Wodospad Kaliny, który zabrał jej ojciec

newsempire24.com 3 dni temu

Notariusz dokończył czytać testament Wawrzyńca Kalinowskiego i w kancelarii zapadła taka cisza, iż słyszało się deszcz uderzający w okna przy ulicy Garbarskiej w Jaśle. Dwadzieścia trzy lata, czarna sukienka po matce, zbyt krótkie rękawy — Marianna Kalinowska siedziała wyprostowana na twardym krześle i patrzyła na pana Dobrowolskiego, jakby to on był winny temu, co właśnie usłyszała.

Jej bracia, Konrad i Tymon, dostali wszystko. Dom z czerwonej cegły na Podzamczu, dwa hektary sadu jabłoniowego, stodołę, traktor Ursus, który ojciec kupił na kredyt w dziewięćdziesiątym ósmym i spłacał jeszcze pięć lat. Marianna dostała wodospad. Mały, prawie nikomu nieznany, na Potoku Kaliny, głęboko w lesie nad Żmigrodem, tam gdzie ojciec zabierał ją czasem w dzieciństwo, żeby „posłuchać, jak woda mówi".

— Córce, Mariannie Kalinowskiej — przeczytał notariusz z lekkim zakłopotaniem, — zapisuję ostatnią, niezabudowaną parcelę leśną, znaną jako Wodospad Kaliny, wraz z potokiem, skałami i mgłą, która nad nim wstaje. Niech znajdzie w jego głosie spokój, którego ja nie znalazłem.

Konrad się zaśmiał, krótko, przez nos.

— No to masz, Marychna. Szumi, pluszcze, i tak jak ty — nic z tego nie wynika.

Jego żona, Beata, zasłoniła usta dłonią, ale oczy jej się śmiały. Tymon wbił wzrok w podłogę. Z dwóch braci to on bywał czasem miły — podał jej raz parasol na przystanku, pomógł z lekcjami, kiedy miała dwanaście lat. Ale dzień wcześniej, kiedy Beata powiedziała jej, iż jej pokój „będzie teraz na rzeczy z piwnicy", Tymon stał obok i nic nie powiedział. Grób ojca choćby nie zdążył osiąść, a w domu już znaleziono miejsce na jej nieobecność.

— Czy są jakieś podatki od tej działki? — zapytała Marianna, kiedy podano jej akt.

— Symboliczne. Gmina uznaje teren za nieprzydatny gospodarczo.

— Da się tam coś uprawiać?

— Nie.

— Wyciąć las na drewno?

— Nieopłacalnie, zbyt stromo i kamienisto.

— A woda? Może na coś się przyda, młyn, cokolwiek?

Notariusz zawahał się.

— Potok jest zbyt płytki powyżej spadku i zbyt gwałtowny poniżej.

Konrad parsknął znowu.

— Ojciec zapisał ci widok.

Widok to luksus dla kogoś, kto ma okno. Marianna nie miała już choćby pokoju. Podpisała akt, ręka zadrżała jej tylko raz.

Na ulicy Tymon dogonił ją pod sklepem.

— Sprzedaj to komuś. Darek Zalewski kupuje teraz ziemię po całej gminie, może dałby ci parę tysięcy za samo drewno.

— Tam nie ma drewna wartego wycinki.

— To da ci pieniądze za sam papier.

— Dlaczego miałby płacić za coś bezwartościowego?

Tymon spojrzał w bok.

— Beata nie chce, żebyś dłużej siedziała w domu. Mówi, iż robi się niezręcznie.

— Tata umarł w tym domu trzy dni temu.

— Nie o to jej chodzi.

Chodziło jej dokładnie o to, iż obecność Marianny przypominała wszystkim, iż dom nie zawsze należał do Konrada. Marianna zabrała od stryjka starego konia gospodarczego, Hetmana, jedyne zwierzę wymienione w testamencie z imienia, i poszła z nim na stację paliw kupić latarkę i zapałki.

Tej nocy spała w wynajętej stajni za sprzątanie boksów, otulona kocem matki, pachnącym sianem i wilgocią. Myślała o ojcu, jakim był, zanim choroba go wysuszyła: wysoki, małomówny, wracający z lasu z błotem na butach i dziwnymi przedmiotami w kieszeniach — niebieskim piórem sójki, kamieniem pokreślonym żyłkami kwarcu, zasuszonym kwiatkiem między dwoma kartkami papieru. Nigdy nie wyjaśniał, dlaczego to zbierał.

