Na moje 73. urodziny dzieci wyręczyły mnie z robienia zakupów. Nie chcąc tego, odebrały mi kawałek mojego życia społecznego.
Z okazji moich siedemdziesiątych trzecich urodzin moje dzieci zorganizowały dla mnie coś, co miało być wspaniałym ułatwieniem: zamówiły i opłaciły cotygodniowe dostawy artykułów spożywczych prosto do domu. Zrobiły to, ponieważ myślały, iż w moim wieku chodzenie do sklepu, przeciskanie się między półkami i noszenie siatek stało się dla mnie zbyt wielkim ciężarem. Podziękowałam im z całego serca, bo wiedziałam, iż kryła się za tym ogromna troska i miłość. Ale była jedna rzecz, o której nie miały pojęcia: dla mnie, w moim wieku, chodzenie na zakupy wcale nie było ciężarem. Było często jedynym powodem, jaki miałam, żeby się rano ubrana, wyjść z domu i spędzić trochę czasu wśród ludzi.
Mieszkam sama w Krakowie, na starym Podgórzu, odkąd pięć lat temu zmarł mój mąż Stanisław. Moje dwie latorośle mają swoje własne, niezwykle intensywne życie. Córka Ania pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, a syn Michał jest inżynierem i ciągle kursuje między budowami. Widujemy się dosyć regularnie, zwłaszcza w niedziele na obiadach, ale w tygodniu każdy goni za swoimi sprawami.
Ja od zawsze robiłam zakupy na piechotę. Mam blisko: mały osiedlowy sklepik jest jakieś dziesięć minut drogi od kamienicy, na rogu działa przemiły warzywniak pana Tadka, a kawałek dalej znajduje się piekarnia, w której kupuję świeży chleb prawie codziennie. Od lat chodzę ze swoim czerwonym wózkiem na kółkach. To był genialny zakup – dzięki niemu nie muszę dźwigać ciężkich siatek w dłoniach i oszczędzam kręgosłup.
Ale wyjście na zakupy to nigdy nie było dla mnie po prostu „kupowanie jedzenia”. To był cały rytuał. Wstawałam, brałam prysznic, układałam włosy, zakładałam kolczyki i wychodziłam na zewnątrz. Czasami robiłam dłuższą rundkę przez park. W warzywniaku gadałam z panem Tadkiem o pomidorach i o tym, czy śliwki są już słodkie. W sklepiku kasjerka, pani Maria, zawsze pytała mnie o wnuki. A gdy była ładna pogoda, siadałam na ławce i piłam małą kawę z tekturowego kubka, zanim wróciłam do mojego cichego mieszkania.
Dla moich dzieci to wszystko mieściło się jednak w jednym pojęciu: „męczący obowiązek”.
W dzień urodzin przyszli do mnie z tortem, bukietem kwiatów i prezentami. Zrobiłam pieczonego kurczaka z ziemniakami, zjedliśmy razem i jak zwykle sprzeczaliśmy się o to, kto ma zabrać ze sobą pojemniki z resztkami.
Wtedy Ania uśmiechnęła się i powiedziała, iż mają dla mnie jeszcze niespodziankę.
Założyły dla mnie stałe zlecenie na dostawy żywności z aplikacji internetowej. W każdy czwartek kurier miał przynosić pod same drzwi mleko, wodę, świeże owoce, warzywa, ser i podstawowe produkty. Oni mogli zmieniać listę zakupów ze swoich telefonów.
„Żebyś już nie musiała niczego dźwigać, mamo. Wszystko wniosą ci do kuchni” – powiedział z dumą Michał.
Wzruszyłam się. Ostatnio faktycznie narzekałam, iż zgrzewki z wodą mineralną robią się dla mnie za ciężkie, i oni to zapamiętali. Podziękowałam im gorąco, ze łzami w oczach. Zrobili to z najczystszej miłości.
W pierwszy czwartek przyjechał młody chłopak z kilkoma kartonami. Wniósł wszystko do kuchni, położył na blacie, życzył miłego dnia i pobiegł dalej. Poukładałam mleko, mąkę, kasze i owoce. Było to niezwykle wygodne.
W piątek rano wstałam, otworzyłam lodówkę i zdałam sobie sprawę, iż niczego mi nie brakuje.
Pomyślałam, iż przejdę się chociaż po świeży chleb, ale w chlebaku miałam jeszcze pół bochenka z poprzedniego dnia.
I zostałam w domu.
