„Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę” Jakuba Sobczyńskiego w MOLSKI gallery

magazynszum.pl 5 dni temu

Co sprawia, iż zatrzymujemy wzrok na czymś pozornie nieistotnym? Dlaczego zwykły stos pomarańczy pozostawiony na kuchennym blacie, sylwetka przyjaciela uchwycona mimochodem, światło odbijające się od witryny sklepowej czy chwila bezczynności na plaży potrafią zostać z nami dłużej niż wydarzenia, które wydają się znacznie ważniejsze?

Być może dlatego, iż nie pamiętamy samych zdarzeń. Pamiętamy sposób, w jaki zostały zobaczone.

Z tego doświadczenia rodzi się malarstwo Jakuba Sobczyńskiego. Nie interesują go wielkie narracje ani spektakularne tematy. Punktem wyjścia pozostaje codzienność – najbliższa, dobrze znana i pozornie zwyczajna, która okazuje się przestrzenią nieustannych odkryć.

Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober

Obrazy nie zaczynają się w pracowni. Ich początek znajduje się w codziennym rytmie miasta – podczas drogi do pracowni, spotkań z przyjaciółmi, zakupów czy zwykłych spacerów. To wtedy artysta sięga po aparat fotograficzny, zapisując sytuacje, które na chwilę przyciągają jego uwagę. Powstaje prywatne archiwum codzienności – pamiętnik zapisany obrazami zamiast słów.

Fotografia jest jednak dopiero początkiem. Rejestruje pierwszy impuls – moment, w którym zwyczajny fragment rzeczywistości domaga się ponownego spojrzenia. W pracowni obraz oddala się od fotografii i zaczyna żyć własnym życiem. Malarstwo nie służy wiernemu odtworzeniu świata, ale wydłużeniu chwili patrzenia. Tam, gdzie fotografia zatrzymuje ułamek sekundy, obraz otwiera przestrzeń uważnej obserwacji.

To właśnie w tym momencie fotografia przestaje być najważniejsza. Punktem ciężkości nie jest już zapis rzeczywistości, ale przekształcenie widzialnego w strukturę malarską. Sobczyński nie maluje przedmiotów — maluje moment, w którym przestają być rozpoznawane jako rzeczy, a zaczynają funkcjonować jako układy koloru, światła i materii.

Każda warstwa farby staje się próbą ponownego przyjrzenia się temu samemu motywowi. Widoczne pociągnięcia pędzla, gęstość farby i przenikające się plamy kolorów przypominają, iż obraz nie jest mechanicznym zapisem rzeczywistości, ale śladem procesu – decyzji, wątpliwości i powrotów do tego, co wcześniej zobaczone. Malowanie staje się formą myślenia poprzez obraz. Kolor nabiera znaczenia dopiero w materii malarskiej, która nadaje mu ciężar, głębię i intensywność. Barwa nie wypełnia konturu – konstruuje przestrzeń obrazu.

Przedmioty nie znikają z obrazów Sobczyńskiego, zmienia się jednak sposób ich istnienia. Stół staje się układem płaszczyzn, korona drzewa rytmem zielonych plam, tłum ludzi pulsującą kompozycją barw, a stos pomarańczy – niemal abstrakcyjnym napięciem między światłem i materią. Obrazy nie opowiadają o świecie, ale pokazują, jak układa się on przed naszymi oczami, zanim zostanie nazwany.

To właśnie dlatego Warszawa nie jest dla Sobczyńskiego jedynie motywem, ale środowiskiem widzenia. Nie wychodzi z domu w poszukiwaniu tematu – pozwala, by miasto samo go podsuwało. Droga do pracowni, zakupy czy spotkania z przyjaciółmi stają się ćwiczeniem percepcji. W pozornej kakofonii ulic dostrzega rytm, porządek i kompozycję. Jest malarzem Warszawy nie dlatego, iż ją przedstawia, ale dlatego, iż działa wewnątrz jej codziennego pulsowania. Geometria budynków spotyka się tu z ruchem ludzi, światłem i cieniem, przypadkiem i kompozycją. Miasto staje się laboratorium widzenia.

Kiedy spojrzenie uwalnia się od rozpoznawania rzeczy, na pierwszy plan wysuwa się kolor. Codzienność przestaje być tematem, a staje się pretekstem do badania samego doświadczenia widzenia. Obraz nie prowadzi do jednoznacznej interpretacji – zatrzymuje odbiorcę w akcie patrzenia.

Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober
Jakub Sobczyński, „Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę”, widok wystawy, dzięki uprzejmości MOLSKI gallery; fot. Sonia Bober

Na płótnach Sobczyńskiego pojawiają się bliscy, przyjaciele, rodzinne wnętrza i wakacyjne podróże. Nie są to jednak portrety ani ilustracje wspomnień. To obrazy opowiadające o sposobie widzenia – o rzeczywistości, która za każdym razem układa się na nowo.

Pomarańcze powstały na podstawie fotografii wykonanej w kuchni rodzinnego domu artysty. Niedbale ułożony stos owoców, zarys czajnika i fragment ekspresu do kawy przywołują tradycję martwej natury, przenosząc ją do współczesnego wnętrza. Nie chodzi jednak o same przedmioty. To światło wydobywa ich materialność, a kolor buduje dramaturgię obrazu. Z codziennej sceny wyłaniają się spokój, ciepło i poczucie bliskości.

Podobną uważność odnaleźć można w obrazach inspirowanych pobytem artysty we Włoszech. Na plaży oraz Sabinka w sklepie z antykami nie opowiadają o podróży, ale o doświadczeniu dolce far niente – chwili, w której czas zwalnia, a spojrzenie odzyskuje intensywność. Także tutaj najważniejsze pozostają relacje światła, koloru i obecności człowieka.

Twórczość Sobczyńskiego nie jest próbą zatrzymania czasu ani nostalgicznym powrotem do przeszłości. Interesuje go teraźniejszość – migotliwa, zmienna i niejednoznaczna. Jak sam podkreśla, większe znaczenie niż motyw ma konstrukcja obrazu: napięcia między kolorami, rytm plam oraz nieustanne balansowanie na granicy figuracji i abstrakcji. W pozornym chaosie codzienności dostrzega układy istniejące zaledwie przez chwilę, którym malarstwo pozwala wybrzmieć dłużej.

W tym sposobie myślenia o obrazie łatwo dostrzec dialog z tradycją polskiego koloryzmu. Nie jest to jednak prosta kontynuacja. Tam, gdzie dla Jana Cybisa kolor był przede wszystkim autonomiczną wartością malarską, Sobczyński dochodzi do niego poprzez doświadczenie fotografii i współczesnej kultury obrazów. To właśnie napięcie między natychmiastowością fotografii a czasochłonnością malarstwa stanowi o oryginalności jego praktyki. Koloryzm staje się dla niego żywym językiem współczesnego malarstwa – sposobem mówienia o świecie przesyconym fotografią, ekranami i nieustannym przepływem obrazów. Tam, gdzie kultura wizualna przyspiesza, malarstwo odzyskuje czas potrzebny do uważnego patrzenia.

Jego obrazy nie konkurują z fotografią ani technologią. Nie próbują być szybsze ani bardziej efektowne. Proponują coś trudniejszego: zatrzymanie spojrzenia. Farba nie służy tu iluzji, ale pozostaje widoczna jako materia. Oko podąża za rytmem pociągnięć pędzla, pulsowaniem kolorów i napięciami budującymi kompozycję. Widz doświadcza nie tylko przedstawionej sceny, ale również samego procesu malowania.

Tytuł wystawy Sam sobie wybiorę, na którym krześle usiądę, zaczerpnięty z utworu Artysta z ASP zespołu Kacperczyk, można odczytać jako deklarację twórczej niezależności. Sobczyński nie poszukuje nowych tematów – szuka nowych sposobów widzenia tego, co znajduje się najbliżej. Wybór miejsca staje się metaforą wyboru perspektywy, a każda zmiana perspektywy prowadzi do innego obrazu.

Być może właśnie na tym polega siła malarstwa Jakuba Sobczyńskiego. Nie konstruuje alternatywnych światów ani nie odwraca uwagi od rzeczywistości. Przeciwnie – kieruje ją z powrotem ku temu, co codzienne i pozornie zwyczajne. Pokazuje, iż niezwykłość nie kryje się w wyjątkowych wydarzeniach, ale w sposobie patrzenia. Świat pozostaje ten sam. Zmienia się jedynie nasze spojrzenie.

Krzysztofa Kornacka

Idź do oryginalnego materiału