Dwadzieścia jeden lat temu kupcy zostawili go w puszczy na śmierć.
Nikt wtedy nie wierzył, iż przetrwa noc.
Wrócił z zardzewiałą siekierą.
I z jednym zdaniem, które burmistrz Brzozowski pamiętał do końca życia.
Stał przed bramą, otoczony żołnierzami.
Milczał długo, jakby zapomniał mówić.
— Nie żołnierzy — powiedział wreszcie.
Głos miał chrapliwy, zniszczony latami ciszy.
— Do burmistrza. Powiedzcie mu…
Zawahał się, jakby słowa bolały.
— Że kupcy, co strzelają do niedźwiedzic w Roztoczańskiej Puszczy, mają teraz sąsiadów.
— Takich, co pamiętają twarze.
Żołnierze spojrzeli po sobie.
Czy to groźba, czy ostrzeżenie?
Sierżant Kaczmarek pierwszy się otrząsnął.
— Buntownik albo szpieg — rzucił twardo.
Nie chciał go puścić dalej.
— Związać mu ręce.
Dwóch żołnierzy ruszyło z powrozem.
— Nikt nie rozmawia z burmistrzem, mając za plecami stado wilków — dodał Kaczmarek.
Ledwie zrobili krok, las odpowiedział wyciem.
Bliższym niż pierwsze.
Dużo bliższym.
Żołnierze znieruchomieli z powrozem w rękach.
Nikt nie odważył się zrobić kroku dalej.
Nikt nie odważył się też cofnąć.
Cisza zrobiła się gęsta, aż dusiła.
— Co to było? — szepnął jeden z żołnierzy.
Nikt mu nie odpowiedział.
Mężczyzna stał spokojnie, jakby wycie go nie dotyczyło.
Jakby znał je lepiej niż własne imię.
Kaczmarek zerknął w stronę drzew.
Ręka mu drżała na szabli.
— Rozkaż im, sierżancie — powiedział mężczyzna cicho. — Zobaczymy, kto pierwszy ruszy.
Nikt się nie poruszył.
Nawet koń przy bramie zastrzygł uszami i zamarł.
Wtedy na murze pojawił się ruch.
Ktoś szedł szybko, bez płaszcza, w pośpiechu.
To był sam burmistrz Brzozowski.
Ubrany naprędce, bez surduta.
Spojrzał na związane ręce, potem na las.
— Rozwiążcie go — powiedział tylko.
Kaczmarek otworzył usta, by protestować.
— Rozwiążcie go, powiedziałem.
Żołnierze natychmiast puścili powróz.
Las ucichł, jakby czekał na te słowa.
Burmistrz patrzył na mężczyznę długo, w milczeniu.
— Pamiętam cię — powiedział wreszcie.
Nikt z obecnych nie wiedział, co nastąpi dalej.
Las znał odpowiedź pierwszy.










