Telefon Nadii z Poznania

twojacena.pl 1 godzina temu

Zawsze byłam tą, która gubi wszystko po drodze — parasol w tramwaju, klucze w kieszeni płaszcza, który akurat oddałam do pralni. Ale to telefony biły rekordy. Trzy w ciągu osiemnastu miesięcy. Ostatni, iPhone kupiony na raty w Media Markt przy Alejach Marcinkowskiego, rozbił się w drodze na przystanek Rondo Kaponiera — wysunął się z kieszeni kurtki, kiedy biegłam do tramwaju numer 8, i wylądował ekranem w dół na krawężniku.

Stałam wtedy z torbą pełną warzyw z Starego Rynku i patrzyłam na pajęczynę pęknięć rozchodzącą się od rogu ekranu jak mróz na szybie zimą. Moja współlokatorka, Ola, od miesięcy powtarzała to samo: „Nadia, kup sobie w końcu jakąś nokię za sto złotych, przestaniesz się wściekać co dwa tygodnie". Zawsze się z niej śmiałam. Tym razem nie miałam siły się śmiać.

Rachunek za naprawę w serwisie na Półwiejskiej wyniósł osiemset dwadzieścia złotych — mniej więcej tyle, ile zarabiałam za pół etatu w bibliotece uniwersyteckiej. Usiadłam na ławce przy fontannie, wyjęłam kalkulator w telefonie sąsiadki, bo mój leżał rozbity w torebce, i policzyłam, iż w ciągu roku wydałam na szkła, etui i dwie wymiany baterii ponad dwa tysiące pięćset złotych. Miałam wtedy dwadzieścia sześć lat i dyplom kulturoznawstwa, który leżał w szufladzie, bo nigdy nie skończyłam pracy magisterskiej — za każdym razem, kiedy siadałam do pisania, kończyłam po czterdziestu minutach scrollowania na kanapie.

Tego wieczoru, zamiast iść do serwisu, poszłam do sklepu z telefonami używanymi przy ulicy Głogowskiej. Sprzedawca, starszy pan imieniem Ryszard, wyciągnął spod lady czarny telefon z klapką, Nokię, model, którego nazwy choćby nie zapamiętałam. Kosztował sto dziesięć złotych. Miał baterię, która trzymała ładowanie przez pięć dni, i ekran, na którym dało się grać tylko w węża.

Pierwszy tydzień był fatalny. Sięgałam po kieszeń dwadzieścia razy dziennie, jakby brakowało mi kończyny. Na przystanku tramwajowym po prostu stałam i patrzyłam na ludzi — co, jak się okazało, było dziwnie odświeżające, bo wcześniej nigdy tego nie robiłam.

Zapłaciłam za to już czwartego dnia. W pracy Barbara, kierowniczka działu starodruków, wysłała mailem harmonogram inwentaryzacji zbiorów specjalnych — mail, którego nie mogłam odebrać na klapce. Dowiedziałam się o nim dopiero po powrocie do domu, o dwudziestej pierwszej, kiedy zmiana zaczynała się o siódmej rano następnego dnia, a nie o dziewiątej jak zwykle. Nie zdążyłam się przestawić. Spóźniłam się czterdzieści minut, Barbara czekała przy gablotach z pierwszym gościem z archiwum diecezjalnego i musiała tłumaczyć moją nieobecność sama. Dostałam upomnienie na piśmie. Tego wieczoru siedziałam na krawędzi wanny z papierowym pismem w ręku i myślałam, iż Ryszard i jego klapka to był głupi kaprys, na który nie było mnie stać — iż wróciwszy do sklepu na Głogowskiej, mogłabym jeszcze oddać nokię i dołożyć różnicę do jakiegoś taniego telefona z Biedronki.

Nie poszłam tam następnego dnia. Ale przez tydzień nosiłam przy sobie karteczkę z numerem Barbary, na wypadek gdyby znowu coś przyszło mailem, i dwa razy dziennie prosiłam Olę o sprawdzenie skrzynki na jej laptopie. To było upokarzające — bycie kimś, kto musi prosić współlokatorkę o odczytanie własnej poczty — ale nie zawróciłam.