Czy ją kochał, nigdy nie powiedział wprost. Ostrzył jej nóż myśliwski. Naprawiał jej buty. Kładł najsuchsze polano przy jej łóżku w zimowe noce. Uczyła się go tłumaczyć. Teraz jego ostatnie słowo brzmiało jak zdanie w języku, którego nie umiała przeczytać.

Następnego ranka sprzedała cztery srebrne guziki z sukienki matki i kupiła namiot, garnek, mąkę, fasolę, naftę. Przy wyjściu ze sklepu czekał na nią Darek Zalewski, mężczyzna w ciemnym płaszczu, ze złotym zegarkiem na łańcuszku, który od trzech lat wykupywał małe gospodarstwa w okolicy od ludzi po nieurodzaju albo długach.

— Panno Kalinowska, słyszałem, iż pani teraz właścicielka ziemska.

— Jestem.

— Mógłbym panią uwolnić od tego kłopotu. Pięćset złotych za całą parcelę.

— Wczoraj mój brat myślał, iż dostanę od pana góra dwieście.

— Dzisiaj to pani szczęśliwy dzień.

— Albo pański. — Zarzuciła pakunki na siodło Hetmana i odeszła, nie czekając na odpowiedź.

Wodospad znajdowała się kilka kilometrów na północ od wsi, za opuszczoną drogą leśną, pod szczytem zwanym Kiczorą. Słychać ją było, nim się ją zobaczyło — najpierw jak wiatr w koronach, potem jak dudnienie, które wchodziło w ziemię, a potem w kości. Kiedy Marianna wyszła na skalny próg, zobaczyła wodę spadającą z trzydziestu metrów w srebrzystej zasłonie, bijącą w kocioł głazów z taką siłą, iż mgła unosiła się nad nimi jak oddech.

Było to piękne. Było to też rozpaczliwe. Żadnego skrawka ziemi na chatę. Gleba kwaśna i cienka, skały mokre i śliskie. Marianna usiadła na kamieniu i powiedziała na głos, do nikogo:

— Tato, wiedziałeś.

Rozbiła namiot między trzema głazami, osłonionymi częściowo od rozpylonej wody. Ogień dymił bardziej, niż się palił. Przez tydzień uczyła się, czego ta ziemia nie chce dać — suchego drewna, bezpiecznego połowu pstrągów w prądzie, jagód rosnących tylko wysoko na grzbiecie. Dłonie pokryły się pęcherzami, potem stwardniały.

Szóstego dnia wróciła do wsi po sól i owies. Pod warsztatem stał Konrad.

— Zrobiłaś już swoje przedstawienie. Wróć i przeproś Beatę.

— Za co?

— Za to, iż jesteś trudna.

— Tata tam umarł.

— Nie o tym mówię.

Odeszła, kolana miała jak z waty, ale nie zwolniła kroku. Na skraju wsi, na ganku siedziała Zofia Wróblewska, najstarsza mieszkanka Żmigrodu, znana z tego, iż pamięta każde narodziny i każdy nieoddany dług z pięćdziesięciu lat.

— Sypiasz przy wodzie — powiedziała Zofia. Nie było to pytanie.

— Tak.

— I co, dogadujecie się?

— Dudni całą noc. Nie dam się jej.

— To słyszy większość ludzi, dziecko. — Zofia odłożyła robótkę na kolana i popatrzyła w stronę Kiczory, jakby tam coś zgubiła. — Twój ojciec całe życie coś budował. Mur, płot, szopę. Zawsze mi mówił, iż najlepsza robota to ta, której nikt nie zauważy, dopóki nie trzeba.

— Co to ma do rzeczy?

— Może nic. — Wzięła z powrotem druty. — Ale ja bym tam dłużej posłuchała, zanim stwierdzisz, iż tylko dudni.

Tej nocy, leżąc w namiocie, Marianna zaczęła słyszeć pod rykiem wody coś innego. Niski, pusty ton, nieregularny, zależny od wiatru i kąta, pod jakim strumień bił w skałę. Wyszła boso na mokre kamienie. Usłyszała to znowu. Nie echo. Pustka za wodą.

