Klatka schodowa pachniała gotowaną kapustą i wilgocią starego budownictwa. Na trzeci listopada jeszcze nie włączono ogrzewania w kamienicy przy ulicy Długiej w Krakowie, więc Magda postawiła kołnierz kurtki i przyspieszyła kroku. W ręku niosła papierową torbę z planami nowej aranżacji restauracji na Kazimierzu — zamówienie było intratne, a termin gonił.

newsempire24.com 1 dzień temu

— Tomku, spójrz — rzuciła na stół w kuchni plik wydruków. — Cztery rodzaje forniru dębowego, wybierz któryś. I zdecyduj wreszcie: Beskidy czy Mazury? Znalazłam drewniany dom pod Żywcem, kominek, widok na góry, żadnego gotowania.

Tomasz oderwał wzrok od monitora. Siedział w swoim domowym kącie, otoczony szkicami konstrukcyjnymi nowego mostu Zwierzynieckiego, który biuro projektowe kończyło przed zimą. Zdjął okulary, przetarł je rękawem bluzy.

— Magda… mama dzwoniła pół godziny temu.

Dłoń Magdy zawisła nad kartką z próbkami kolorów. Zapach terpentyny, który zawsze towarzyszył jej po pracy w pracowni renowacji mebli, wydał się nagle duszący.

— Co tym razem wymyśliła pani Barbara? — spytała, choć ton jej głosu nie wróżył już nic dobrego.

— Oni… w sumie postanowili przyjechać. Mama, Anka, Paweł i mała Hania.

— Tomasz, umawialiśmy się. Pamiętasz zeszłe święta? Trzy dni nie wychodziłam z kuchni, podczas gdy twoja siostra oglądała telewizję świąteczną i komentowała, iż sernik za suchy. Dałeś słowo.

— Pamiętam, naprawdę. Ale Anka uparła się, iż mamie smutno samej, a u nich remont łazienki i grzyb na ścianie. A my mamy miejsce.

— Mamy sześćdziesiąt metrów, Tomasz! — Magda czuła, jak w skroniach zaczyna pulsować znajomy gniew. — Gdzie oni będą spać? Na balkonie?

Tomasz westchnął, próbując przybrać ton mediatora.

— Rozłożymy materac w salonie. Trzy dni, kochanie. Przecież nie mogę wywalić matki i siostry na bruk.

— Twoja matka mieszka w Tarnowie, półtorej godziny drogi. To nie koniec świata — Magda wstała gwałtownie, odsuwając krzesło. — Dobrze. Dzwonisz do Anki i mówisz, iż nas nie będzie. Wyjeżdżamy.

— Gdzie wyjeżdżamy?

— Pod Żywiec. Właśnie dzwonię do Oli i Marcina. Mają wolny termin w swoim domku, pytali wczoraj, czy nie chcemy dołączyć.

— To szaleństwo, Magda. Oni już kupili bilety.

— Niech zwrócą. Albo nie — zadzwoniła do Oli z komórki, nie odrywając wzroku od męża. W słuchawce po kilku sygnałach odezwał się głos przyjaciółki. — Ola, bierzemy ten domek. Przelew zrobię za pięć minut.

Tomasz patrzył na żonę z niedowierzaniem.

— Przyjeżdżają dwudziestego trzeciego grudnia rano. Spotkamy się w drzwiach!

— Właśnie o to chodzi — Magda mówiła coraz ciszej, ale każde słowo ciążyło jak młotek stolarski. — Wręczymy im klucze od pustej lodówki. Niech się bawią.

Następnego dnia Tomasz próbował zadzwonić do siostry. Włączył głośnik — liczył, iż Magda usłyszy i może zmięknie.

— Tomuś, nie wygłupiaj się — głos Anki przecinał płacz Hani gdzieś w tle. — Prezenty już zapakowane. Powiedz Magdzie, żeby karpia zamówiła, tylko nie z Biedronki, tylko z targu. I barszcz z uszkami niech zrobi dzień wcześniej, bo potem zawsze wszystko na ostatnią chwilę.

Magda podeszła do stołu i bez słowa nacisnęła czerwoną słuchawkę.

— Daj telefon — powiedziała spokojnie.

— Komu?

— Twojej matce.

Tomasz podał komórkę, jakby to był granat z wyciągniętą zawleczką.

Barbara Nowacka odebrała po pierwszym sygnale, jakby czekała z telefonem w ręku.

— Tomasz, uspokoiłeś już swoją żonę? Anka mówiła, iż jakieś fochy stroi. Pamiętaj, pierogi z kapustą mają być, nie żadne gotowe.

— Pani Barbaro — przerwała Magda — mówi Magda. Proszę posłuchać. Wyjeżdżamy dwudziestego trzeciego. Do piątego stycznia nas nie będzie. Nie ma sensu przyjeżdżać.

W słuchawce zapadła cisza. Potem wybuch.

— Co ty sobie wyobrażasz?! Kto ci dał prawo? To mój syn! Do syna jadę, nie do ciebie! Ty egoistyczna, pazerna babo! Żałujesz kawałka chleba rodzinie?

