Wchodzę do zakładu tapicerskiego Jacka Mazura na osiedlu Słonecznym w Nowej Hucie i od razu czuję ten charakterystyczny zapach – mieszankę tkanin, kleju, starego drewna i czegoś nieuchwytnego, co można nazwać zapachem czasu. Na środku stoi stara maszyna do zszywania, obok leżą kawałki gąbki i beli materiału. Jacek Mazur, spokojny, z rękami człowieka, który od czterdziestu lat dotyka mebli, wita mnie mocnym uściskiem dłoni.
„Siadaj pani” – mówi z nowohuckim akcentem i uśmiechem. – „Jak mogę postać.”
Nazywam się Jacek Mazur i jestem tapicerem. Tak po prostu, bez patosu. Ale za tym „jestem” kryje się całe życie.
Z mlekiem ojca
Zakład istnieje w Nowej Hucie od ponad czterdziestu lat. Zaczynał ojciec Jacka, a on sam dołączył jeszcze przed ślubem, gdzieś około 1990 roku.
„Praktycznie z mlekiem matki” – śmieje się.
„Skakałem z kwiatka na kwiatek, nie wiedziałem, co w życiu robić. A tu zobaczyłem, jak tata pracuje i… po prostu mi się spodobało.”
Jako mały chłopiec podglądał ojca godzinami. Patrzył, jak ten z ogromną cierpliwością zdejmuje stary materiał, jak dokładnie ogląda sprężyny, jak wkłada nowe gąbki, jak naciąga tkaninę tak, żeby nie było ani jednej zmarszczki. Ojciec nie tłumaczył wiele słowami – uczył przykładem. Jacek stał z boku, podawał narzędzia, a potem dostał pierwsze stołeczki do obicia.
„Najprostsze rzeczy – takie taboreciki. Ale pamiętam każdy z nich.”
Pierwsza sofa była już wyższą matematyką. Wersalki i stołki to była rutyna, ale sofa wymagała myślenia, kombinowania, mierzenia po kilka razy.
„Produkcja ma szablony, a ja wszystko od podstaw. Muszę główkować, jak uciąć, jak to zrobić, żeby wyszło równo i ładnie. Bo jak spitolisz, to klient od razu widzi.”
Rzemiosło, które wymaga duszy
Jacek podkreśla, iż to zawód dla cierpliwych. Drobiazgowych. Takich, co nie boją się, iż coś zajmie im dwa-trzy dni.
„Sofa teraz, jak już mam wprawę, idzie mi szybciej. Ale na początku… ojej. Na pewno coś zepsułem. Bez tego się nie da. To jest nauka na błędach.”
Opowiada o materiałach z czułością niemalże artystyczną. O tym, jak ważne jest dobranie odpowiedniej gąbki – nie za twardej, nie za miękkiej. Jak tkanina musi „oddychać” i dobrze się układać. Jak stare drewniane szkielety mebli z czasów PRL są niezniszczalne w porównaniu z dzisiejszymi.
„Te stare krzesła, fotele, łódeczki – szkielet jest podstawą. Górę zawsze wymienisz. Gąbkę, materiał, kolor – to da się zmienić. Ale jak szkielet jest słaby, to nic nie uratuje mebla.”
Maszyny, które pamiętają więcej niż ludzie
W kącie warsztatu stoją stare maszyny, które wyglądają, jakby miały po kilkadziesiąt lat. I mają.
„Pamiętam czasy, kiedy nie było zszywaczy, pistoletów. Wszystko gwoździkami, manualnie. Ciężej i wolniej. A te maszyny… one są niezniszczalne. Naprawia je pan z dawnej Demakowej, jeszcze taki fachowiec się ostał. Jak coś się zepsuje, to on to ogarnia. Odpukać, żeby jeszcze długo chodziły.”
Jacek mówi o nich z szacunkiem, prawie jak o starych kolegach z warsztatu. Bo one naprawdę pamiętają historię tego miejsca.
Powrót do jakości
Przez te wszystkie lata widział zmiany. Kiedyś ludzie kupowali meble „na lata”. Potem nadeszła era tanich, masowych produktów z marketów. „Chińczyki zalały rynek dziadostwem. Ludzie kupowali, a po roku wyrzucali. I wracali do nas. Mówili:
“Panie Jacku, dobre wyrzuciłem, a kupiłem straszne dziadostwo.”
Teraz obserwuje wyraźny powrót do starych mebli. Szczególnie młodzi ludzie wyciągają z piwnic albo znajdują na śmietniku piękne fotele, krzesła z lat 60. i 70. i przynoszą do odnowienia.
„Robię takie krzesło za 180–200 złotych i wiem, iż będzie służyło kolejne 10–15 lat. Szkielet jest dobry, tylko gąbka i materiał do wymiany.”
Największą satysfakcją są powracający klienci.
„Najpiękniejsze jest, jak przychodzi matka z dzieckiem, a po latach przychodzi to samo dziecko – już dorosłe – ze swoim dzieckiem. Wtedy człowiek czuje, iż się starzeje… ale też, iż coś po nim zostaje.”
Rzemiosło kontra masówka
Jacek Mazur jest człowiekiem tradycji. Lubi, kiedy mebel ma duszę. Kiedy klient przychodzi i mówi: „Chcę, żeby było jak dawniej, tylko nowocześniej”.
„Tradycja dla mnie jest ważniejsza. Bo w tym jest sens. Nie siedzę przy komputerze, tylko mam kontakt z człowiekiem, z materiałem, z efektem swojej pracy. Zawsze jest coś innego – dziś stołek, jutro sofa, pojutrze fotel łódeczka.”
Były momenty zwątpienia. Nerwy, kryzysy, kiedy myśleli o zamknięciu. Ale przetrwali. Bo ludzie wrócili do jakości.
Zanim wychodzę, Pan Jacek jeszcze raz ociera ręce w szmatkę i patrzy na warsztat.
„Fajny zawód sobie wybrałem. Jak trzeba robić, to trzeba. Ale dobrze, iż to lubię.”
I dodaje cicho, prawie do siebie:
„Trzeba odpocząć czasem. Żona wyciąga na wakacje, to jadę. Bo życie to nie tylko robota.”
Stoję w progu i myślę, iż w tym małym zakładzie tapicerskim w Nowej Hucie nie naprawia się tylko mebli. Naprawia się pamięć. Kontynuuje się historię. I daje drugim szansę, żeby stare rzeczy mogły żyć dalej – piękniejsze niż na początku.









Czytaj więcej:
- Ten sklep działa od 47 lat. “Tego się nie da włożyć do koszyka online”
- “Nie da się dobrej pizzy zrobić na tanich rzeczach”
- „Szpeje, czyli sztuka codziennego absurdu”
- Bure Wióry – rzeźbią drewno w ciszy
- Sprzęt kiedyś był trwały. Teraz to jednorazówki. Rowery z marketów to w większości katastrofa