W sobotę było to samo. Jedzenia miałam pod dostatkiem na parę dni. Uporządkowałam szafę, wstawiłam pranie i obejrzałam jakiś program w telewizji. Kiedy spojrzałam na zegarek, była prawie piąta po południu, a ja przez cały dzień nie zamieniłam ani jednego słowa z żadnym człowiekiem.
I wtedy dotarło do mnie, co tak naprawdę zaczęło mnie uwierać.
Moje dzieci usunęły z mojego życia zadanie, które uważały za uciążliwe. Ale to zadanie było moim jedynym pretekstem, żeby wyjść do świata. Było moją kotwicą.
Nie chciałam im od razu nic mówić. Głupio mi było. Jak mogłabym narzekać na to, iż dzieci tak bardzo ułatwiają mi życie? Przecież wielu starszych ludzi dałoby wszystko za taką opiekę!
W kolejnym tygodniu Ania zadzwoniła, żeby zapytać, czy nie trzeba czegoś dokupić do zamówienia.
Zatrzymałam się na chwilę i powiedziała cicho: „Aniu… ja bym chciała zrezygnować z tych dostaw.”
W słuchawce zapadła cisza.
„Jak to, mamo? Niezadowolona jesteś? Przywieźli coś nieświeżego?” – pytała przejęta.
Wyjaśniłam jej, iż wszystko było doskonałej jakości i iż chłopak był bardzo uprzejmy. Ale iż ja wolę chodzić do sklepu sama.
„Ale mamo, po co masz ciągnąć ten czerwony wózek po chodnikach, skoro wszystko możesz mieć w domu?”
I wtedy wyrwało się ze mnie zdanie, które nosiłam w sobie od kilku dni:
„Bo Aniu, ten czerwony wózek to czasem jedyna rzecz, która zmusza mnie do wyjścia z domu.”
Po drugiej stronie zapadło długie, poruszone milczenie.
Opowiedziałam jej o wszystkim. Powiedziałam jej, iż dla mnie zakupy to nie jest kwestia kupienia jajek czy pomidorów. To kwestia ubrania się rano zamiast chodzenia do południa w szlafroku. To dwadzieścia minut spaceru. To ukłon dla sąsiada, rozmowa z panem Tadkiem o pogodzie, uśmiech ekspedientki. To poczucie, iż wciąż jestem częścią świata.
Nie chciałam budzić w niej litości. W gruncie rzeczy było mi trochę wstyd przyznać, iż w niektóre dni ta wyprawa po bułki i włoszczyznę stanowiła całe moje życie towarzyskie.
Głos Ani zmienił się, stał się miękki i ciepły. „Mamo… ja w ogóle o tym w ten sposób nie pomyślałam.”
To nie była jej wina. Kiedy masz pracę, dom, dzieci i tysiące spraw na głowie, robienie zakupów jest po prostu kolejnym obciążeniem, z którego człowiek chętnie by się zwolnił. Ale mając 73 lata i mieszkając samemu, mały obowiązek może być jedynym szkieletem, na którym trzyma się cały dzień.
Ostatecznie ustaliłyśmy kompromis. Nie zrezygnowałyśmy z usługi całkowicie. Zostawiłyśmy jedno małe zamówienie w miesiącu – na zgrzewki wody, mleko, mąkę i ciężkie środki czystości. Całą resztę kupuję sama.
Dziś znowu codziennie rano wyruszam z moim czerwonym wózkiem. Są dni, kiedy nie mam nastroju, robię zakupy gwałtownie i wracam. Ale są też takie, kiedy spotykam sąsiadkę i kończy się na wspólnej kawie.
Parę dni temu Ania poszła ze mną na zakupy w sobotni poranek. Zanim dotarłyśmy do sklepiku, zatrzymałam się trzy razy: raz, żeby zamienić słowo z panią Jadzią z pierwszego piętra, drugi raz przy piekarni, a za trzecim razem pan Tadek zawołał mnie z progu swojego warzywniaka, bo miał dla mnie wyjątkowo ładną natkę pietruszki.
Gdy wracałyśmy, Ania objęła mnie i powiedziała ze śmiechem: „Teraz wreszcie rozumiem, dlaczego kupienie czterech rzeczy zajmuje ci całą godzinę.”
Uśmiechnęłam się też.
Moje dzieci chciały ułatwić mi życie. I udało im się to dopiero wtedy, gdy zrozumiały, iż pomagać to nie znaczy odbierać komuś wszystkie małe obowiązki, ale pozwolić mu zachować te, które dają mu poczucie, iż wciąż żyje wśród ludzi.












