Pięć dni po cesarce, czterysta tysięcy złotych i jeden telefon

newsempire24.com 2 dni temu

Kasia Wrońska liczyła stopnie przed szpitalem na Banacha we Wrocławiu, bo tylko to jeszcze dawało radę ogarnąć jej umysł. Osiem stopni w dół, potem chodnik, potem przystanek. Szew na brzuchu ciągnął przy każdym kroku, a mały Antoś spał jej na piersi, zawinięty w kocyk, który jeszcze pachniał szpitalnym praniem.

W dłoni ściskała pięćdziesiąt złotych.

Dał jej je mąż, Robert, dwadzieścia minut wcześniej, przy wyjściu z oddziału położniczego.

— Na bilet i taksówkę ci wystarczy — powiedział, wpatrzony gdzieś w ekran telefonu. — My z mamą i tatą musimy jechać, zarezerwowali stolik w Vinnej na pierwszą.

Kasia stała wtedy oparta o framugę drzwi, bo samodzielnie prosto jeszcze nie potrafiła. Pięć dni wcześniej lekarze otworzyli jej brzuch, bo dziecko zaczęło się dusić — cesarskie cięcie w trybie pilnym, dwie godziny na stole, później gorączka, kroplówka, ledwo chodziła do łazienki o własnych siłach.

— Robert, ja ledwo stoję. Zobacz, jak idę.

— Twoja siostra po porodzie chodziła normalnie już drugiego dnia — wtrąciła się teściowa, Grażyna, poprawiając pasek od torebki Louis Vuitton, którą Kasia kupiła jej w zeszłe urodziny. — Kobiety rodziły w polu i wracały do pracy. Nie przesadzaj.

Szwagierka Marta tylko wzruszyła ramionami, teść Zenon już otwierał drzwi ich czarnego BMW X5 — prezentu, który ojciec Kasi podarował młodym na ślub trzy lata temu. Drzwi trzasnęły, silnik zawarczał, auto odjechało w stronę centrum.

Nikt nie zapytał, jak się czuje.

Nikt nie zajrzał do wózka.

Nikt nie zaproponował, iż podrzuci ją choćby do najbliższego postoju taksówek.

Kasia wsiadła do autobusu linii 145, usiadła z tyłu, przytrzymując się poręczy, żeby nie szarpnęło przy hamowaniu. Antoś spał, nieświadomy niczego. Na przystanku wsiadła kobieta z dwoma siatkami z Biedronki i usiadła tuż przy nich. Popatrzyła na dziecko, potem na samą Kasię, bladą, zgiętą w pół, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć — i zamiast tego wyjęła z siatki jabłko, przełożyła je z ręki do ręki, w końcu odłożyła z powrotem i odwróciła się do okna. Autobus szarpnął na wyboistej Grabiszyńskiej i Kasia wciągnęła powietrze przez zęby, czując, jak nitki szwu ciągną przy każdym wstrząsie.

Na skrzyżowaniu z Hallera autobus stanął na czerwonym świetle. Obok, w sąsiednim pasie, zatrzymało się czarne BMW.

Przez przyciemnioną szybę Kasia zobaczyła Roberta. Śmiał się z czegoś, co mówiła matka z tylnego siedzenia. Nikt z nich nie odwrócił głowy w stronę autobusu.

Kasia wyjęła telefon. Zacisnęła go tak mocno, iż paznokcie zbielały jej na obudowie, i zadzwoniła do jedynej osoby, której nigdy nie chciała obciążać swoimi problemami.

Do ojca.

— Tato. — Głos jej się łamał, bo akurat zabolał szew, bo akurat kobieta z siatkami wciąż na nią zerkała. — Robert odesłał mnie autobusem ze szpitala, pięć dni po cesarce, żeby zdążyć na obiad z rodzicami. Odchodzę od niego. Nie wrócę.

Po drugiej stronie cisza trwała chwilę dłużej, niż powinna. Potem głos ojca, Stanisława, zabrzmiał inaczej, niż go znała — bez tej zwykłej łagodności, z którą zawsze do niej mówił.

— Powiedz, gdzie jesteś. Zaraz po was przyjadę.

Pierwszy telefon się nie połączył. Odpowiedziała raz, drugi — numer był zajęty, ojciec akurat rozmawiał z klientem — i Kasia stała na przystanku z dzieckiem, aż wreszcie się połączyło.

*

Stanisław Wroński przyjechał pod przystanek na placu Grunwaldzkim własnym autem, owinął wnuka w koc, który trzymał w bagażniku na wszelki wypadek, i zawiózł córkę do siebie, na Krzyki. Tam, w swoim mieszkaniu, zrobił jej herbatę, ułożył na kanapie poduszki pod plecami i przez trzy dni nie zadawał żadnych pytań poza jednym: czego potrzebujesz.

Dopiero czwartego dnia, kiedy Kasia poczuła się na tyle silna, żeby usiąść przy stole, ojciec wyjął z szuflady teczkę.

