Kiedy byłem w liceum, potrafiłem godzinami wymyślać powody, żeby przejść obok sali B na drugim piętrze, gdzie miała lekcje polskiego klasa obok. Nie znałem tej dziewczyny. Nigdy z nią nie rozmawiałem. Ale zapamiętałem, iż nosiła zawsze ten sam plecak w kolorze khaki i iż siadała przy oknie, trzecia ławka od tablicy.
Nazywam się Mikołaj, mam trzydzieści cztery lata, jestem inżynierem budownictwa. Mieszkałem wtedy w Radomiu, uczyłem się w tym samym liceum co ona, tylko rok wyżej. Ona nazywała się Weronika. Nigdy jej tego nie powiedziałem, ale gapiłem się na nią przez całe dwa lata, głównie na przerwach, kiedy udawałem, iż idę do automatu z kawą, żeby przejść obok jej klasy.
Koledzy z klasy wiedzieli. Śmiali się ze mnie, popychali mnie łokciem, gdy ją widzieli na korytarzu. Nigdy jednak nie podszedłem. Byłem przekonany, iż taka dziewczyna choćby nie zauważa chłopaka, który ledwo zdał z matematyki i jeździ starym rowerem po deszczu, bo tata zabrał samochód do pracy.
Zdałem maturę. Wyjechałem na studia do Wrocławia. Weronika, jak się później okazało, zdawała rok po mnie i wyjechała do Krakowa. Przez dziesięć lat nie miałem pojęcia, co się z nią dzieje. Miałem swoje związki, jeden trwał prawie cztery lata, skończył się, gdy dostałem pracę w innym mieście. Ona pewnie miała podobnie — nie wiedziałem i szczerze mówiąc, przestałem o niej myśleć. Życie toczyło się dalej, kredyt na mieszkanie, zmiana pracy, normalne sprawy.
We wrześniu zeszłego roku dostałem wiadomość na Messengerze od kogoś z komitetu organizacyjnego zjazdu absolwentów. Okazało się, iż organizatorzy postanowili połączyć dwa roczniki naraz — mój i ten o rok młodszy — bo dyrektor, który uczył oba te roczniki, przechodził akurat na emeryturę i chciał się pożegnać ze wszystkimi razem. Zjazd miał się odbyć w grudniu, w sali bankietowej dawnego hotelu przy rynku, tego samego, gdzie kiedyś odbywał się studniówkowy bal. Długo się wahałem. Praca, dziecko kolegi na chrzcinach tego samego weekendu, no i zwyczajna niechęć do oglądania ludzi, których nie widziałem piętnaście lat. Ale mój kumpel z ławki, Tomek, zadzwonił i powiedział, iż jak nie przyjadę, to mnie osobiście przyholuje.
Przyjechałem. Grudzień, na dworze minus trzy, na parkingu przy hotelu śnieg zdążył już zrobić się szary. W środku pachniało bigosem i za mocno rozpylonymi perfumami — ktoś zamówił catering na trzydzieści osób, choć przyszło pięćdziesiąt. Na stole stały świece w słoikach i sterta zdjęć klasowych wydrukowanych na kartce A4.
Zobaczyłem ją niemal od razu, przy barze, w czerwonym swetrze. Poznałem ją po tym, jak trzymała kieliszek — dwoma palcami za nóżkę, tak samo jak kiedyś trzymała długopis. Podszedłem, powiedziałem "cześć" i byłem gotów, iż na tym się skończy, iż kiwnie głową i wróci do rozmowy z koleżankami.
Zamiast tego spytała, gdzie się podziewałem te wszystkie lata. Rozmawialiśmy chyba do drugiej w nocy, aż obsługa zaczęła zbierać krzesła wokół nas. W pewnym momencie powiedziała: "Po maturze po prostu zniknąłeś." Roześmiałem się, bo pomyślałem: jak mogłem zniknąć z jej życia, skoro nigdy tam nie wszedłem?
