Zawsze byłam niezdarą — to akurat nie ma nic wspólnego z tą historią, a jednak ma wszystko. Bo gdybym nie stłukła tamtego telefonu na peronie dworca Wrocław Główny, pewnie dalej siedziałabym po nocach, przewijając rolki, aż zasnę z telefonem na twarzy.
Miałam wtedy dwadzieścia sześć lat, pracowałam w agencji reklamowej przy placu Grunwaldzkim i codziennie słyszałam od mamy to samo: „Zosiu, masz przecież takie zdolności, dlaczego z niczego nie korzystasz?". Miała rację, tylko iż ja nie umiałam jej tego wytłumaczyć. Nie umiałam wytłumaczyć, iż po ośmiu godzinach przed komputerem w pracy wracałam do domu i kolejne cztery godziny wpatrywałam się w ekran telefonu, bo nie miałam siły na nic innego. Kubek z zimną, niedopitą herbatą stał na parapecie tygodniami. Sąsiad z dołu, pan Roman, wyprowadzał swojego psa Bunia zawsze o tej samej porze — dwudziesta pierwsza trzydzieści — a ja to wiedziałam tylko dlatego, iż widziałam ich przez okno, kiedy akurat podnosiłam oczy znad ekranu na sekundę. Nigdy nie zamieniliśmy więcej niż „dzień dobry" na klatce schodowej, bo zawsze się gdzieś spieszyłam, wpatrzona w telefon zamiast pod nogi.
To był piątek, druga połowa listopada, zimno jak diabli, a ja biegłam po schodach na peron trzeci, bo pociąg do Poznania — jechałam tam na dwa dni na szkolenie firmowe — odjeżdżał za cztery minuty. Telefon wypadł mi z kieszeni kurtki — nowiutki, kupiony trzy miesiące wcześniej za prawie cztery tysiące złotych na raty — i wylądował ekranem w dół na betonie. Pęknięcie przeszło przez cały wyświetlacz, od rogu do rogu, jak błyskawica.
Stałam tam z tym rozbitym szkłem w ręku, a w głowie miałam tylko jedną myśl: znowu. To był już czwarty telefon w niecałe dwa lata. Moja przyjaciółka Ola śmiała się ze mnie zawsze tak samo: „Zosia, tobie by pasował Nokia 3310, taki, co się nie tłucze, tylko podłogę tłucze". Wcześniej to były żarty. Tym razem, stojąc na tym zimnym peronie, pomyślałam: a adekwatnie czemu nie.
Nie kupiłam nowego telefona od razu. Wróciłam po weekendzie do Wrocławia, wsiadłam do internetu z laptopa — ironia, wiem — i zaczęłam szukać. Spędziłam chyba trzy wieczory na czytaniu forów o telefonach z klapką, o tych minimalistycznych „dumbphone'ach", jak je nazywają. W końcu znalazłam prosty model, taki bez internetu, bez aplikacji, z ekranem może pięć na trzy centymetry, na którym da się zadzwonić, napisać esemesa i sprawdzić godzinę. Zamówiłam go z allegro za sto dziewięćdziesiąt złotych. telefona odłożyłam do szuflady w kuchni, tam, gdzie trzymałam stare instrukcje obsługi i baterie, których już nikt nie używa.
Pierwszy tydzień był fatalny. Ręka sama sięgała do kieszeni po coś, czego tam nie było. W pracy koleżanka z open space'u, Kasia, pytała mnie, czy widziałam jakiś filmik, a ja musiałam przyznać, iż nie mam pojęcia, o czym mówi. Czułam się trochę jak ktoś, kto wysiadł z pociągu na złej stacji.
Kryzys przyszedł trzy tygodnie później. Pokłóciłam się z Olą przez telefon — o głupotę, o to, iż nie odpisałam na wiadomość, której choćby nie dostałam, bo nie miałam już Messengera. Ola powiedziała, iż czuje, jakbym się od niej odcięła, iż inni ze starej paczki ze studiów robią sobie zjazd w grudniu i umawiają się przez grupę, do której ja teraz nie mam dostępu. Odłożyłam swój mały telefon na stół tak mocno, iż aż podskoczył, i przez chwilę siedziałam w kuchni, patrząc na szufladę. Wstałam, otworzyłam ją, wyjęłam telefona, włożyłam do ładowarki. Ekran zapalił się pęknięciem na krzyż, tym samym z peronu, bo tak go i tak nie naprawiłam. Siedziałam przy stole może dwadzieścia minut, obracając go w rękach, sprawdzając, czy jeszcze łapie sieć. Złapał. Trzydzieści siedem powiadomień spłynęło jedno po drugim, ekran migał jak w automacie do gry. Wyłączyłam go, zanim się zalogował do czegokolwiek, i odłożyłam z powrotem do szuflady, zasuwając ją mocniej niż trzeba. O zjeździe dowiedziałam się miesiąc później od Oli przy kawie — nie pojechałam, bo nikt mnie nie zawiadomił na czas. Bolało, ale nie na tyle, żeby wyjąć telefon jeszcze raz.
