Zadzwoniłem do mamy o drugiej w nocy i powiedziałem tylko: „Nie wiem, dokąd mam pójść”. Nie zapytała, co zrobiłem. Poprosiła o adres.
Miałem dwadzieścia osiem lat i od kilku miesięcy zapewniałem wszystkich, iż świetnie sobie radzę we Wrocławiu.
Na zdjęciach rzeczywiście tak wyglądało. Nowa praca, restauracje, uśmiechnięta dziewczyna obok mnie.
Nie pokazywałem niezapłaconych rachunków ani wiadomości z banku. Nie mówiłem, iż firma ograniczyła mi godziny pracy i od dawna pożyczam pieniądze na czynsz.
Kiedy związek się skończył, przez kilka dni spałem u kolegi. Potem powiedział, iż przyjeżdża do niego rodzina.
Tamtej nocy siedziałem na przystanku z torbą sportową między nogami. Przeglądałem kontakty w telefonie, ale przy każdym nazwisku znajdowałem powód, żeby nie dzwonić.
W końcu wybrałem numer mamy.
— Obudziłem cię?
— Co się stało?
— Mamo… Nie mam gdzie spać.
Usłyszałem szelest pościeli.
— Gdzie jesteś?
Przyjechała taksówką. Wysiadła w kurtce narzuconej na sweter i od razu mnie objęła. Dopiero wtedy zauważyłem, iż na dwóch różnych nogach ma dwie różne skarpetki.
— Tak gwałtownie się ubierałaś? — zapytałem.
— A ty myślisz, iż o tej porze dobieram kolory?
Zaśmiałem się pierwszy raz od wielu dni.
W domu zrobiła herbatę. Usiadłem przy stole.
— Przepraszam, iż cię okłamywałem.
— Jutro mi opowiesz — powiedziała. — Dzisiaj się wyśpij.
Następnego dnia opowiedziałem wszystko. Mama nie rozwiązała za mnie problemów. Siedziała obok, kiedy spisywałem długi i dzwoniłem, żeby ustalić terminy spłat. Pomogła mi zaplanować najbliższy miesiąc.
Kilka lat później sama zadzwoniła wieczorem. Zepsuła jej się pralka i woda zalała łazienkę.
— Nie przyjeżdżaj, poradzę sobie — zaczęła.
Już wkładałem buty.
— Mamo, podaj tylko, czy mam zabrać wiadro.











