Zawsze wiedziałam, iż teściowa mnie nie lubi. Ale przez dziesięć lat myślałam, iż to kwestia charakteru. Że po prostu taka jest — szorstka, wymagająca, zawsze z tą swoją uwagą na temat zupy albo kurzu na parapecie. Moja mama mówiła: „Nie przejmuj się, Anka, niektóre kobiety po prostu nie potrafią oddać syna innej”. Wierzyłam w to. Przez dziesięć lat.
A potem usłyszałam jedno zdanie.
Była niedziela. Obiad się kończył, Marek zbierał talerze, a pani Grażyna została przy stole ze swoją szklanką kompotu. Poszłam do kuchni po ciasto. Wróciłam szybciej, niż się spodziewały. Usłyszałam, jak mówi ściszonym tonem do syna:
— Wiesz, Mareczku, ja coraz częściej myślę, iż ty siebie nie doceniasz.
Zatrzymałam się w progu. Ona siedziała tyłem. Nie widziała mnie.
— Co masz na myśli? — zapytał.
— No sam popatrz. Pracujesz na dwóch etatach. Dom utrzymujesz. A z kim żyjesz? Z kobietą zmęczoną, wiecznie bez uśmiechu. Obiad prosty. Mieszkanie bez połysku. Ty po prostu zasługujesz na coś lepszego.
Na coś lepszego.
Nie na kogoś. Na coś. Jakby chodziło o wymianę starego fotela na nowy model.
Stałam z tym talerzem sernika i patrzyłam na własne dłonie. Te same, którymi codziennie po dwanaście godzin układałam dokumenty w przychodni na Grochowskiej. Którymi doiłam krowy u jej siostry pod Grójcem, kiedy prosili o pomoc przy gospodarstwie. Którymi przez dziesięć lat prałam, prasowałam, cerowałam, gotowałam te jej nieszczęsne niedzielne rosoły.
Marek mruknął coś pod nosem. Nie usłyszałam co. Ale usłyszałam ton. Nie był oburzony. Był zmęczony. Jakby słyszał to już wiele razy.
Weszłam do pokoju. Pani Grażyna zerknęła na mnie i nie poczułam potrzeby, żeby się uśmiechnąć. Postawiłam sernik na środku stołu i usiadłam.
— Niech pani powtórzy — powiedziałam. — Co dokładnie powinnam poprawić?
Zamurowało ją. Marek znieruchomiał z talerzem w ręku.
— Aniu, no co ty… — zaczęła.
— Nie, naprawdę. Chcę wiedzieć. Skoro jestem niewystarczająca, to niech mi pani wytłumaczy, nad czym mam pracować.
Zza ściany dobiegł zgrzyt przesuwanego krzesła. Pani Grażyna poprawiła włosy.
— No… kobieta powinna dbać o dom.
— Dbam.
— Można lepiej.
— Jak?
Zawahała się.
— Na przykład Beata, żona Tomka…
— Nie znam Beaty. Nie wiem, ile pracuje, na co choruje i jak wygląda jej życie. Proszę mnie z nią nie porównywać.
Marek odstawił talerz.
— Anka, przestań. Po co to napięcie?
Popatrzyłam na niego.
— Napięcie było tu zawsze, Marek. Tylko wcześniej ja je nosiłam. Sama. Żebyś ty nic nie czuł.
Wieczorem, kiedy teściowa wyszła, Marek siedział na kanapie i patrzył w telewizor. Nie na mnie.
— Mogłaś to przemilczeć.
Stałam przy oknie i patrzyłam na parking pod blokiem. Na autobus linii 164, który właśnie podjeżdżał pod przystanek.
— Mogłam.
— Zawsze milczałaś.
— Właśnie.
— Więc czemu teraz?
Odwróciłam się.
— Bo jestem zmęczona.
Skrzywił się.
— Ciągle to słowo.
— Jakie?
— Zmęczona.
Podeszłam do szafy. Wyciągnęłam dużą torbę — tę, z którą jeździliśmy do jego rodziców na działkę pod Mińskiem Mazowieckim. Zaczęłam układać jego ubrania.