Hetman zaczął stawać na płaskim kamieniu przy północnej ścianie wąwozu, uszami odwrócony w stronę najgęstszej części kaskady.

Przez kilka dni Marianna rysowała węglem skałę na kawałkach papieru i zauważyła linię ciemnego mchu, biegnącą ukośnie, zbyt regularną, by była przypadkowa — jak stopnie wyżłobione przez wielokrotne wdrapywanie się. Wtedy wróciło wspomnienie z dzieciństwa: siedziała przy kominku, miała siedem lat, ojciec rzeźbił ptaka z lipowego drewna.

— Dlaczego drozd buduje gniazdo za szopą, a nie na jabłoni, gdzie są wygodniejsze gałęzie? — spytała.

— A dlaczego miałby pokazywać wszystkim, gdzie trzyma jajka — odpowiedział, nie przerywając rzeźbienia. — Czasem drzwi wyglądają jak ściana. Trzeba się nauczyć je widzieć, a nie każdy ma na to czas.

Jedenaście lat później, z nożem do drewna leżącym gdzieś w piwnicy brata, to zdanie nagle przestało być o ptaku.

Przez dwa dni przygotowywała przejście. Przeciągnęła pień jesionu, wycięła w nim stopnie, obwiązała liną przywiązaną do starego buka na krawędzi urwiska, sprawdziła węzeł trzykrotnie. O świcie, z latarką i zapałkami w nieprzemakalnym woreczku, zaczęła wspinaczkę.

Mech skrywał kamienie, wiatr wyciskał jej oddech z płuc. W połowie skalnej półki stopa jej się ześlizgnęła, lina napięła się na pasie — palce złapały suchą szczelinę. Przywarła do skały, czekając, aż drżenie w rękach minie. Jedna ręka. Jedna noga. Jeden oddech. Dalej.

Przy samym sercu kaskady znalazła suchą półkę skalną, poszerzoną narzędziami — widać było po śladach dłuta pod mchem. Za zasłoną wody czekał czarny otwór, z którego płynęło chłodne, suche powietrze z zapachem sosnowej żywicy i starego dymu.

Druga zapałka się zapaliła. Światło latarki padło nie na jaskinię, ale na izbę.

Tylna ściana była żywą skałą, przednia — zbudowana z kamieni rzecznych i drewna, dopasowanego ciesielsko. Przez szczelinę w skale szedł komin. Podłoga z desek. Żeliwny piecyk w kącie, drewno ułożone równo przy nim. Łóżko z kocem wełnianym, suchym i czystym. Stół, krzesło, miska do mycia. A na ścianach — półki od podłogi do sufitu, pełne książek, zeszytów w skórzanych okładkach, suszonych kwiatów, kamieni, słoików z chrząszczami, każdy opisany starannym charakterem pisma Wawrzyńca Kalinowskiego.

Na blacie leżał otwarty dziennik. Marianna przesunęła palcami po stronie. Pismo było jego, choć nigdy nie widziała go piszącego cokolwiek dłuższego od listy zakupów. Tu — eleganckie, dokładne, obserwacje o pstrągach, jastrzębiach, storczykach, prowadzone od dwudziestu trzech lat.

Przewróciła stronę. Rysunek dziewczynki z zawadiacko zadartym podbródkiem i krzywym warkoczem. Podpis: Marianna, dziewięć lat. Zauważa to, czego inni nie widzą. Niech świat nigdy jej tego nie odbierze.

Usiadła na krześle, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. W okładce dziennika był list.

Córko,

Jeśli to czytasz, to znaczy, iż wysłuchałaś. Wierzyłem, iż to zrobisz.

Świat widział we mnie leśnego dziada, i pozwoliłem na to, bo wyjaśnienia często zachęcają ludzi do zabrania tego, na co nie zasłużyli. Ta izba zawiera pracę całego mojego życia. Nie zbierałem tych rzeczy, żeby posiadać las. Zbierałem je, bo uwaga jest formą wdzięczności.

Nie dałem ci wielu rzeczy, które ojciec powinien dać. Milczenie było dla mnie łatwiejsze niż czułość, i boję się, iż pomyliłaś jedno z drugim. Za to przepraszam.

Wodospad nie jest twoim spadkiem. Jest drzwiami do niego.

To, co woda chroni, należy do ciebie.

