No i mamy zaduszki, zwane przez mła zadusznikiem, bowiem mła, podobnie jak jej Babcia Wiktoria, cóś źle reaguje na dym z wielu zniczy. Mła jest w tej chwili w takim stanie psychicznym iż lepiej żeby nie rozpamiętywała, szczególnie kocich odejść. Boli po Kasiuleńce, boli po Okularii, no i odzywają się starsze rany, których boję się nazwać imieniem. Ech... Jakoś łatwiej pogodzić się z tegorocznymi odejściami Babci Halinki, czy Marysi, bo one iż tak to określę - należycie nażyte. Listopad zaczął się raczej wszawo, zamiast słonecznego dnia z prognozy pogody, było takie pochmurne smędzenie. Pogoda ni to, ni sio, niedookreślona. Mogło być gorzej, mogło lać, ale mła była tak nastawiona na nierdzielne słoneczko iż pochmurne smędzenie zniechęciło ją do ogrodowania i spacerów. Usiadłam do porządkowania zdjęć z podróży, co zajęło mła niemal całe popołudnie. Qurcze, ale napstrykałam! Jestem mocno do tyłu z wpisami podróżniczymi, mimo tego iż parę w miesiącu wklejam. Może za dużo chcę pokazać, ale z drugiej strony po co robić wpis podróżniczy z czterema zdjęciami na krzyż i tekstem typu - Tu byłam! Zwiedzam turystyczne samograje, ale staram się je szczegółowo obfocić i jeszcze jakieś info na ich temat zamieścić, żeby nie były to tylko moje wrażenia. Mam bowiem takie zdziwne poczucie iż te samograje wcale nie są tak dobrze znane jak się powszechnie uważa. Dzieje się tak dlatego iż są niby must see i zakłada się iż wszyscy, wszystko o nich wiedzą, co jest dość oczywistą nieprawdą. Wicie rozumicie, mnóstwo ludzi ogląda Giocondę, jeden na pięciu wie co ogląda, jeden na dziesięciu rozumie to co ogląda.
To by było na tyle, fotki świątecznie chryzantemowo - dyniaste a w Muzyczniku Allegro con spirito z Concierto de Aranjuez Joaquina Rodrigo w wykonie gitarowym Narciso Yepesa.