Drugi tydzień był inny. Wróciłam do domu z pracy i zamiast położyć się z telefonem, wyjęłam zeszyt w kratkę, który kupiłam kiedyś na jakieś zajęcia i nigdy nie zapisałam, i zaczęłam notować, co robię godzina po godzinie. Nie z jakiegoś wielkiego postanowienia — po prostu nie miałam czym się rozpraszać, więc ręka sama sięgnęła po długopis. Zapisałam: siódma trzydzieści, pobudka. Ósma piętnaście, tramwaj, patrzę przez okno. Dziewiąta, praca — katalogowanie zbiorów starodruków. Szesnasta, koniec zmiany.

Ola pierwsza to zauważyła. Weszła do kuchni, kiedy siedziałam przy stole z zeszytem otwartym na planie następnego dnia, i zapytała, co się stało. Powiedziałam jej o upomnieniu, o karteczce z numerem Barbary, o tym, iż boję się jeszcze raz czegoś nie doczytać. Ola wzruszyła ramionami i powiedziała, iż mogę przecież dać jej numer do pracy na wypadek pilnych spraw — i tak zrobiłyśmy, zapisałam numer stacjonarnego biblioteki na tej samej kartce. To nie rozwiązywało wszystkiego, ale wystarczyło, żebym przestała sprawdzać kieszeń co dwadzieścia minut.

Rodzice zareagowali inaczej. Mama zadzwoniła po tygodniu, bo nie mogła się do mnie dodzwonić przez WhatsAppa — musiała użyć zwykłego numeru. Zapytała, czy coś się stało, czy jestem chora, czy może zgubiłam pracę. Powiedziałam jej, iż wszystko w porządku, iż po prostu zmieniłam telefon. Zamilkła na dłuższą chwilę, a potem zapytała wprost, czy to przez chłopaka, z którym rozstałam się w marcu — czy chowam się przed światem, bo nie umiem sobie poradzić. To mnie zabolało bardziej, niż się spodziewałam, bo w gruncie rzeczy nie potrafiłam jej od razu zaprzeczyć: były wieczory, kiedy klapka leżała w kieszeni jak coś, za czym chowałam się przed wiadomościami od niego, które i tak już nie mogły przyjść. Nie powiedziałam jej tego. Odłożyłam słuchawkę i siedziałam przy stole, aż zeszyt przestał migotać mi przed oczami.

Minęły trzy miesiące. Praca magisterska nie pisała się sama — w połowie drugiego miesiąca utknęłam na rozdziale o recepcji filmu w prasie lokalnej i przez cztery dni nie napisałam ani linijki, wpatrując się w tę samą stronę zeszytu, na której notatki zaczynały się rozjeżdżać w bazgroły. Piątego dnia, w środku nocy, wstałam, włączyłam klapkę i przez chwilę trzymałam kciuk nad numerem sklepu na Głogowskiej — nie po to, żeby zadzwonić, tylko żeby sprawdzić, czy jeszcze mam ten numer zapisany, jakby to była furtka, przez którą mogłabym się jeszcze wycofać. Odłożyłam telefon na parapet i usiadłam z powrotem przy biurku. Rozdział skończyłam nad ranem.

Wysłałam pracę promotorowi w środę wieczorem, dokładnie osiemdziesiąt sześć dni po tym, jak rozbiłam iPhone'a na Rondzie Kaponiera. Miałam już cztery zeszyty zapisane od deski do deski, leżały jeden na drugim na półce nad biurkiem.

W sobotę, kiedy słońce wreszcie wyszło po tygodniu deszczu, poszłam na Stary Rynek. Kupiłam obwarzanek u kobiety, która sprzedaje je tam od dwudziestu lat, usiadłam na schodach ratusza i po prostu patrzyłam na turystów fotografujących koziołki.

Kiedy w poniedziałek promotor napisał, iż praca jest gotowa do obrony, zadzwoniłam do mamy z klapki, siedząc na tych samych schodach ratusza. Powiedziałam jej, iż kończę studia po trzech latach zwłoki. Mama milczała długo, a potem zapytała, czy mogłaby dostać ten numer sprzedawcy z Głogowskiej, bo tacie też przydałby się taki telefon.

Idź do oryginalnego materiału