Miś Fąfel i pusta miska przy siedemnastce

polregion.pl 2 godzin temu

Nazywam się Tadeusz Wróbel, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez trzydzieści osiem pracowałem jako ślusarz w Zakładach Naprawy Taboru w Ostrowcu Świętokrzyskim. Piszę to, bo sąsiadka z klatki, pani Halina, powiedziała mi kiedyś, iż jestem "za miękki jak na faceta po budowie". Może i tak. Ale odkąd zabrałem tego psa ze schroniska przy ulicy Sandomierskiej, coś się we mnie poprzestawiało.

Przyszedłem tam we wtorek, bo akurat mieli dzień otwarty i pachniało jak zawsze mokrą sierścią i chlorem. Wolontariuszka, dziewczyna w za dużej kurtce, otworzyła klatkę numer siedemnaście. Pies nie wyskoczył, nie merdał ogonem jak inne. Wyszedł krok za krokiem, głowę trzymał nisko, a w pysku niósł coś brązowego, sfilcowanego, z jednym uchem odgryzionym do połowy. Miś. Stary pluszak, cuchnący wilgocią budy.

— On go nigdy nie puszcza — powiedziała dziewczyna. — choćby jak je, kładzie go obok miski.

Zapytałem, skąd on się w ogóle wziął. Powiedziała, iż znalazł go leśniczy pod Bałtowem, przywiązanego drutem do płotu, obok pustej puszki po pasztecie. Nikt się nie zgłosił. Nazwali go Fąfel, bo ktoś z personelu tak zawołał żartem i tak zostało.

Zabrałem go do domu w piątek, dwudziestego czwartego lipca. Zapłaciłem sto dwadzieścia złotych za czipowanie i odrobaczenie, resztę schronisko odpuściło, bo miał już swoje lata — jakieś siedem, ośmiuletni kundelek, brązowy, z jednym stojącym uchem.

Pierwszej nocy nie spał w budzie, którą mu kupiłem za sześćdziesiąt pięć złotych w markecie na Denkowskiej. Wcisnął się pod stół w kuchni, między nogi krzesła, i tam leżał z tym swoim misiem przyciśniętym do brzucha. Telewizor miałem włączony cicho, bo akurat leciały wiadomości, i kiedy spiker za mocno podniósł głos przy jakimś reportażu o powodzi, Fąfel zerwał się i uderzył łbem o blat stołu. Ja też się wtedy wystraszyłem, bo nie spodziewałem się takiego łomotu w środku nocy.

Od tamtej pory ściszam telewizor do minimum, choćby mecze oglądam prawie bez dźwięku, co mojemu synowi z Krakowa wydaje się absurdalne, ale on nie widział, jak ten pies reaguje na trzaśnięcie drzwiami od szafy.

W nocy, koło trzeciej, czasem zaczyna skomleć przez sen, cicho, jakby coś w nim samo nie chciało się wybudzić do końca. Wtedy wstaję, idę boso po zimnej podłodze w kuchni — mieszkanie mam stare, z dwudziestego trzeciego roku, kaflowe, więc chłodno tam choćby latem — i siadam obok niego na dywaniku. On budzi się powoli, węszy, aż w końcu przysuwa łeb do mojej łydki. Nie merda ogonem od razu. Najpierw sprawdza, czy naprawdę tam jestem, dopiero potem się rozluźnia.

Sąsiad z dołu, pan Edward, na początku się skarżył, iż pies skomle w nocy i słychać przez strop. Przyszedł kiedyś z pretensjami, stanął w progu z reklamówką pełną zakupów z Biedronki i powiedział, iż jak się nie uspokoi, to zgłosi do spółdzielni. Zaprosiłem go do środka, pokazałem tego misia leżącego przy misce. Popatrzył, nic nie powiedział, tylko podrapał się po karku i wyszedł. Tydzień później przyniósł kawałek kiełbasy "dla tego twojego nieszczęśnika" i już nigdy więcej nie wspominał o zgłoszeniu.

Zabrałem Fąfla do weterynarza przy Iłżeckiej, do doktor Zającowej, bo kulał na przednią łapę. Prześwietlenie kosztowało sto osiemdziesiąt złotych, okazało się, iż ma stare, źle zrośnięte złamanie — sprzed lat, nikt go wtedy nie leczył, samo się zrosło krzywo. Doktor powiedziała, iż będzie kuleć już zawsze, ale nie boli go to na co dzień, tylko przy zmianie pogody.

Minęły dwa miesiące. We wrześniu, gdy zaczęły się pierwsze chłodne poranki i mgła nad Kamienną, zauważyłem, iż Fąfel pierwszy raz sam podszedł do drzwi wejściowych, kiedy wróciłem z zakupów, i machnął ogonem, zanim jeszcze zdjąłem buty. Wcześniej zawsze czekał, aż to ja podejdę do niego. Teraz to on przyszedł pierwszy.

Miś przez cały czas leży przy jego misce. Ucho ma teraz zszyte grubą nicią — sam to zrobiłem wieczorem, przy stole, igłą do guzików, bo się rozłaziło do reszty. Nie wyrzuciłem go i nie zamierzam. Niech leży, dopóki Fąfel sam nie zdecyduje, iż już go nie potrzebuje.

Wczoraj, w środę, pierwszy raz od dwóch miesięcy zasnął na wznak, łapy do góry, miś leżał obok, nietknięty przez całą noc. Rano zastałem go tak samego, bez żadnego skomlenia. Usiadłem przy nim z kubkiem herbaty i patrzyłem, jak oddycha spokojnie, a za oknem sąsiadka wieszała pranie i gdzieś dalej szczekał inny pies. Nie obudziłem go. Po prostu zostawiłem drzwi od kuchni uchylone, żeby słyszał, iż jestem, i poszedłem zrobić mu śniadanie.

Idź do oryginalnego materiału