Mieszkam na parterze od dwudziestu lat i widzę wszystkich, którzy wchodzą i wychodzą z klatki. Znam ten blok lepiej niż własne dłonie – wiem, które drzwi skrzypią, kto wynosi śmieci po północy, komu nie płaci winda. I wiem też, jak łatwo przyczepić się do kogoś, kto się wyróżnia.
Tę kobietę z trzeciego piętra znałam z widzenia – Beata, księgowa, po czterdziestce, zawsze sama. Codziennie rano schodziła wyprostowana, jakby kij połknęła, w eleganckim płaszczu, z torebką, która kosztowała pewnie więcej niż moja emerytura za miesiąc. I prawie zawsze z kwiatami. Tulipany, czasem goździki, czasem te małe żółte stokrotki z kiosku na rogu Gdańskiej.
Z Krysią z drugiego piętra i Halinką z czwartego gadałyśmy o niej na ławce przy śmietniku, bo to było nasze miejsce spotkań – tam, gdzie teraz stoi nowy kontener na szkło, a kiedyś rosła lipa, zanim spółdzielnia ją wycięła. Piłyśmy kawę z termosu, bo Krysia nie ufała kawie z automatu w sklepie obok, i patrzyłyśmy, jak Beata znika za rogiem.
– Znowu wystrojona – mruknęła Halinka, poprawiając chustkę. – Do pracy się tak nie chodzi, no chyba iż to nie do pracy.
– A te kwiaty komu niesie? – dorzuciła Krysia. – Sama sobie nie kupuje przecież takich bukietów codziennie. Ktoś jej płaci.
Przyznaję, ja też tak myślałam. Miałam swoją teorię – iż ma żonatego kochanka, może dyrektora z tej firmy, gdzie pracowała, może kogoś z zarządu spółdzielni. Plotka rosła, jak to bywa, karmiona nudą i tym, iż żadna z nas nie miała odwagi po prostu zapytać.
Tak było przez wiele miesięcy. Beata wchodziła, wychodziła, mówiła "dzień dobry", czasem nikt jej nie odpowiadał, bo byłyśmy zajęte szeptaniem. Raz zauważyłam, iż miała podpuchnięte powieki, jakby długo tarła je chusteczką w windzie. Ale kto by się tym przejmował – łatwiej było osądzać niż pytać.
Pękło to w pewien lipcowy poniedziałek, duszny, taki iż asfalt na Gdańskiej aż się kleił pod butami. Beata schodziła z bukietem rumianków, w beżowej sukience, z torebką na ramieniu. Halinka, nie myśląc wiele, rzuciła głośno, żeby na pewno usłyszała:
– O, znowu z kwiatkami. Niektóre to mają szczęście do mężczyzn.
Beata się zatrzymała. Pierwszy raz od miesięcy nie poszła dalej, udając, iż nie słyszy. Przełożyła bukiet z jednej ręki do drugiej, mocniej przyciskając go do piersi, jakby się bała, iż go upuści.
– Ma pani rację – powiedziała cicho. – Te kwiaty są dla kobiety.
Halinka aż uniosła brwi, pewna, iż zaraz usłyszy potwierdzenie plotki.
– Dla mojej mamy. Jest w domu opieki na Fordonie. Ma Alzheimera. Czasem nie wie, kim jestem. Czasem poznaje mnie tylko po zapachu perfum.
Zrobiło się cicho jak w kościele. choćby gołębie na dachu śmietnika przestały gruchać, a może mi się tylko tak wydawało.
– Te kwiaty kupuję z własnej pensji, dla jej pokoju. Bo kiedy je widzi, uśmiecha się. A kiedy się uśmiecha, przez chwilę czuję, iż moja mama jeszcze tam jest.
Nie wiedziałam, gdzie podziać ręce z kubkiem kawy. Przestawiałam go z dłoni do dłoni, jakby parzył.
– Ta sukienka nie jest na randkę. Jest dla mamy. Mówiła mi zawsze, żebym nigdy nie wychodziła z domu niechlujna, bez względu na to, jak ciężko mam. A teraz, kiedy widzi mnie wystrojoną, czasem przypomina sobie córeczkę, którą wychowała.
Przełknęłam ślinę. Krysia schowała twarz w dłoniach.
– Wie pani, co boli najbardziej? Nie to, iż mnie oceniacie. Tylko iż robicie brzydką historię z bólu, o który nikt mnie nie zapytał. Codziennie rano, kiedy przechodzę obok was, coś słyszę. Że ktoś mnie utrzymuje. Że nie chodzę do pracy. Ale żadna z was nie zapytała: Beata, dobrze się czujesz? Dlaczego masz czerwone oczy. Dlaczego wracasz późno.
Halinka złapała się za usta.
– My… nie wiedziałyśmy, kochana.
– Wiem – odpowiedziała Beata, poprawiając pasek torebki na ramieniu. – Czasem wystarczy nie obrzucać błotem kogoś, o kim nic się nie wie.
Odwróciła się i poszła w stronę przystanku, na którym czekał autobus linii 69 w stronę Fordonu. Słońce biło w asfalt, a ja stałam z termosem w ręku, czując się jak ostatnia idiotka w całej dzielnicy.
Po południu, kiedy Beata miała wrócić, czekałam na nią przy ławce. Rano poszłam do kwiaciarni na Gdańskiej i kupiłam frezje, bo nie wiedziałam, co lubi jej mama. Krysia stała obok, nerwowo skubiąc rąbek bluzki, Halinka trzymała w dłoni papierową torebkę z jabłkami z własnego ogródka.
Beata przyszła koło siedemnastej, zmęczona, z pustymi rękami – widać kwiaty zostawiła w ośrodku. Zobaczyła nas i zwolniła kroku, jakby się spodziewała kolejnej uszczypliwości.
– Beata… – zaczęłam i głos mi się załamał. – Przepraszamy. Nie wiedziałyśmy. Chciałybyśmy… jeżeli czegoś potrzebujesz, powiedz. Możemy podlać kwiaty, potrzymać siatki, cokolwiek.
Patrzyła na nas długą chwilę, obracając w palcach pasek torebki. Potem wzięła frezje z moich rąk.
– Mama lubiła frezje. Bardzo lubiła.
Tamtego wieczoru zadzwoniłam do mojej córki w Warszawie i zapytałam, czy pamięta, jaki zapach perfum nosiła moja matka, zanim umarła. Córka milczała chwilę w słuchawce, a potem powiedziała, iż nie pamięta. Ja też nie pamiętałam. Odłożyłam telefon i siedziałam jeszcze długo w kuchni, nie zapalając światła.
Od tamtej pory, kiedy Beata schodziła rano, nikt już nie szeptał za jej plecami. Krysia zaczęła pytać, jak czuje się jej mama. Halinka raz zostawiła pod drzwiami siatkę z jabłkami i karteczką: "Dla pani mamy, może polubi".
Matka Beaty nie wyzdrowiała. Choroba nie zniknęła jak za dotknięciem różdżki. Beata przez cały czas jeździła na Fordon, w czystych sukienkach, z perfumami, z kwiatami w dłoni – czasem rumiankami, czasem frezjami. Czasem mama ją poznawała. Czasem nie.
Widziałam ją ostatnio, jak wysiada z autobusu 69, z bukietem zawiniętym w szary papier. Przystanęła przy naszej ławce, usiadła na chwilę obok mnie, nic nie mówiąc, i obie patrzyłyśmy, jak kobieta z pierwszego piętra rozwiesza pranie na sznurze między blokami.











