną, dziećmi – dwoma bliźrakiem – u mamy w dwupokojowym mieszkaniu. Razem z matką pięcioro, a jak dołożymy jeszcze ją i Basię, to jak się pomieścić?
Kalina dała znać gospodarzowi, iż się wyprowadza po opłaconym terminie. Chodziła jak błędna. Można wynająć pokój w akademiku, choćby oglądała. Ale towarzystwo takie, iż mrożą krew w żyłach. Pisała do Roberta o pomoc dla córki, ale milczał. choćby nie czytał. Pewnie zablokował.
Do wyprowadzki pięć dni. Kalina zaczęła pakować manatki. Ich było niewiele, ale trzeba było czymś zająć ręce. Wtedy ktoś zadzwonił.
Otworzyła, oniemiała. W drzwiach stała Stanisława – jej teściowa.
„Serio? Jeszcze większy kłopot?” – pomyślała Kalina, wpuszczając ją.
Ze Stanisławą zawsze były jak pies z kotem. Uśmiechy, ale nienawiść w sercach. Już przy pierwszym spotkaniu przyszła teściowa dała jasno do zrozumienia, iż Kalina jej nie leży. Jak wiele matek, uważała wybór syna za nietrafiony. Przecież było lepszych. Dlatego Kalina od razu postawiła sprawę jasno: razem nie zamieszkają, się nie dogadają. Wynajęli mieszkanie.
Gdy Stanisława kręciła się po gościnie, było jak w kabaretowym skeczu: „Kalino, a tu kurzu nie widziałaś?”. A potrawy Kaliny nazywała świniobiciem. Co prawda, gdy Kalina zaszła w ciążę, teściowa trochę odpuściła. Ale gdy Basia się urodziła, oznajmiła, iż dziecko nie po nich, więc Robert powinien sprawdzić, czy to jego.
Dopiero gdy Basiuś skończyła pół roczku, Stanisława zaczęła dostrzegać podobieństwo i nieco się nią zajmować. Robert tuszował jak mógł: „Mamo samotnie mnie wychowała, stąd taka zazdrosna”. Prosił żonę o cierpliwość, bo zaglądała rzadko. Choć Kalina ucieszyłaby się z jakiejkolwiek pomocy, nigdy o nią nie prosiła.
A teraz teściowa stała w przedpokoju, i to po jego odejściu. Pewnie przyszła się napić jadu na pożegnanie. Ale Kalinie już
Weronika wsunęła się do kuchni, niosąc kolejną blachę sernika, i mruknęła z przekąsem: „Moje wnuki rosną jak na drożdżach, więc gdzie dwóch się zmieści, tam i trzeci wpadnie, prawda?”.

Idź do oryginalnego materiału