Wanda mogła wołać go do utraty głosu — jej pies i tak by jej nie usłyszał. Kiedy zniknął na ogromnym polu kukurydzy przy siedmiu stopniach mrozu, 63 osoby wyszły z domów, by szukać go światłem latarek.
Silny wiatr otworzył furtkę w gospodarstwie niedaleko Lublina.
Dla dwuletniego dalmatyńczyka wystarczyła chwila. Korek wybiegł z podwórza, a potem zniknął między rzędami kukurydzy.
Pole miało 65 hektarów.
Korek od urodzenia był głuchy.
Jego opiekunka, siedemdziesięciodwuletnia Wanda, zobaczyła otwartą furtkę i od razu zaczęła rozglądać się po podwórzu. Zajrzała za zabudowania, poświeciła latarką wzdłuż ogrodzenia, podeszła do drogi.
Nigdzie go nie było.
— Koreczku… gdzie ty jesteś?
Wypowiedziała jego imię, choć wiedziała, iż nie może jej usłyszeć. Ta myśl zabolała ją mocniej niż zimno.
Termometr pokazywał minus siedem stopni. Przed nią rozciągało się ciemne pole, w którym pies mógł pójść w dowolną stronę.
Próbowała szukać przy skraju kukurydzy. Snop światła obejmował jednak zaledwie kilka łodyg naraz. Za nimi były następne. I następne.
Wanda wróciła po telefon.
Zadzwoniła do dwojga sąsiadów.
— Korek uciekł. Wiatr otworzył furtkę… Chyba jest na polu. Nie dam rady sama go odnaleźć.
— Już idziemy, pani Wando. Bierzemy latarki.
Sąsiedzi zadzwonili do kolejnych osób. Tamci powiadomili następnych.
Ludzie zakładali kurtki, szukali ciepłych butów i wychodzili w noc. Kilkoro przyjechało prosto z próby chóru kościelnego. choćby nie pojechali do domu, żeby się przebrać.
Wkrótce przy polu stały 63 osoby.
Wanda patrzyła na nich ze ściśniętym gardłem.
— Tylu was przyszło…
Jej mąż, Stanisław, zaczął ustawiać ochotników w długim szeregu.
— Idziemy powoli, obok siebie. Sprawdzamy ziemię przy łodygach. Latarki trzymajcie nisko. On nas nie usłyszy, ale może zobaczy światło.
Ruszyli.
Suche liście szeleściły o rękawy. Pod stopami czuli zmarznięte grudy ziemi. Światła przesuwały się między rzędami, zatrzymując na każdym kształcie, który choć trochę przypominał skulone zwierzę.
Co jakiś czas ktoś przystawał.
— Poczekajcie… tam coś jest.
Kilka latarek natychmiast kierowało się w to samo miejsce.
Ale to były tylko liście.
Poszukiwania trwały dalej.
Mijały godziny. Mróz coraz dotkliwiej dawał się we znaki. Wanda obserwowała poruszające się po polu światła, próbując wypatrzyć jakiś znak, iż wreszcie się udało.
O pierwszej czterdzieści w nocy jeden z mężczyzn zatrzymał latarkę przy ziemi.
U nasady łodygi kukurydzy leżał Korek.
Był zwinięty w ciasny kłębek i drżał. Na jego biało-czarnej sierści osiadł szron.
— Jest! Znalazłem go!
Mężczyzna przykucnął przed psem, żeby ten mógł go zobaczyć.
— Już dobrze, mały. Zabieramy cię do domu.
Podniósł go ostrożnie i od razu ruszył w stronę gospodarstwa. Pozostali rozstępowali się przed nim, oświetlając drogę.
Kiedy Wanda zobaczyła niesionego Korka, wyszła im naprzeciw.
— Jesteś… Boże, jesteś…
Wyciągnęła ręce. Jeszcze chwilę wcześniej gdzieś na tym ogromnym polu leżał jej pies, sam i zmarznięty. Teraz był przy niej.
Wokół stali sąsiedzi z zimnymi dłońmi i zaczerwienionymi od mrozu twarzami. Niektórzy przerwali próbę chóru. Inni zostawili domowe zajęcia. Każdy z nich dołożył własne kroki i własne światło do tych poszukiwań.
63 osoby wyszły w noc po jednego psa.
I wróciły razem z nim.
A ty wyszedłbyś przy minus siedmiu stopniach na wielkie pole, żeby pomóc odnaleźć czyjegoś zagubionego psa?