Rób z tym to, czego wymaga rozsądek i dobroć.

Twój ojciec, Wawrzyniec.

Marianna przeczytała list trzy razy. Potem zgięła się nad stołem, czoło na przedramieniu, i płakała tak, iż piecyk zahuczał od przeciągu, kiedy otworzyła usta za szeroko, łapiąc powietrze. Palce zaciskały się na kartce listu, odpuszczały, zaciskały znowu, żeby nie zgnieść papieru, choć chciała go zgnieść, przycisnąć do siebie, zjeść te litery.

Na półce przy piecyku znalazła konserwy, mąkę w blaszanych pudłach, suszone jabłka, sól, naftę, zapas drewna na tygodnie. Pył na nich wskazywał, iż ułożył je miesiące wcześniej — przed chorobą. Wiedział, iż umiera. Wiedział też, jacy są jego synowie. Gdyby Konrad albo Tymon wiedzieli o tej izbie, zabraliby zawartość. Gdyby wiedział Zalewski, kupiłby ziemię, nim Marianna tam dotarła. Bezwartościowy wodospad chronił wszystko, co było za nim.

Tej jesieni nadeszła burza, jaka nie zdarzyła się w Żmigrodzie od lat. Dwa dni ulewy, potok Kaliny zbrązowiał od zmytej gleby, kaskada zgęstniała w huczącą ścianę. Trzeciego dnia, kiedy deszcz na chwilę zelżał, Marianna usłyszała przez otwór obserwacyjny w przedniej ścianie krzyk.

Po drugiej stronie wezbranego potoku leżała przewrócona przyczepka rolnicza, koło kręciło się bez sensu w powietrzu. Kobieta trzymała chłopca pod zerwaną plandeką, a woda między nimi i ścieżką rosła z minuty na minutę.

Marianna chwyciła linę, dwa koce, płaszcz. Przeprawiła się przez zasłonę wodną na zewnętrzną półkę i rzuciła linę przez najwęższy odcinek prądu.

— Tutaj! — zawołała.

— Mostek zniknął! Syn nie umie pływać!

— Nie będzie musiał. Owiąż go pod ramionami, drugi węzeł w pasie!

Chłopiec nazywał się Olek, miał osiem lat i zesztywniał ze strachu, kolana miał przyciśnięte do klatki piersiowej, jakby chciał się zmieścić w sobie samym.

— Patrz na mnie, nie na wodę — powiedziała Marianna, nawijając linę na przedramię, jeden zwój po drugim. — Twoja mama pójdzie za tobą, ja ciągnę z tej strony. Możesz zamknąć oczy, ale nie puszczaj liny.

Przeciągnęła chłopca przez prąd, ramiona jej płonęły od wysiłku, dłonie drżały jeszcze długo po tym, jak puściła linę, a potem razem z nim wyciągnęła jego matkę, Danutę Mazur. Ukryła oboje w izbie za wodospadem, rozpaliła piecyk, podała gorący rosół z konserwy, którą ojciec zostawił na dnie najwyższej półki.

— Gdzie my jesteśmy? — spytała Danuta, trzymając kubek obiema rękami, nie odrywając oczu od półek z książkami.

— W Wodospadzie Kaliny. U mojego ojca.

— Mówili, iż ten leśniczy nic po sobie nie zostawił.

— Mówili też, iż spadek jest bezwartościowy. — Marianna dołożyła drewna do piecyka. — Ludzie we wsi gadają różne rzeczy, kiedy nie chcą się zmokli sprawdzać.

Burza trwała jeszcze dwa dni. Kiedy się skończyła, na górną ścieżkę wyszedł mąż Danuty z grupą poszukiwaczy, a wśród nich był Tymon. Historia rozniosła się po Żmigrodzie szybciej niż powódź.

Darek Zalewski ogłosił w barze przy piwie, iż to niemożliwe, iż „przerażona baba pomyliła sobie, co się jej śniło, z tym, co było". Danuta usłyszała to przez otwarte okno, weszła, postawiła torbę z zakupami na jego stoliku i powiedziała:

— Byłam tam dwa dni. Pan był tu, z kielonkiem. Niech pan sam zgadnie, kto wie lepiej.