Gdzieś po dwóch tygodniach od tamtej nocy coś zaczęło się układać inaczej. Zaczęłam wcześniej wstawać — nie dlatego, iż postanowiłam, tylko dlatego, iż wieczorem szłam spać, zamiast leżeć z telefonem do trzeciej. Zaczęłam znowu gotować, tak naprawdę gotować, a nie odgrzewać coś w mikrofalówce między jednym odcinkiem a drugim. Kupiłam sobie zeszyt w kratkę, taki za sześć złotych z Empiku, i zaczęłam zapisywać w nim, co robię każdego dnia i ile czasu mi to zajmuje. Dzień podzielony na kwadranse, jak w jakimś eksperymencie na sobie samej.
Mama zauważyła pierwsza. Przyjechała do mnie na obiad w połowie stycznia i zapytała, czemu na stole leży jakiś zeszyt zamiast telefonu. Powiedziałam jej, iż próbuję zobaczyć, ile godzin naprawdę mam w ciągu dnia. Że wcześniej mi się wydawało, iż czasu nie ma, a teraz widzę czarno na białym, iż godziny się gdzieś rozłażą — dwie na scrollowanie, godzina na to, żeby zdecydować, co obejrzeć, kolejna na to, żeby to obejrzeć.
Kolejna zmiana przyszła po jakichś czterech miesiącach, kiedy szefowa zapytała mnie, czy nie chciałabym poprowadzić własnego projektu — kampanii dla klienta z branży kosmetycznej. Wcześniej bym się bała, powiedziałabym, iż nie mam czasu, iż jestem zawalona. A wtedy po prostu powiedziałam: tak. Kampania ruszyła w marcu. Nie wszystko poszło gładko — klient dwa razy odrzucił projekty grafik, siedziałam do dziewiątej wieczorem trzy dni z rzędu, licząc godziny w zeszycie jak wszystko inne — ale ostatecznie klient był zadowolony, a ja dostałam pierwszą w życiu podwyżkę, która robiła realną różnicę: pięćset złotych miesięcznie więcej.
W kwietniu, w Wielką Sobotę, przyjechałam do rodziców na święta i mama, krojąc żurek na talerze, spytała mimochodem, czy jeszcze mam ten stary telefon. Powiedziałam, iż tak, iż telefon leży w szufladzie i tam zostanie. Ojciec, który zwykle się nie wtrąca, odłożył wtedy widelec i powiedział: „Wiesz, iż przez ostatni rok pierwszy raz naprawdę cię słuchamy, jak mówisz, a nie tylko na ciebie patrzymy, bo ty gdzieś tam patrzysz w ekran".
Nie odpowiedziałam nic mądrego. Wzięłam tylko z torby ten sam zeszyt, teraz już trzeci z kolei, bo poprzednie się zapisały, i pokazałam mamie ostatnią stronę — plan na kolejny tydzień, godzina po godzinie, z jedną linijką zakreśloną na żółto: sobota, jedenasta, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, wystawa fotografii.
Wieczorem wsiadłam do pociągu powrotnego do Wrocławia. Zamiast wyciągać cokolwiek z kieszeni, otworzyłam zeszyt na kolanach i dokończyłam rozliczenie miesięczne za marzec — kilometrówka, faktury, dwie pozycje do wysłania księgowej. Za oknem mijały pola, jeszcze bure po zimie, a mężczyzna naprzeciwko czytał gazetę, prawdziwą, papierową, złożoną w czworo, jakby też z innej epoki.
Wysiadłam na Wrocław Główny, tam, gdzie rok wcześniej stałam z rozbitym szkłem w ręku. Na klatce schodowej u siebie w kamienicy minęłam pana Romana, który wyprowadzał Bunia — dwudziesta pierwsza trzydzieści, punktualnie jak zawsze. Pies obwąchał moją torbę, a pan Roman zapytał, czy to ten sam zeszyt, co ostatnio widział u mnie na skrzynce na listy, kiedy zapisywałam coś, czekając na sąsiadkę. Powiedziałam, iż tak, iż już trzeci. Postał chwilę, opowiedział, iż Bunio ma jutro wizytę u weterynarza na Krzykach, iż trzeba będzie go tam zawieźć taksówką, bo sam nie da rady z psem i teczką dokumentów naraz. Zaproponowałam, iż pojadę z nimi, mam sobotę wolną. Zgodził się, trochę zaskoczony, i poszedł dalej z Buniem w stronę skwerku.
Weszłam po schodach do mieszkania, zdjęłam kurtkę i zapisałam w zeszycie jedno zdanie na jutro: sobota, dziewiąta, pan Roman i Bunio, weterynarz, Krzyki.












