Pani Jadwiga do linii brzmiała słodko. „Tym razem mam nadzieję, dłużej pobędziecie? Bożenna! Czemu milczysz?”
„Sto lat jeszcze raz, Pani Jadwigo! Jak tylko Marek i ja ustalimy szczegóły, zaraz dzwonimy” — wyrzuciła z siebie Bożenna, rozłączając się błyskawicznie.
Choć teściowa emanowała uprzejmością, Bożennę ogarnęło nieodparte pragnienie, by uciec od tej rozmowy. Wakacje, na które czekała miesiącami, miały być spędzone na działce teściów. Milion miejsc w Polsce czekało: morze, góry, jeziora… ale Marek, wierny zasadzie „rodziców szanuj i odwiedzaj”, nie dopuszczał dyskusji.
* * *
„Dzieci zapomną, iż mają drugich dziadków w Krakowie” — upierał się Marek później.
Bożenna westchnęła: „A czyś zauważył, iż te wizyty służą tylko tobie? Twoja matka pyta wyłącznie o zdjęcia dzieci, by pochwalić się sąsiadkom. Ani słowa, jak się czują, czy chore”.
„Komunikujecie się zdalnie! Gdybyśmy mieszkali bliżej…”
„Moja matka, Danuta, mieszka w Łodzi, a pędzi tu na każde skinienie — jak Kowalski z Kaczorem Donaldem! I spędza z chłopcami czas: piłka, rower, chowanego… Kocha ich.”
Marek przetarł czoło: „Ludzie są różni. Mamusia jest starsza, stateczna. Mam nie jeździć?”
„Nie czujemy się tam dobrze. Jak w tym przysłowiu: *Miękko ścielą, twardo śpisz*. Idźmy… Ale bądź uważny na wszystko.”
* * *
Przez dni Bożenna pakowała bagaże dla pięciu osób, Marek zaś chodził ponury jak noc listopadowa. Podczas jazdy do Krakowa Bożenna śpiewała z chłopcami, choć w duszy drżała. Latami znosiła zaczepki teściowej, zawsze uśmiechnięta. ale gdy Jadwiga wypomniała przy progu: „Po co tyle walizek? Marek znów schudł — źle go karmisz?”, Bożenna odpowiedziała głośno:
„Ojciec też chudy — spójrz na Stanisława! Ubrania? Trójka chłopców brudzi się w sadzie. Chcecie, by chodzili brudni?”
Jadwiga oniemiała. Marek, znoszący torby, usłyszał każde słowo.
Przy obiedzie dziadek Stanisław rzucił: „Gdzie psotniki? Pewnie już potłukli wazon!”
„Nic nigdy nie zniszczyli, proszę nie wymyślać” — warknęła Bożenna.
Teściowa gdercyła: „Kuba, siedź prosto! Dominiku, nie wierć się! Kacprze, nie rozlewaj!”
„Dziecko to nie żołnierz na defiladzie” — Bożenna uniosła głowę.
Gdy sięgnęła po chochlę do schabowych, Jadwiga eksplodowała:
„Do zupy służy! Gospodyni z ciebie licha! Jak Marek z tobą wytrzymuje? Rąk do moich garnków nie przykładaj!”
„To więzienie? Głodzić mamy dzieci?” — syknęła Bożenna.
„Szczekunko jedna!”
„Dosyć!” — Marek uderzył pięścią w stół. „Po co nas zapraszasz, skoro jesteśmy udręką? Kochasz te wnuki? Bo nikt by nie zgadł.”
Wskazał na dziadków, ob
Ola przytuliła w milczeniu młodsze dzieci, patrząc w oczy Wojtkowi, który prowadził auto przez malowniczy mazowiecki krajobraz, i czuła się wreszcie bezpieczna i wolna, unosiła się na falach zrozumienia jak na falujących pojeziernych wodach, wiedząc, iż prawdziwy odpoczynek dopiero się rozpoczyna, teraz.