Na żądanie wsi geodeta gminny, pan Rybicki, wraz z grupą świadków — w tym Tymonem i, niechętnie, Zalewskim — wszedł do izby za wodospadem. Godzinę rozkładał na stole stare mapy ojca obok aktu notarialnego, mierzył, przestawiał okulary na nosie, aż w końcu powiedział:

— Działka obejmuje wodospad, źródło, skarpę i pas pięćdziesięciu metrów od wody. Ta konstrukcja leży całkowicie na gruncie panny Kalinowskiej.

Zalewski próbował argumentować prawami do drewna i dostępu drogowego — gmina planowała przez tę skarpę drogę leśną, miałby z niej dojazd do działek po drugiej stronie wzniesienia. Marianna odnalazła w dzienniku ojca notatki o osunięciu ziemi z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku, podklejone listem geologa z Krosna: ta sama skarpa już raz ruszyła. Na rozprawie gminnej w Jaśle rozłożyła te papiery na stole razem z zeszytem opadów, który ojciec prowadził codziennie przez dwadzieścia trzy lata, licząc choćby deszcz, który padał tylko pół godziny.

— jeżeli droga usunie drzewa trzymające tę skarpę — powiedziała, kładąc palec na dacie z osiemdziesiątego czwartego — to drugi raz zejdzie tak samo, tylko teraz zablokuje potok i zaleje gospodarstwa niżej w dolinie.

Wniosek Zalewskiego o prawo przejazdu odrzucono jednogłośnie, czterema głosami do zera, z jedną nieobecnością. Wyszedł z sali, nie patrząc na nikogo, zapalił papierosa już w drzwiach. Dwa lata później sprzedał grunty jakiemuś deweloperowi z Rzeszowa i wyjechał z gminy; nikt nie zapytał dokąd.

Tymon przyszedł do wodospadu sam, bez zapowiedzi, w gumiakach ojca, które chyba znalazł w stodole.

— Powinienem przyjść wcześniej — powiedział, nie siadając.

— Do rozprawy?

— Do… no, ogólnie. — Obracał w rękach czapkę. — Pozwoliłem, żeby cię wyrzucili z domu. Mówiłem sobie, iż to nie moja sprawa, iż Beata, iż Konrad, iż ja tylko mieszkam.

— Było wygodnie tak myśleć.

— Było. — Wzruszył ramionami, jakby to coś wyjaśniało. — Nie umiem tego naprawić. Mogę naprawić ścieżkę przy wejściu, ta deska się rusza.

— Możesz naprawić ścieżkę. Dzienniki możesz czytać, kiedy ja tu jestem. Nic nie wychodzi z izby, Tymek.

— No jasne. Jasne, iż nie.

Konrad nie przyszedł nigdy. Kiedy parę lat później Tymon przyprowadził potajemnie jego najstarszą córkę, Zosię, z zeszytem w szkolnej teczce i śladami kredek na rękawie, Marianna nie odesłała jej z niczym. Usiadły razem na półce skalnej i uczyła ją, jak rysować strukturę pióra sójki, jedna linia za drugą, i jak zapisywać pogodę po polsku, nie znakami, tylko zwykłymi słowami — deszcz, przejaśnienie, szron na trawie.

Kolekcję — dzienniki, mapy, zasuszone rośliny w pudełkach po cukrze — Marianna zarejestrowała w gminie jako zbiór chroniony, bez prawa podziału czy sprzedaży. Pożyczała zeszyty nauczycielce z podstawówki w Żmigrodzie i dwóm rolnikom z sąsiedztwa, którym notatki o źródłach podziemnych pomogły znaleźć wodę w roku suszy. Muzeum z Krakowa pisało trzy razy, proponując przeniesienie całej izby do gablot. Odpisała raz:

— Niech panowie przyjedą i zobaczą, gdzie to stoi. Wtedy sami panowie powiedzą, iż się nie da przenieść.

Sąsiad z południowej granicy działki, Bartek Nowicki, dwadzieścia sześć lat, zaczął pomagać przy naprawie mostka po burzy. Stracił przy tym dwa drzewa owocowe, które powódź wyrwała z jego pola razem z korzeniami, i nigdy o tym nie wspomniał, dopóki Marianna sama nie zobaczyła dziury w ziemi i nie zapytała.

— A, te. — Machnął ręką. — Stare grusze, i tak nie rodziły.

