Magda obudziła się, czując, iż jej brzuch waży chyba z pięć ton. Była trzecia w nocy.
W mieszkaniu panowała cisza. Tylko chrapanie męża i tykanie starego zegara w przedpokoju.
Spróbowała przekręcić się na bok. Tapczan zaskrzypiał zdradziecko.
Artur poruszył się przez sen.
— Magda, może byś się uspokoiła? Za cztery godziny muszę wstać!
Zamarła, bojąc się odetchnąć. To była jego sztandarowa kwestia od pół roku.
Zupełnie zapomniał, iż ciąża bliźniacza to nie hobby. To było konkretne obciążenie.
Artur stał się ostatnio prawie obcym. Wyliczał każdy grosz, sprawdzał paragony.
— Widzisz te ceny? — szeptał nad rachunkami. — Jedz jabłka, są polskie i tanie.
— Brzoskwinie to fanaberia. Ja haruję, a ty siedzisz w domu.
Magda zsunęła się cicho z tapczanu. Powlokła się do kuchni, trzymając się za plecy.
Stopy spuchły jej tak, iż kapcie ledwo wchodziły. Usiadła przy ciemnym oknie.
Patrzyła na pustą, sopocką uliczkę. Czuła narastający niepokój.
Bała się porodu. Bała się powrotu do wiecznego marudzenia w tym mieszkaniu.
Rano Artur kręcił się po domu jak tornado. Rzucał ubraniami, trzaskał szafkami.
— Wyprasowałaś mi koszulę? — rzucił bez spojrzenia na żonę.
— Wisi na krześle, Artur.
— Mogłaś guzik przyszyć. Nic, lecę, będę późno. Narada u Prezesa.
— Nie dzwoń, bo szef się czepia i zabiera telefony.
Wyszedł, choćby się nie pożegnał. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Magda usłyszała klik górnego zamka. Tego, który zawsze się zacinał.
Otwierało się go tylko z wysiłkiem, dwiema rękami i połową ciała.
W południe Magda postanowiła uporządkować przedpokój. Chciała wyciągnąć pudło z ubrankami po córce kuzynki.
Przysunęła stołek.
— Tylko na chwilkę, tylko z brzegu — przekonywała samą siebie.
Wspięła się, sięgnęła. I w tej samej chwili zrobiło się jej ciemno przed oczami.
Ześlizgnęła się stopą z lakierowanego stołka. Łoskot. Upadek.
Runęła bokiem na wykładzinę, obijając biodro. Zawyła.
Natychmiast poczuła przeszywający ból w dole brzucha. Oddechu zabrakło.
— Nie, nie… za wcześnie… — wyszeptała, próbując się podnieść.
Kolejna fala bólu dosłownie ją skręciła. Zrozumiała: to już.
Telefon leżał na szafce, dwa metry dalej. Sunęła do niego po podłodze.
Każdy ruch to nowa eksplozja bólu. Dopadła słuchawki wreszcie.
Ręce jej się trzęsły. Przed oczami miała zamazane plamy.
W kontaktach pierwsze były imiona na literę „A”. „Artur”.
Tuż pod nim — „Artur Zawadzki (Prezes)”. Dodała go miesiąc wcześniej, do papierów macierzyńskich.
Nacisnęła „Arturowi”. Dzwoniło długo, leniwo. Połączenie przerwane.
Zadzwoniła znów. „Abonent czasowo niedostępny”.
Ogarnęła ją panika. Była sama. Drzwi zamknięte na zacinający się zamek.
Jak przyjedzie pogotowie, postoją sobie pod drzwiami.
Ledwo przytomna, odpaliła komunikator. W oczach jej wirowało.
Była pewna, iż pisze do męża.
„Muszę do szpitala, drzwi zamknięte! Zaczęło się, upadłam, nie mogę wstać. Przyjedź szybko, błagam!”
Wybrała „Wyślij” i wypuściła telefon z ręki. Ekran zgasł.
Tymczasem Prezes Artur Zawadzki prowadził właśnie zebranie. Twardy, z groźnym wzrokiem.
Nikt się nie spóźniał na jego spotkania. Telefon zabrzęczał na biurku.
Zerknął — numer znany. Magda, żona jego zaopatrzeniowca, Artura Zalewskiego.
Przeczytał wiadomość. Jego twarz straciła kamienny wyraz.
— Zebranie skończone! — ryknął, podrywając się na równe nogi.
— Ale panie Prezesie, my jeszcze nie… — zaczął księgowy.
— Wszyscy, WYJŚĆ!
Wypadł z gabinetu. Wykręcił numer Zalewskiego. „Abonent niedostępny”.
— No po prostu mistrz… — zaburczał przez zęby.
Wybrał do szefa ochrony.
— gwałtownie mi ustal, gdzie jest komórka Zalewskiego. Samochód pod wejście. Jadę osobiście.
Po dwóch minutach wpadł SMS z lokalizacją. Zalewski nie był na budowie.
Wskazówka zamrugała pod Trójmiastem, w hotelu ze SPA. Zawadzki zgrzytnął szczękami.
Jechał jak rajdowiec. Na adres Zalewskich miał maksymalnie piętnaście minut.
