Mogłam wiedzieć, iż tak będzie

newskey24.com 1 dzień temu

Autobus trząsł się na wybojach. Kierowca mruczał przekleństwa, mijając kałuże. W środku siedziało niewielu ludzi.

Był dzień roboczy.

Marek patrzył przez okno na brudny, oszroniały śnieg. Lato już niedaleko, pomyślał. Autobus skoczył na dziurze.

— Tak bez kół zostanę — mruknął kierowca.

W oddali pojawił się płot cmentarza. Za nim rzędy nagrobków.

Marka zawsze ogarniał smutek w tym miejscu. Myśl o własnej śmierci wydawała mu się odległa.

Nie przychodził tu z potrzeby serca. Przychodził z obowiązku.

Westchnął głośno, zawstydzony własnymi myślami.

Autobus zatrzymał się przy bramie. Ludzie wysiedli, kierując się do straganów z kwiatami.

Marek szukał żywych kwiatów. Sztuczne, jaskrawe, raziły oczy.

Zobaczył kobietę z wiadrem czerwonych goździków. Kupił cztery.

Ścieżki na cmentarzu tonęły w błocie. Pod śniegiem chlupała woda.

Pożałował starych butów zimowych.

Doszedł do skraju lasu, skręcił w lewo. Grób żony poznał po krzyżu.

Trzeba postawić nagrobek, pomyślał. Może syn zrobi jeden dla obojga?

Przestąpił niski płotek grobu. Śnieg zapadał się pod butami.

— Cześć, Lidka — powiedział cicho.

Z fotografii uśmiechała się do niego żona. Miała na zdjęciu trzydzieści sześć lat.

Przypomniał sobie te urodziny. Kupił jej złote kolczyki.

Włożyła je od razu, śmiejąc się radośnie. Zrobił wtedy to zdjęcie.

— Sto lat, Lidziu. Dziś miałabyś pięćdziesiąt sześć — szepnął.

Grób pokrywały sztuczne kwiaty. Nie więdły, nie bladły od mrozu.

Wyjął spod śniegu gałązkę żółtych kwiatów. Na jej miejsce wsadził goździki.

Ziemia była zmarznięta. Łodygi nie chciały się wbić.

Goździki wyglądały skromnie przy sztucznych. Ale żyły.

— Tęsknię za tobą. Nie mogę tu często przychodzić.

— Wybacz mi. To ja powinienem tu leżeć, nie ty.

Mówił długo, patrząc na zdjęcie. Nogi mu zdrętwiały od chłodu.

Tylko wrony krakały w ciszy. Robiło się od tego jeszcze smutniej.

— Idę już. Przemokłem w tych starych butach.

— Przyjdę po Wielkanocy. Posprzątam, przyniosę nowe zdjęcie.

Odwrócił się i poszedł do wyjścia, nie patrząc za siebie.

Na przystanku czekało już kilka osób. Palce u nóg zupełnie zdrętwiały.

W domu ściągnął mokre skarpety z trudem. Zagotował wodę na herbatę z miodem.

Wypił dwie szklanki, włożył suche skarpety. Włączył telewizor, usiadł na kanapie.

Gdzieś leciał jakiś film. Zaczął przysypiać.

***

Asia przyszła na budowę po technikum. Młoda, wielkooka, z piegami na nosie.

Jej uśmiech był jak słońce po deszczu. Marek nie mógł oderwać od niej wzroku.

Miał żonę. Miał syna w trzeciej klasie.

Co miał zrobić? Zagadnąć, czy udawać, iż nie widzi?

Pewnego grudniowego wieczoru spotkali się na przystanku. Asia otuliła się kołnierzem płaszcza.

Marek wsiadł do autobusu, usiadł przy niej.

— Cześć, Asia. Do domu? — zapytał.

— Tak. A ty?

— Ja też. — Zawahał się. — Choinkę już postawiłaś?

— Nie. Tata zawsze kupował żywą. Stała na balkonie.

— Trzydziestego grudnia ubieraliśmy ją razem. Ten zapach w domu!

— Dziś jest trzydziesty grudnia — powiedział Marek. — Masz choinkę na balkonie?

Asia roześmiała się głośno. Serce Marka podskoczyło.

— Rodzice daleko…

Mógł wiedzieć, iż to się tak skończy.

Idź do oryginalnego materiału