— Żałuję swojego czasu i zdrowia psychicznego — Magda odpowiedziała twardo, ale bez krzyku: kiedy pracowała z pajęczyną pęknięć na starym fornirze, nauczyła się, iż spokój działa lepiej niż siła. — Pani córka przez cały pobyt nie umyła po sobie szklanki. Nie jestem gosposią.

— Ty bezczelna dziewucho! — wrzasnęła teściowa. — Przyjedziemy i zobaczysz! Otworzysz nam jak miła!

Magda poczuła dziwny spokój. Taki sam, jaki czuła, przykładając dłuto do spękanego drewna, zanim jednym ruchem odłupywała zbutwiały kawałek.

— Niech pani przyjeżdża. Pocałuje pani klamkę.

Rozłączyła się i położyła telefon na stole.

— Nie zrobisz tego — powiedział cicho Tomasz.

— Jadę do Żywca. Z tobą albo bez ciebie. Wybieraj teraz. jeżeli zostaniesz, gotujesz barszcz, słuchasz, jaka ze mnie zołza, i… cóż, potem wracasz do pustego mieszkania. Decyduj.

Dwudziestego trzeciego grudnia od rana siąpił deszcz ze śniegiem. Torby stały w przedpokoju, a Magda dopinała torbę z prezentami dla Oli i Marcina, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Długi, natarczywy.

— Są — Tomasz stał w przedpokoju blady. — Przyjechali wcześniejszym.

— Otwieraj.

Tomasz przekręcił zamek. Na wycieraczce stała cała ekipa: Barbara Nowacka w futrzanej czapce, Anka z nosem czerwonym od mrozu, milczący Paweł obładowany torbami i marudząca Hania.

— No nareszcie! — teściowa już stawiała nogę za próg. — Dzwonimy, dzwonimy, co tak długo? Wnosimy rzeczy, zimno na klatce!

Przepchnęła się obok syna i wpadła na Magdę. Ta stała w progu przedpokoju, blokując przejście. Nie krzyczała. Nie gestykulowała. Stała jak element konstrukcyjny.

— Nikt dzisiaj tutaj nie wejdzie — powiedziała spokojnie.

— Oszalałaś?! — Anka próbowała przepchnąć się bokiem.

Magda zablokowała framugę ramieniem. Pracowała z dębowymi blatami — wiedziała, jak rozłożyć ciężar. Jej pozycja była nieruchoma.

— Zejdź mi z drogi — syknęła Anka i pchnęła Magdę w ramię.

Magda nie drgnęła. Złapała brzeg futryny.

— Paweł, powiedz coś! — wrzasnęła Anka do męża.

Paweł postawił torby na wycieraczce, westchnął ciężko. Hania zaczęła płakać głośniej.

— Synu! — głos Barbary przeszedł w pisk. — Widzisz, co ona wyprawia? Powiedz jej!

Tomasz stał dwa kroki za żoną. Przez chwilę patrzył na matkę, na siostrę, na płaczącą bratanicę i na plecy Magdy — sztywne, napięte, ale niewzruszone. Zapach terpentyny z pracowni unosił się jeszcze na jej swetrze.

— Mamo — powiedział cicho, ale wyraźnie. — Jedźcie do domu.

Klatka schodowa zamarła. Słychać było tylko kap, kap z nieszczelnego kranu w łazience piętro wyżej.

— Co?! — Barbara zbladła.

— Nie będzie świąt u nas. Przykro mi, ale Magda ma rację. To nasz dom i nasze zasady. Żegnam.

Zamknął drzwi. Powoli, bez trzaskania. Przekręcił zamek raz, potem drugi.

Za drzwiami rozległ się wrzask, potem tupot nóg na schodach, płacz Hani, histeryczny głos Anki i pojedyncze słowa Barbary, których Magda nie chciała już rozróżniać. Stali chwilę w przedpokoju, patrząc na siebie.

— Dzwoniłeś po taksówkę? — zapytała Magda.

— Czeka na dole.

Pod Żywcem śnieg spadł dopiero w Wigilię. Magda siedziała na tarasie, owinięta kocem, i patrzyła na czubki świerków niknące w mlecznej mgle. Pachniało mrozem i żywicą. Ola i Marcin grali w planszówkę, z salonu dolatywał cichy śmiech Marcina, który właśnie przegrywał kolejną rundę. Tomasz podszedł od tyłu, postawił na balustradzie kubek grzanego wina.

— Myślisz, iż wrócili do Tarnowa? — zapytał.

— Twój tata dzwonił przed chwilą. Siedzą u niego. Podobno Anka powiedziała, iż więcej do nas nie przyjedzie.

— Szkoda — mruknął Tomasz.

Magda spojrzała na niego z ukosa.

— Naprawdę?

— Nie — uśmiechnął się pierwszy raz od tygodnia. — Absolutnie nie.

W oddali zaterkotał silnik skutera śnieżnego. Magda upiła łyk wina. Na parapecie leżał kawałek drewna, który znalazła rano przy ścieżce — stary korzeń, wygładzony przez potok. Już widziała, co z niego zrobi: świecznik. Prosty, bez ozdób. Albo nie. Pomyśli o tym jutro.

Idź do oryginalnego materiału