Następnego dnia napisałem do niej rano, jeszcze zanim wyszedłem z domu. Od tej pory pisaliśmy codziennie. Miesiąc później pojechałem do Krakowa na pierwszą prawdziwą randkę — kawiarnia na Kazimierzu, deszcz ze śniegiem, ona spóźniona dwadzieścia minut, bo tramwaj stanął przy Starowiślnej.
Wracałem tego wieczoru do hotelu sam, pociągiem, i przez całą drogę zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens. Sto sześćdziesiąt kilometrów, ona miała wtedy pracę w agencji reklamowej, ja właśnie zaczynałem projekt, który trzymał mnie w Radomiu do wieczora. Napisałem jej po powrocie, iż może lepiej zostańmy przy tym, co mieliśmy na zjeździe — miłe wspomnienie, bez zobowiązań. Odpisała dopiero następnego dnia, jedno zdanie: "Jeśli tak łatwo się poddajesz, to faktycznie może lepiej teraz, niż za rok." Nie spałem tej nocy. Rano zadzwoniłem i powiedziałem, iż się pomyliłem, iż to nie miało być o poddawaniu się, tylko o strachu, iż znowu spartaczę coś, na czym mi zależy. Umówiliśmy się, iż będziemy jeździć na zmianę, co dwa tygodnie, bez względu na to, jak bardzo będzie to niewygodne.
Kilka miesięcy później, gdy już mieliśmy się do siebie na tyle zaufania, powiedziała mi coś, czego się nie spodziewałem. Że przez całe liceum się we mnie podkochiwała. Patrzyłem na nią i zacząłem się śmiać — myślałem, iż sobie ze mnie żartuje. Wtedy dodała: "Ty też mi się podobałeś."
Nie uwierzyłem. Dopóki nie zaczęła wymieniać szczegółów, których nie mogła zmyślić. Gdzie siedziałem na akademii z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Że specjalnie zmieniała trasę na przerwie, żeby przejść obok mojej klasy. Że kilka razy próbowała wymyślić powód, żeby ze mną zagadać, ale zawsze kończyło się na "nie mam żadnych szans".
Siedzieliśmy wtedy w jej kuchni na Podgórzu, śmiejąc się i jednocześnie złoszcząc się, iż tyle lat obserwowaliśmy się z daleka i żadne z nas nie zrobiło kroku. Ja żyłem, studiowałem, kochałem inne kobiety. Ona miała swoje studia i swoich chłopaków. Może gdybyśmy zeszli się jako nastolatki, wytrzymalibyśmy pół roku i tyle. Tego się nigdy nie dowiemy.
Trzy lata po tamtym zjeździe wzięliśmy ślub — w kościele w Radomiu, tam gdzie ona chodziła do komunii. W tym roku obchodzimy piątą rocznicę. Mamy dwuletnie bliźniaki, Antosia i Franka, które trzymają cały dom w gotowości bojowej od szóstej rano, i oboje jesteśmy w nich kompletnie zakochani.
Do dziś kłócimy się, kto pierwszy powinien był podejść w liceum. Ona mówi: "Zawsze wyglądałeś, jakbyś chciał, żeby nikt się do ciebie nie odzywał." Ja odpowiadam: "A ty zawsze miałaś wokół siebie taką bandę koleżanek, iż nie dało się podejść."
Niedawno, sprzątając strych u jej rodziców, znaleźliśmy stare zdjęcie ze studniówki. Oboje jesteśmy na nim, każde w swojej grupce, po przeciwnych stronach sali. Zachowałem to zdjęcie — trzymam je teraz w portfelu, za kartą do biletów miesięcznych, których już od lat nie kupuję. Wyjąłem je wczoraj wieczorem, kiedy Franek wreszcie zasnął, przyjrzałem się dwóm nastolatkom po przeciwnych stronach sali i schowałem z powrotem między kwitki.












