Wędzonka pod zimowym płaszczem

newsempire24.com 1 dzień temu

„Pewnego listopadowego wieczoru ojciec przyniósł do domu całą wędzoną szynkę, schowaną pod zimowym płaszczem. Miałam osiem lat i nie rozumiałam, dlaczego matka kazała nam o tym milczeć jak zaklęte". Był koniec lat siedemdziesiątych, osiedle na obrzeżach Katowic, jeden z tych bloków z wielkiej płyty postawionych w pośpiechu przy hucie. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze, dwa pokoje, kuchnia, łazienka bez okna. Rodzina nie bogata, nie biedna. Jedna z setek w naszym bloku.

Ojciec pracował w hucie, matka w przychodni jako pielęgniarka. Ja chodziłam do trzeciej klasy. I spora część dorosłego życia kręciła się wokół zdania, które słyszało się wszędzie: „Rzucili coś?". Nie mówiło się „idę na zakupy". Mówiło się: „Zobaczę, czy coś dają". Kiedy w sklepie pojawiały się pomarańcze, wieść niosła się szybciej niż w radiu. Ktoś pukał do drzwi: „W Społem rzucili pomarańcze!" — „Gdzie?" — „Na rogu Mikołowskiej!". I kobiety z całej klatki zrywały się z siatkami. Czasem wracały z czymś. Czasem, po dwóch godzinach w kolejce, z pustymi rękami.

Nie rozumiałam, dlaczego kupienie jedzenia miało być takie trudne. Ale znałam już słownik tamtych czasów. „Rzucili". „Skończyło się". „Nie starczyło dla mnie". „Tylko jedno na osobę". I to najbardziej tajemnicze ze wszystkich: „Załatwił". Kiedy ktoś coś „załatwił", nie pytało się zbyt głośno skąd.

Tego wieczoru było zimno, na dworze leżał pierwszy śnieg, a z mieszkania pod nami czuć było węglem, choć u nas dawno było już centralne ogrzewanie. Siedziałam w kuchni przy stole nakrytym ceratą i odrabiałam zadanie z matematyki. Matka smażyła placki ziemniaczane. Drzwi do kuchni zostały zamknięte, żeby ciepło od kuchenki nie uciekało od razu do przedpokoju.

Około wpół do ósmej w zamku zgrzytnął klucz. Ojciec. Wszedł w brązowym zimowym płaszczu, jeszcze w czapce uszatce na głowie. „Jesteś?" — zawołała matka. „Jestem." Ale płaszcza nie powiesił jak zwykle na wieszaku w przedpokoju. Przyszedł prosto do kuchni. Popatrzył na mnie. Potem na matkę.

— Zamknij drzwi.

— Przecież są zamknięte.

— Dobrze.

Rozpiął płaszcz. Z jego wnętrza wyciągnął długi, zawinięty w papier pakunek i położył na stole. Natychmiast zapomniałam o zadaniu z matematyki.

— Co to jest?

Ojciec rozchylił papier. Matka znieruchomiała z łopatką w ręku.

— Skąd to masz?

— Ktoś mi dał.

To była cała wędzona szynka. Nie kilka plasterków. Nie końcówka. Cała.

— Kto ci to dał?

— Kolega.

— Jaki kolega?

— Z pracy.

— A za co?

— Pomogłem mu w czymś.

Matka zniżyła głos. — W czym?

Ojciec westchnął. — Kobieto, nie ukradłem tej szynki.

— Nie mówiłam tego.

— To co?

— Żebyś się w coś nie wpakował.

Ojciec zaczął się śmiać. — Jak jeszcze trochę popytasz, to zaniosę ją z powrotem. — Broń Boże — powiedziała tak szybko, iż wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem.

Nie potrafiłam pojąć, dlaczego kawałek wędliny wywołał taki poruszenie. Ale wiedziałam, iż to było coś wyjątkowego. Czegoś takiego nie kupowało się w zwykły wtorek. To było coś, co się „załatwiło". A o rzeczach załatwionych nie opowiadało się na całą klatkę.

Matka od razu spojrzała na mnie. — I jutro w szkole nikomu ani słowa.

— O czym?

— Że mamy wędzonkę.

— Dlaczego nie?

— Bo cała klatka nie musi wiedzieć, co mamy w lodówce.

— Ale czemu?

— Bo tak mówię.

Argument nie do zbicia u wszystkich matek mojego dzieciństwa.

