Antoni zadzwonił w środę wieczorem. Wyjmowałam pasztet z piekarnika.
Rękawica w jednej ręce, telefon w drugiej.
Głos miał niski, jakby mówił o pożyczce albo chorobie.
— Mamo, musimy porozmawiać. Ślub będzie w Bolonii. Tylko najbliższa rodzina.
Czekałam. Znam swojego syna.
Najpierw data, potem warunki.
— To znaczy ja też — powiedziałam.
Zapadła cisza. Za oknem tramwaj numer 7 piszczał na łuku przy Zamenhofa.
— Mamo, oni są z innego świata. Lekarze, architekci. Nie chcę, żebyś czuła się tam źle.
Postawiłam na blacie mąkę, chociaż nie wiedziałam po co.
Otworzyłam zmywarkę, choć była pusta.
Ręce musiały coś robić.
— Nie chcesz, żebym czuła się źle, czy nie chcesz, żeby zobaczyli, skąd jesteś?
— Mamo, proszę cię.
— Pytam poważnie, Antoni.
Westchnął jak wtedy, gdy zgubił kurtkę na basenie.
— To nie tak. Teściowa chce skromnie. Dwadzieścia osób, sama rodzina Marty.
— Ja jestem rodziną.
— Mamo, nie utrudniaj.
Odłożyłam telefon na blat, obok mąki.
Przez chwilę patrzyłam na pustą zmywarkę.
Potem wyłączyłam piekarnik i poszłam spać bez kolacji.
Noc była długa. Liczyłam lata, nie owce.
Trzydzieści dwa lata samotnego wychowywania syna.
Praca na dwie zmiany w szpitalu.
Buty kupowane na wyprzedażach, żeby miał na korepetycje.
A teraz „nie utrudniaj”.
Rano zadzwoniła sąsiadka, pani Krystyna.
— Słyszałam przez ścianę. Wszystko dobrze?
— Nie — powiedziałam szczerze.
Tydzień minął jak przez mgłę.
Nie dzwoniłam do Antoniego. On też nie.
W piątek przyszła paczka. Nadawca: Elena Bianchi, Bolonia.
Teściowa Antoniego, matka Marty.
Otworzyłam z rękami drżącymi bardziej niż powinny.
W środku był szal, manualnie tkany, w kolorze wina.
I list, napisany po polsku, niezgrabnie, ale ciepło.
„Droga Pani Hanno. Dowiedziałam się, co powiedział Antoni. Nie zgadzam się z tym. Proszę przyjechać. Marta też chce. To ja poprosiłam go o skromny ślub, nie o wykluczenie matki. Syn pomylił moje słowa.”
Czytałam to trzy razy.
Płakałam przy czwartym.
Zadzwoniłam do Antoniego tego samego wieczoru.
— Dostałam paczkę od Eleny.
Milczał długo.
— Mamo, ja… źle to zrozumiałem. Przepraszam.
— Wiem.
— Przyjedziesz?
— Przyjedę.
Na ślubie siedziałam w pierwszym rzędzie, obok Eleny.
Trzymała mój szal na ramionach, mówiąc, iż pasuje do oczu.
Antoni spojrzał na mnie podczas przysięgi i skłonił głowę.
Zrozumiałam, iż czasem strach mówi głośniej niż miłość.
Matki to wiedzą najlepiej.










