Kurier Dawid i sześciolatka, po którą wrócił do płonącego domu na Lipowej

newsempire24.com 1 dzień temu

Była za piętnaście pierwsza w nocy, kiedy Dawid Kowalczyk jechał swoim starym Fiatem Punto byle gdzie, byle dalej od mieszkania na Bielanach. Dwadzieścia pięć lat, dostawca jedzenia z aplikacji, ostatnia paczka tego wieczoru oddana jeszcze przed dziesiątą. Potem kłótnia z Anią przez telefon, głucho urwana rozmowa, trzaśnięcie drzwiami samochodu. Jechał bez celu przez Toruń, z opuszczonymi szybami, z radiem nastawionym na stację, której i tak nie słuchał.

Skręcił w ulicę Lipową, bo tak wyszło, nie dlatego, iż tam mieszkał ktoś znajomy. I wtedy zauważył, iż jedno z okien w piętrowym domu numer czternaście świeci pomarańczowo. Zbyt mocno jak na lampkę nocną.

Zahamował, cofnął, wjechał na podjazd. Telefon zostawił na łóżku w pośpiechu po kłótni, więc próbował zatrzymać przejeżdżający samochód dostawczy, potem drugi. Nikt się nie zatrzymał o tej porze.

Dom już dymił od frontu. Z sąsiedniej posesji szczekał pies, ktoś otworzył okno na piętrze obok i krzyknął, iż dzwoni po straż. Dawid nie czekał. Obiegł budynek, wszedł od tyłu, przez kuchenne drzwi, które ktoś zostawił niedomknięte.

„Jest tu kto? Halo, jest tu ktoś?!”

W zadymionym korytarzu znalazł osiemnastoletnią Natalię, trzymającą na rękach dwudziestomiesięczną siostrzyczkę Zosię. Obok niej stały trzynastoletnie bliźniaki, Kuba i Bartek, w samych bokserkach, bo spali. Czworo. Dawid poprowadził ich do tylnego wyjścia, przez to samo, którym wszedł, prawie po omacku, bo dym gęstniał z każdą sekundą.

Na podwórku, w świetle pierwszych pomarańczowych refleksów na szybach sąsiedniego bloku, Natalia policzyła rodzeństwo i zbladła.

„Kalinka. Nie ma Kalinki. Ona jeszcze tam jest.”

Sześć lat, najmłodsza po Zosi, ta, którą cała rodzina nazywała po prostu Kalinką. Spała w pokoju od frontu, tam gdzie ogień był już najsilniejszy.

Strażacy jeszcze nie dojechali. W takiej sytuacji czeka się. Tak mówi każda instrukcja, każdy zdrowy rozsądek.

Dawid odwrócił się i wszedł z powrotem.

Szedł od pokoju do pokoju, wołając imię dziewczynki, a dym zjadał powietrze tak szybko, iż po kilkunastu sekundach widział może metr przed sobą. Gorąco było takie, iż czuł je przez bawełnianą koszulkę. Przyznał później, iż przez chwilę pomyślał o oknie, o tym, żeby wyskoczyć i uratować siebie, skoro dziecka i tak już nie znajdzie.

Wtedy usłyszał płacz. Cichy, prawie niesłyszalny pod hukiem ognia, ale wystarczył.

Przykucnął, naciągnął koszulkę na usta i nos, posuwał się pod warstwą dymu, tam gdzie powietrza było odrobinę więcej. Przy wejściu do salonu znalazł Kalinkę, skuloną pod oknem, z oczami pełnymi łez i sadzy.

Droga, którą wszedł, była już odcięta ogniem. Jedyne wyjście prowadziło w górę, do sypialni na piętrze.

Wziął dziewczynkę na ręce i wbiegł po schodach. W sypialni rozbił pięścią szybę, rozciął sobie przy tym ramię do kości, ale okno się otworzyło. Wtedy nóżka Kalinki zaplątała się w sznurek od żaluzji, a dym w pokoju gęstniał tak, iż za chwilę nie dało się oddychać. Dawid rozplątał sznurek, palec po palcu, bo szarpanie tylko zaciskało pętlę.

Dziewczynka nie chciała skakać. Krzyczała, iż boi się wysokości bardziej niż ognia.

Przytulił ją mocno do siebie, obrócił ciało tak, żeby to on wziął na siebie uderzenie o ziemię, i skoczył z okna pierwszego piętra.

Patrol policji, który właśnie podjeżdżał pod dom, miał włączoną kamerę nasobną. To nagranie potem obejrzą miliony ludzi w kraju i za granicą: Dawid wychodzi z dymu, zataczając się, z Kaliną przyciśniętą do piersi, oddaje ją funkcjonariuszom i dopiero wtedy osuwa się na trawnik.

Nie pytał o swoje ramię, z którego lała się krew. Nie pytał, czy ktoś wezwał karetkę dla niego.

„Czy ona żyje? Powiedzcie mi, iż ona żyje.”

Żyła. Niewielka rana na nodze, trochę dymu w płucach, nic więcej. Wszystkie pięcioro dzieci wyszło z pożaru żywych.

Dawida zabrano na SOR do szpitala w Toruniu, potem przewieziono na oddział chirurgii plastycznej do Bydgoszczy: zatrucie dymem, oparzenia drugiego stopnia na przedramieniu, głębokie rozcięcie od szyby, które wymagało dwudziestu dwóch szwów. Leżał na oddziale jedenaście dni.

Kiedy dziennikarze zaczęli nazywać go bohaterem, odmawiał tego słowa.

„Zrobiłem to, czego chciałbym od kogoś, gdyby to moja siostra była w tym domu” – powtarzał w każdym wywiadzie, zawsze tymi samymi słowami, jakby chciał, żeby to raz na zawsze zamknęło temat.

W marcu następnego roku, podczas uroczystości w Belwederze, Prezydent RP wręczył Dawidowi Kowalczykowi Medal za Ofiarność i Odwagę. Na sali siedziała Natalia, już dwudziestoletnia, z Kaliną trzymającą ją za rękę. Dziewczynka miała na nodze bliznę wielkości złotówki, pamiątkę po tamtej nocy, i upierała się, żeby to właśnie ona przypięła medal do marynarki Dawida, zamiast asystentki protokołu. Prezydencka ochrona przez chwilę nie wiedziała, co z tym zrobić, w końcu ktoś machnął ręką i pozwolił.

Ania, jego dziewczyna, z którą pokłócił się tamtej nocy, siedziała w drugim rzędzie. Dawid mówił później, iż kłótnia dotyczyła niczego ważnego, iż nie pamięta już nawet, o co poszło. Pamięta za to zapach spalonego drewna, który przez tydzień czuł we włosach, choćby po trzech prysznicach dziennie w szpitalu.

Rodzina Natalii dostała od miasta tymczasowe mieszkanie na czas remontu domu przy Lipowej. Dawid odwiedził ich tam raz, przyniósł pudełko pizzy z knajpy, w której wtedy jeszcze pracował, bo akurat mieli promocję, i został na trzy godziny dłużej niż planował, bo Kalina chciała, żeby czytał jej na głos bajkę o smoku, który wcale nie jest zły, tylko samotny.

Skończył pracę kuriera rok później. Teraz uczy jazdy na kursach dla przyszłych ratowników medycznych w Toruniu, bo jak mówi, w końcu ktoś musi im wytłumaczyć, iż instrukcja każe czekać na pomoc, a czasem trzeba po prostu wejść.

Idź do oryginalnego materiału