Ojciec wziął nóż do chleba. — Chodźcie, spróbujemy. Matka go powstrzymała. — Czekaj, najpierw nakryję do stołu. Wyjęła żytni chleb z rana, już trochę zaschnięty na brzegach. Ukroiła trzy grube kromki. Potem ojciec pokroił szynkę. Cienko. Śledziłam każdy plasterek uważnie. Matka nałożyła po dwa plasterki na każdą kromkę. Sięgnęłam od razu. Ugryzłam. Lepiej pamiętam ten chleb niż smak samej szynki. I pamiętam, iż po pierwszym kęsie spojrzałam na matkę.

— Jeszcze trochę.

— Przecież masz.

— Ale zmieści się jeszcze jeden.

Ojciec się uśmiechnął. — Dołóż jej jeszcze jeden, Basiu. Matka nałożyła mi kolejny plasterek. Jadłam, mimo iż mogłabym połknąć ten chleb w sekundę, teraz każdy kęs osobno, tak jak się je coś, o czym nie wie się, kiedy pojawi się znowu. Ojciec też jadł. Matka wzięła swoją porcję. I przez parę minut nikt nic nie mówił.

Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Dwa razy, krótko. Matka znieruchomiała z widelcem w dłoni.

— Kto to o tej porze?

Ojciec wstał, poszedł do przedpokoju, wrócił. — Tylko Zenek z naprzeciwka, oddawał skrzynkę z narzędziami. Postawił obok drzwi małą metalową skrzynkę. Matka wypuściła powietrze słyszalnie, ale mimo to wstała i przełożyła papier z resztą szynki na szafkę nad lodówką, poza zasięgiem wzroku od drzwi.

— Heniek, to nie może tak leżeć na widoku, jak ktoś jeszcze zadzwoni.

— Nikt już nie zadzwoni.

— Skąd wiesz.

Wtedy ojciec zamilkł, jakby coś mu przyszło do głowy. — Słuchaj. — Co? — spytała matka, wciąż z oczami przy drzwiach. — Zawołaj panią Wandę. Matka na niego spojrzała. — Teraz? Po tym pukaniu? — Właśnie teraz. — Po co? Ojciec wskazał wzrokiem na szynkę. — Żeby też skosztowała. Matka zniżyła głos. — Heniek… a jak ktoś zobaczy, iż wychodzi od nas o tej porze? — Co niby ma zobaczyć? — Że przychodzi do nas. — Przecież i tak przychodzi. — Wieczorem, po takim pukaniu? Ojciec wzruszył ramionami. — To idź po cichu. I powiedz, żeby przyszła.

Pani Wanda mieszkała naprzeciwko, drzwi w drzwi z naszymi. Wdowa, mocno po siedemdziesiątce, drobna i chuda. Mąż zmarł jej kilka lat wcześniej, dzieci mieszkały gdzieś pod Wrocławiem i odwiedzały ją rzadko. Widywałam ją prawie codziennie na klatce. Wychodziła z siatką na zakupy. Czasem zamiatała przed drzwiami. Pukała do nas, żeby spytać, kiedy termin czynszu. Czasem matka zanosiła jej talerz żurku. Nie krewna. Po prostu pani Wanda z naprzeciwka.

Matka wyszła do przedpokoju. Wstałam natychmiast. — Zostań tu — powiedział ojciec. Oczywiście nie zostałam. Podkradłam się do drzwi kuchni. Usłyszałam, jak matka po cichu otwiera zamek, najpierw uchyla drzwi na szparę, upewnia się, iż klatka pusta, i dopiero wtedy otwiera całkiem. Nie zadzwoniła do starszej pani. Zapukała, dwa razy, delikatnie. Po chwili drzwi się otworzyły.

— Pani Wando… — matka mówiła prawie bezgłośnie.

— Tak, dziecko?

— Niech pani przyjdzie na chwilę do nas.

— Coś się stało?

— Nie. Niech pani przyjdzie.

— Teraz?

— Teraz. Tylko tak, żeby pani nic nie mówiła.

Wtedy nie rozumiałam, po co ta tajemniczość. Później pojęłam nastrój tamtych lat. Uważało się, co się ma, skąd się to ma i przede wszystkim komu się o tym opowiada. To, co dostało się „spod lady", mogło wzbudzić zazdrość, pytania, plotki — a nikt w bloku nie chciał, żeby doniesiono do administracji o parę plastrów szynki.

Po chwili weszła pani Wanda. Miała na sobie ciemny szlafrok, a na wierzchu sweter.

— Co się dzieje?

— Nic — powiedział ojciec. — Niech pani usiądzie.

— Ludzie, wystraszyliście mnie.

Matka zamknęła drzwi wejściowe, przekręciła klucz. Potem drzwi do kuchni. Pani Wanda usiadła. Wtedy zauważyła szynkę, wciąż na szafce nad lodówką. Popatrzyła na nią. Potem na ojca.

— Co to jest?

— A co ma być? — ojciec się uśmiechnął, zdjął papier i położył z powrotem na stole.