— Musimy porozmawiać o firmie — powiedział.

Firma, o której mówił, to był warsztat samochodowy przy ulicy Legnickiej, który Stanisław prowadził od dwudziestu dwóch lat, a trzy lata temu — jako prezent ślubny dla córki i zięcia — przepisał połowę udziałów na Roberta. Robert miał tam swój gabinet na piętrze, podpisywał faktury, czasem jeździł po części. Ile adekwatnie — tego Kasia nigdy do końca nie wiedziała, bo mąż mówił o warsztacie mało, a ojciec jeszcze mniej.

— Chcę sprawdzić, czy mogę wycofać jego udziały — powiedział Stanisław, kładąc dłoń na teczce, ale nie otwierając jej jeszcze. — Umowa spółki powinna mieć klauzulę na taki wypadek. Muszę to przejrzeć z prawnikiem, bo sam już nie pamiętam dokładnie, jak to zapisaliśmy.

— To czterysta tysięcy złotych udziałów, tato. Robert się nie zgodzi tak po prostu.

— Nie wiem jeszcze, czy się zgodzi, czy będzie musiał — odparł ojciec. — Mecenas Dudek mówił mi dziś przez telefon, iż jeżeli klauzula jest sformułowana tak, jak powinna, to to kwestia czasu, nie zgody. Tylko iż nic w sądzie nie dzieje się szybko, Kasiu. Przygotuj się, iż to może potrwać miesiące.

*

Trzy tygodnie później Robert zjawił się pod drzwiami mieszkania na Krzykach. O żadnej klauzuli jeszcze nic nie wiedział — wiedział tylko, iż żona nie odbiera telefonu, a w warsztacie księgowa przez telefon powiedziała mu sucho, iż do wyjaśnienia sprawy nie ma dostępu do konta firmowego.

Kasia otworzyła mu drzwi z Antosiem na rękach, bo nie miała gdzie go odłożyć — akurat się budził.

— Co ty wyprawiasz? — zapytał, nie wchodząc do środka, bo nowy zamek w drzwiach nie pasował już do jego klucza. Szarpnął nim jeszcze raz, jakby to miało coś zmienić. — Dzwonię do warsztatu, a tam mówią, iż nie mam dostępu do konta.

— Bo tato złożył wniosek do sądu. Przez to konto jest tymczasowo zablokowane — odpowiedziała. Antoś zaczął popłakiwać i musiała go kołysać, więc mówiła przez to kołysanie, trochę bez tchu. — Mecenas pisał coś o klauzuli w umowie spółki. Nie wiem, czy to przejdzie. Zobaczymy.

— To ja tam pracowałem trzy lata! — Robert zrobił krok w stronę drzwi, choć nie mógł przez nie przejść. — Podpisywałem wszystkie faktury od dwudziestego pierwszego, ty to wiesz. Nie możecie mi tego tak po prostu zabrać.

— Podpisywałeś faktury, Robert. — Antoś ucichł, a Kasia poczuła, jak szew znów zaczyna ciągnąć, bo stała w jednej pozycji za długo. — Nie wiem, co jeszcze robiłeś tam przez te trzy lata, bo nigdy mi nie mówiłeś. Wiem tylko, co zrobiłeś pięć dni po cesarce. Dałeś mi pięćdziesiąt złotych. Na autobus.

Robert otworzył usta, ale nie znalazł nic, co mógłby jeszcze powiedzieć.

— Zadzwoń do adwokata, jeżeli chcesz się kłócić o pieniądze — powiedziała Kasia. — Ja mam synka, który nie spał całą noc.

Zamknęła drzwi. Z klatki schodowej dobiegł jeszcze szczęk — Robert raz, potem drugi raz wsuwał klucz, który nie wchodził do zamka, aż w końcu usłyszała jego kroki na schodach, coraz dalej, i trzask drzwi wejściowych na dole.

Antoś zapłakał na dobre, głośno, tak jak płaczą noworodki, kiedy czegoś potrzebują i nie umieją powiedzieć czego. Kasia usiadła na kanapie, rozpięła bluzkę i przyłożyła go do siebie, czując przy tym ten znany już ciągnący ból w dole brzucha. Za oknem, na ulicy, zapaliła silnik czarna BMW — to, czy już wtedy, czy nie, miało wrócić do ojca, jeszcze nie było jasne; prawnik mówił, iż sąd może to rozstrzygnąć, a może kazać wycenić i rozliczyć inaczej, nikt tego jeszcze nie wiedział na pewno.

Kasia nie myślała teraz o samochodzie. Myślała o tym, iż syn jest głodny, iż ona też nie jadła od rana, i iż na stole w kuchni wciąż leży nieodebrany telefon, na którym mecenas Dudek nagrał się z pytaniem, czy może przyjść w czwartek, żeby podpisać pierwsze dokumenty.

Idź do oryginalnego materiału