Z czasem to on zapytał, trochę niezręcznie, obracając w rękach siekierę, czy mogliby postawić mały dom na polanie nad wąwozem, bo izba za wodospadem jest zimna zimą, a wspinaczka po mchu nie będzie łatwiejsza, kiedy się zestarzeją.

— Ludzie powiedzą, iż żenisz się z działką — zauważyła Marianna.

— Mam swoją ziemię, nie potrzebuję twojej.

— Powiedzą, iż ja wyszłam za ciebie, bo sama nie dałam rady.

— Niech mówią. — Wzruszył ramionami. — Ty tu przeżyłaś sama dwie zimy. Kto cię trochę znał, ten się z tego będzie śmiał.

Pobrali się wiosną, przy wodospadzie, w dzień, kiedy woda jeszcze niosła resztki topniejącego śniegu i była głośniejsza niż zwykle. Zofia Wróblewska przyjechała na wózku, który pod górę nieśli Tymon i sklepikarz Pruszyński, kłócąc się całą drogę, kto bardziej się męczy. Danuta Mazur przyniosła bukiet polnych kwiatów owiązany sznurkiem od pieczywa. Olek, już o głowę wyższy, niósł obrączki w kieszeni spodni, bo zgubił pudełeczko.

Dom na polanie postawili niewielki, dwa pokoje, okno od strony wodospadu tak duże, iż szyba drżała, kiedy wiatr niósł rozpylaną wodę aż tutaj. Izba w skale pozostała miejscem pracy Marianny — tam, nie w domu, trzymała dzienniki. Hetman dożył swoich dni w ciepłej zagrodzie przy sadzie Bartka; kiedy padł, pochowała go pod jesionem nad ścieżką i wyryła nożem na płaskim kamieniu: Zauważył pierwszy.

Co roku w rocznicę powodzi Olek Mazur, już dorosły, przyjeżdżał w góry starym autem i pomagał Mariannie donosić koce, suche drewno i konserwy do schronisk, które postawiła wzdłuż leśnej drogi — trzy skrzynki, każda z drogowskazem w stronę wodospadu.

— Czemu zostawiać zapasy, gdzie każdy może je zabrać, choćby nie zapytać? — rzucił raz kupiec z wioski, kiedy mijali jego sklep z sankami pełnymi koców.

— Bo ja wiem, jak to jest, kiedy nikt nie wie, iż jesteś w wodzie — odpowiedziała Marianna i poszła dalej.

Kiedy urodziła się jej córka, Marianna nie skryła przed nią izby. Zaniosła ją za wodospad, owiniętą w ten sam koc matki, nim dziewczynka nauczyła się chodzić, a kiedy córka miała dwanaście lat, usiadły na starych stopniach wyciosanych w jesionowym pniu i Marianna opowiedziała jej wszystko — mapy, dzienniki, akt notarialny, Konrada, namiot, Zalewskiego i jego pięćset złotych.

— To będzie kiedyś twoje — powiedziała na koniec.

— Jesteś chora albo coś? — Córka odstawiła kubek z herbatą tak szybko, iż część się wylała.

— Nie. Mówię ci teraz, zanim zacznie ci się wydawać, iż to tajemnica, a nie zwykła sprawa do ustalenia.

Pokazała jej bezpieczną ścieżkę i tę niestabilną, zapasy ratunkowe w trzech skrzynkach, grób Hetmana pod jesionem. Rozłożyła na stole akt notarialny, przytrzymała róg dłonią, żeby się nie zwinął.

— Papier mówi, iż to nasze — powiedziała. — Ale papier nie jest cały czas tutaj, przy wodzie. My jesteśmy. To trochę inna sprawa.

Wieczorem, kiedy ostatnie światło przeszło przez zasłonę wodną i rozlało się po stole z mapami ojca drobnymi, drgającymi plamkami, Marianna siedziała z Bartkiem przy piecyku i czytała dzienniki na nowo, od pierwszej strony. Za oknem, w ciemniejącym wąwozie, Hetmanowy kamień bielał coraz słabiej, aż zniknął razem z resztą polany. Odłożyła zeszyt na stół, przycisnęła go dłonią, żeby strony się nie zawinęły od przeciągu, i zostawiła otwarty na tej samej stronie z rysunkiem dziewczynki o zawadiackim podbródku.

Idź do oryginalnego materiału