— Co ty robisz?
— Pomagam ci się spakować.
Wstał.
— Anka, zwariowałaś?
— Nie. Po prostu chcę sprawdzić, ile rzeczy w tym domu faktycznie należy do ciebie.
— Wyrzucasz mnie?
Położyłam jego sweter na wierzchu.
— Nie wyrzucam. Pomagam ci znaleźć tę lepszą. Tę, na którą podobno zasługujesz.
Następnego dnia Marek pojechał do matki. Bez torby. Wrócił po trzech godzinach i usiadł przy stole w kuchni. Patrzył, jak obieram ziemniaki.
— Rozmawiałem z mamą.
— Wiem.
— Powiedziała, iż znajdzie mi kogoś odpowiedniego.
— I co?
— I wtedy zrozumiałem, iż ona nigdy nie pytała, czy ja jestem szczęśliwy.
Odłożyłam obieraczkę.
— A ty pytałeś?
Milczał długo.
— Nie — powiedział w końcu. — Myślałem, iż jak nie ma awantur, to znaczy, iż jest dobrze.
— Czasami ludzie milczą nie dlatego, iż jest dobrze. Tylko dlatego, iż nie mają już siły mówić.
Skinął głową, wstał i podszedł do mnie.
— Chcę wrócić.
— Nie tak szybko. Nie możesz wrócić tylko dlatego, iż mama się pomyliła. Musisz wrócić, bo wiesz, dlaczego jesteś tutaj.
Marek został u znajomego jeszcze dwa tygodnie. Przychodził codziennie. Najpierw tylko rozmawialiśmy. Potem sam zaczął zmywać naczynia. Kiedyś zadzwoniła pani Grażyna i zapytała, czy umiem już „przyzwoicie gotować”. Marek wziął telefon.
— Mamo — powiedział. — Mnie smakuje. I koniec.
To było krótkie zdanie. Ale ważyło więcej niż wszystkie jego wcześniejsze słowa.
Po miesiącu teściowa przyszła bez zapowiedzi. Stanęła w progu i podała mi słoik konfitur z czarnej porzeczki. Jej specjalność.
— Byłam wobec ciebie niesprawiedliwa.
— Tak — powiedziałam spokojnie. — Była pani.
Przełknęła ślinę.
— Chciałam dla niego jak najlepiej.
— Wiem. Tylko nigdy nie zapytała pani, co on uważa za najlepsze.
Usiadła przy stole. Wypiła herbatę. Tym razem nie skomentowała, iż za słaba.
Rok później, w rocznicę ślubu, Marek kupił mi kolczyki. Srebrne, z małym bursztynem. Siedzieliśmy wieczorem na balkonie, patrzyliśmy, jak nad osiedlem zapalają się latarnie.
— Wiesz — powiedział — mama miała wtedy rację.
Zerknęłam na niego z boku.
— Że zasługuję na kogoś lepszego.
Serce mi stanęło. Ale on dokończył:
— I znalazłem. Tylko iż ona była cały czas obok. Po prostu byłem za głupi, żeby to zobaczyć.
Wzięłam go za rękę. Nie musiałam nic mówić.
Za ścianą sąsiad nastawił wiertarkę. Gdzieś na dole szczekał pies z ósmego piętra. Pachniało lipami i kurzem z remontowanej klatki schodowej.
Pani Grażyna dzwoni teraz raz w tygodniu. Pyta, co u nas. Czasem zaprasza na obiad. Już nie porównuje mnie do żony Tomka. A jeżeli jej się wymsknie, Marek pierwszy przerywa:
— Mamo, u nas jest dobrze.
W kuchni na kuchence stygł niedzielny rosół, ten sam przypalony trochę od spodu, bo zagadałam się na balkonie. Marek wstał, wyłączył gaz, postawił talerze na stole i objął mnie od tyłu, kiedy sięgałam po chochlę.
— Pachnie jak u mamy — powiedział, śmiejąc się cicho.
— Tylko lepiej — odpowiedziałam i nałożyłam mu pełny talerz.