Starsza pani pochyliła się trochę do przodu. — To wędzonka?

— Ona sama.

— Skąd to masz?

Ojciec wybuchnął śmiechem. — Jak pani też zacznie jak moja żona, to schowam z powrotem. Pani Wanda przyłożyła dłoń do ust. — Boże drogi… Nie jadłam takiej od… Urwała. Sama już nie pamiętała od kiedy.

Matka wzięła chleb, ukroiła kromkę. Ojciec nałożył kilka plasterków szynki. — Proszę, pani Wando. Starsza pani od razu machnęła ręką. — Nie, nie. Wy jedzcie. Macie dziecko. — Wystarczy dla wszystkich. — Zostawcie, ja już jadłam. Ojciec na nią popatrzył. — Co pani jadła? — Jadłam coś. — Co? Pani Wanda uśmiechnęła się zakłopotana. — Trochę ziemniaków. Ojciec przysunął jej talerz. — To teraz zje pani też szynkę. — Nie, naprawdę… — Pani Wando. — Powiedział to, nie podnosząc głosu. — Niech pani je.

Starsza pani wzięła kromkę. Najpierw ugryzła ostrożnie. Żuła.

— Smakuje? — spytałam.

Roześmiała się. — Smakuje, dziecko. Ugryzła jeszcze raz. Matka nałożyła jej kolejną kromkę. — Wystarczy. — Weź jeszcze. — Nie, bo jeszcze zjem dziecku wszystko. Spojrzałam od razu na ojca, bo wypowiedziała dokładnie to, co chodziło mi po głowie. Ojciec musiał zauważyć minę na mojej twarzy. — Dziecko ma jeszcze. — Ale takiego czegoś dziś nigdzie nie dostać… — Właśnie dlatego panią zawołałem. Starsza pani na niego popatrzyła. — Heniek, ale po co? Ojciec wzruszył ramionami. — Żebyśmy zjedli razem. Nic więcej.

Nie było wielkiej mowy, uniesionego palca. Po prostu siedzieli przy stole. Jedli chleb z szynką. Matka pokroiła jeszcze cebulę. Ojciec przyniósł trzy małe kieliszki i nalał dorosłym trochę wina. Ja dostałam herbatę miętową. I przez pół godziny w naszej ciasnej blokowej kuchni panowało coś na kształt święta.

W pewnym momencie pani Wanda powiedziała: — Nie kładźcie mi już więcej. — Dlaczego? — Za dużo już zjadłam. — Weźcie jeszcze. — Nie. A potem dodała: — Zostawcie, żeby na jutro coś zostało dla was. Dobrze, iż mogłam sobie przypomnieć, jak to smakuje.

Ojciec nic na to nie powiedział. Mimo to nałożył jej jeszcze jeden plasterek.

Kiedy wychodziła, matka wyszła najpierw na klatkę, spojrzała w lewo, potem w prawo, zanim skinęła na panią Wandę, żeby wyszła. W połowie drogi do jej drzwi rozległy się kroki na schodach, ktoś szedł na górę. Matka popchnęła panią Wandę ręką w plecy, żeby przyspieszyła. To był tylko pan Krawiec z drugiego piętra, z teczką, który krótko przywitał się i poszedł dalej, nie zatrzymując się. Matka poczekała, aż jego drzwi się zatrzasnęły, zanim odetchnęła.

Pani Wanda przed swoimi drzwiami odwróciła się jeszcze raz. — Dziękuję. Ojciec pomachał jej. — Dobranoc, pani Wando. Jej drzwi zatrzasnęły się.

Wróciliśmy do kuchni. Podbiegłam prosto do stołu. Obejrzałam resztę szynki. Wyraźnie zrobiła się mniejsza.

— Tato…

— Co?

— Po co ją zawołałeś?

— Jak to po co?

— Mieliśmy z tego jeszcze na kilka dni.

Ojciec na mnie popatrzył. — Mieliśmy.

— To po co?

Usiadł. — Smakowało ci?

— Tak.

— Mamie smakowało?

Kiwnęłam głową. — Mnie smakowało.

Wtedy wskazał na drzwi naprzeciwko. — Jej smakowało mniej?

— Nie.

— No to?

Ta logika mi nie wystarczała. — Ale przecież sami mamy tego mało.

Ojciec bez słowa nałożył mi jeszcze jeden plasterek szynki na brzeg talerza, jakby to była jedyna odpowiedź, jaką miał.

Następnego ranka matka znowu zrobiła chleb z szynką. Dwie kromki dla mnie. Kilka dla ojca. Zauważyłam, iż sobie nie przygotowała nic.

— A ty?

— Ja próbowałam przy krojeniu.

Idź do oryginalnego materiału