— Bardzo dziękujemy za propozycję. To naprawdę wielkoduszne. Jednak odmówimy.
Twarz teściowej wyciągnęła się w zaskoczeniu.
— Dlaczego? Jesteście tacy dumni?
— Nie, to nie o dumę chodzi. Mamy już swoje życie ułożone.
Przestawianie dzieci do nowej szkoły w środku roku to duży stres.
Przyzwyczailiśmy się do naszego mieszkania. Remont świeży, wszystko nowe.
A u Pani są pamiątki, rzeczy, które mają dla Pani wartość.
Dzieci są małe, mogą coś zbić, pobrudzić. Po co dokładać sobie nerwów?
Kiedy Zuzanna wróciła z pracy, mąż stał już w przedpokoju. Czekał na nią.
Zsunęła buty, przeszła bez słowa do sypialni, przebrała się.
Potem ruszyła do kuchni. Mąż poszedł za nią w milczeniu.
Zuzanna nie zniosła tego dłużej.
— Znowu zaczniemy? Przecież już mówiłam: nie!
Tomasz ciężko westchnął.
— Mama znów dziś dzwoniła. Mówi, iż ciśnienie jej skacze.
Ciężko jej tam samej. Dziadkowie schorowani, marudzą jak dzieci.
— I co z tego? — Zuzanna napiła się zimnej wody. — Sama wybrała życie na działce.
Wynajmuje mieszkanie, dostaje pieniądze, świeże powietrze. Podobało się jej.
— Podobało, póki miała siły. Teraz narzeka, iż nudno.
Tomasz nabrał powietrza.
— Zaproponowała, żebyśmy się do niej wprowadzili. Do tej trzypokojowej.
Zuzanna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Nie.
— Czemu od razu „nie”? Nie dałaś mi dokończyć!
Tomasz rozłożył ręce.
— Dzielnica rewelacyjna. Do twojej pracy piętnaście minut, do mojej dwadzieścia.
Szkoła językowa po drugiej stronie ulicy, przedszkole na podwórku.
A nasze mieszkanie wynajmiemy. Kredyt sam się spłaci.
— Tomasz, słyszysz siebie? — Zuzanna podeszła bliżej.
Tu mieszkamy dwa i pół roku. Każde gniazdko sama wybierałam.
Dzieci mają przyjaciół w sąsiedniej klatce. To jest nasz dom. NASZ!
— Ale jakie to ma znaczenie, skoro wracasz tu tylko spać?
Tam mieszkanie przedwojenne, ściany grube, sąsiadów nie słychać.
— I remont z czasów, gdy chodziłam do szkoły — odpowiedziała ozięble.
— To nie jest nasz dom. To dom Haliny.
— Mama mówi, iż nie będzie się wtrącała. Zostaje na działce.
Zuzanna uśmiechnęła się z goryczą.
— Pamiętasz, jak kupowaliśmy to mieszkanie?
Odwrócił wzrok. Pamiętał dobrze.
Siedem lat tułali się po wynajmowanych kawalerkach, odkładali każdą złotówkę.
Plan był prosty: zamienić wielkie mieszkanie Haliny na dwa mniejsze.
Halina kiwała głową, uśmiechała się, mówiła „jasne, kochani”.
Już mieli wybrane oferty. Już marzyli.
W dniu podpisania umowy zadzwoniła.
— Pamiętasz, co powiedziała? — nie odpuszczała Zuzanna.
„Moja dzielnica jest prestiżowa. Nie chcę się przenosić”.
Wzięliśmy kredyt na strasznych warunkach. Sami, bez jej metrów.
— Wtedy się bała, wiek… — wymamrotał Tomasz. — Teraz mówi co innego.
— Widzujemy się raz w miesiącu, jak zawieziemy zakupy.
Do kuchni wbiegł sześciolatek Jaś, za nim czteroletnia Ola.
— Mamo, tato, głodni jesteśmy! Ola rozwaliła mój samolot!
— To nieprawda! Sam spadł!
Zuzanna odetchnęła.
— Ręce umyć. Zaraz jemy.
***
W sobotę musieli jechać na działkę. Halina zadzwoniła rano, głos miała słaby.
Dojazd zajął półtorej godziny. Halina czekała na ganku.
Miała sześćdziesiąt trzy lata, wyglądała świetnie. Fryzura jak z salonu, apaszka na szyi.
— Dojechaliście wreszcie. Zuziu, chyba ci się przytyło?
— Dzień dobry, Pani Halino. Bluzka jest luźna.
W salonie siedzieli rodzice Haliny, drzemiący przed telewizorem.
— Napijecie się herbaty? Ciastka trochę twarde, do sklepu nie chodzę.
— Przywieźliśmy tort — Tomasz postawił pudełko na stole.
Halina ożywiła się natychmiast.
— Tak, Tomku, sił już nie mam. Mieszkanie stoi, obcy tam mieszkają, wszystko niszczą.
— Mamo, masz porządnych najemców — wtrącił Tomasz.
— Porządni! Firanka krzywo zawieszona. Zapach jakiś, nie mój.
Przeprowadźcie się do mnie, miejsca starczy.
Zuzanna zapytała wprost:
— A gdzie Pani wtedy będzie mieszkała?
— Tu, na działce. Czasem wpadnę, jak będą potrzebne badania.
— Czasem to jak często?
— Dwa razy w tygodniu. Albo na tydzień, gdy pogoda brzydka.
Mam tam swój pokój. Dzieci w dużym, ale mojej sypialni nie ruszać.
Zuzanna się wściekła.
— Czyli trzy pokoje, ale jeden zamknięty dla Pani?
— Ależ nie zamknięty! Tylko moich rzeczy nie ruszajcie. I kredensu.
Tomek, biblioteki nie ruszać!
Tomasz wiercił się na krześle.
— Mamo, musimy urządzić pokój dziecięcy, łóżka postawić…
— Po co łóżka? Jest wersalka po twoim tacie.
Zuzanna wstała.
— Tomaszu, wyjdźmy na chwilę.
Na ganku syknęła:
— Słyszałeś? „Wersalki nie ruszać”, „pokój mój”. Wiesz, co to znaczy?
— Zuza, ona się boi zmian…
— Nie! Chce mieć darmowych stróżów do swojego mieszkania!
A wpadnie swoim kluczem i zacznie poprawiać firanki, oceniać zupy!
— Ale do pracy by było bliżej… — odparł słabo.
— Mam to gdzieś! Wolę stać w korkach, ale wracać do domu, gdzie ja jestem panią!
Tomasz milczał, patrząc na buty. Wiedział, iż ma rację.
— I przypomnij sobie zamianę. Wtedy nas wystawiła, bo prestiż ważniejszy.
Teraz jej nudno. Potrzebuje rozrywki, a my pod ręką.
Drzwi się otworzyły. W progu stanęła Halina.
— Co wy tam szepczecie?
Zuzanna odwróciła się do niej.
— Nie przeprowadzimy się.
— Nonsens — fuknęła teściowa. — Tomasz, czemu milczysz?
Tomasz podniósł głowę.
— Mamo, Zuzanna ma rację. My mamy swój dom.
Halina zacisnęła usta. Przegrała, choć nigdy się do tego nie przyzna.
Niektórych drzwi lepiej nie otwierać wcale.