Pięć lat wcześniej stracił żonę — serce. Pamiętał bezsilność, kiedy pomoc nie nadchodzi w porę.
Wpadł na trzecie piętro. Szarpnął za klamkę — zamknięte.
Z mieszkania dobiegał cichy, słaby głos. Nie czekał na straż pożarną.
Cofnął się i rzucił się na drzwi. Zamek zatrzeszczał.
Jeszcze raz — szczęk, drzwi poleciały na oścież.
Magda leżała na podłodze, zwinięta.
— Magda!
Otworzyła zamglone oczy.
— Pan Prezes? A gdzie… Artur…?
— Jestem za niego. Wytrzymaj.
Chwycił ją na ręce. Pędził samochodem przez obwodnicę.
Magda łapała oddech z trudem.
— Jeszcze chwileczkę, zaraz będziemy — powtarzał, zerkając w lusterko. — Wytrzymaj.
W szpitalu czekał już oddziałowy z noszami. Prezes zadzwonił do dyrektora osobiście.
— Pan jest mężem? — wrzasnęła pielęgniarka w progu.
— Ojcem, proszę pani! — zaryczał Zawadzki. — Biorę odpowiedzialność za nią i dzieci.
Siedział potem na korytarzu. Trzy godziny później wyszedł lekarz.
— Proszę się cieszyć. Dwóch chłopaków. Trzeba było robić cesarkę, ale daliśmy radę.
— Malcy drobni, zostaną pod kontrolą, ale oddychają samodzielnie. Z mamą też będzie dobrze.
Zawadzki oparł głowę o zimną szybę.
— Dzięki Wam.
Zadzwonił do Zalewskiego raz jeszcze. Tym razem facet odebrał. Słychać było muzykę i damski śmiech.
— Halo, panie Prezesie? Dzwonił pan? Jestem na budowie, zasięg fatalny…
— Na budowie, powiadasz? — Zawadzki mówił cicho i groźnie. — SPA już mają betonowe zbrojenia?
Cisza.
— Panie Prezesie, ja…
— Jesteś zwolniony, Zalewski. Bez referencji. Jutro masz się wynieść z Trójmiasta.
— I licz, iż żona ci wybaczy. Ja bym jej nie polecał.
Magda ocknęła się dopiero następnego dnia. Własna sala, cisza, spokój.
Drzwi skrzypnęły. Wpadł Zawadzki, zmęczony, bez krawata.
— Jak się czujesz?
— Panie Prezesie… — Magda próbowała się podnieść, wykrzywiła się z bólu. — Dziękuję. Wstyd mi… pomyliłam kontakty…
— Dziękuj temu, kto czuwa nad zbiegiem okoliczności — usiadł obok. — Musimy pogadać.
Opowiedział wszystko — telefon, hotel, zwolnienie. Mówił szorstko.
— On zaraz się odezwie, będzie błagał o przebaczenie. Mieszkanie jest pewnie na niego?
— Jego rodziców — Magda zamilkła, przełykając łzy. — Nie mamy gdzie iść. Tylko ciotka na Mazurach.
Zawadzki zastukał palcami w kolano.
— Mam duży dom, dwa piętra. Sam w nim śpię. Jest skrzydło gościnne.
— Zamieszkasz tam z dziećmi, póki nie staniecie na nogi. Przyda mi się pomoc do domu.
— Ale… z dwójką maluchów? Jaka ze mnie pomocnica?
— Poradzisz sobie. To nie jałmużna. Wolę, jak ktoś oddycha w domu.
Wypis minął bez przygód. Artur próbował wedrzeć się do szpitala, ochrona zatrzymała go w holu.
Stał pod oknem, krzyczał. Widać było, iż przedawkował śliwowicę.
Magda patrzyła na to spod kołdry. W środku miała już pustkę.
Została tylko ulga, obojętność.
Zawadzki sam ją odebrał. Cicho wtaszczył rzeczy, zapakował foteliki.
— No, to jedziemy do domu — powiedział po prostu.
Nowe życie płynęło zaskakująco spokojnie. Dom ożył, pachniał Sudocremem i świeżą pościelą.
Prezes okazał się wcale nie taki straszny. Wieczorami brał maluchy na ręce.
— Jak tam, wojownicy? — mruczał basem. — Rośniemy?
Bliźniaki, Bartek i Julek, patrzyli wielkimi, poważnymi oczami.
Były mąż zniknął z radarów. Zawadzki zamknął mu drogę do każdej firmy w Pomorskiem.
Przeniósł się do matki. Przysyłał grosze, ale Magdzie było to wszystko jedno.
Po latach pierwszy raz czuła się bezpieczna.
Minęły dwa lata.
Magda rozstawiała talerze w ogrodowej altanie. Niedziela, upał, lipiec.
Prezes Zawadzki opiekał karkówkę nad żarem. Chłopcy biegali po trawie za chrabąszczem.
— Tata, popatrz, żuczek! — wrzasnął Bartek.
Magda uśmiechnęła się, patrząc na nich oboje.
To był jej dom teraz. Prawdziwy.











