Pielęgniarka oddziału udarowego, miłośniczka różu, wulkan pozytywnej energii i pasjonatka gotowania. Małgorzata Samolej z Łodzi oczarowała jury „MasterChefa” swoim daniem i zdobyła fartuch. W rozmowie z nami opowiada o tym, dlaczego po trudnym dyżurze zamiast odpoczywać włącza piekarnik, jak wygląda prawdziwa walka o składniki w programie i dlaczego marzy jej się własne kulinarne miejsce w Łodzi.
"Moja praca to ciągła walka o życie, a kuchnia jest moją oazą spokoju"
Karolina Barełkowska: Co daje pani większą satysfakcję - pomoc pacjentom czy zachwyt nad talerzem, który udało się przygotować?
Małgorzata Samolej: Moja praca jest bardzo trudną pracą. Pracuję na oddziale udarowym w szpitalu im. Kopernika w Łodzi. Mam pacjentów, którzy są nieprzytomni. To jest ciągła walka o to, czy pacjent przeżyje dzisiejszą noc, czy nie, czy wróci mu sprawność. Udar często oznacza utratę sprawności. W zależności od tego, który ośrodek mózgu zostanie zaatakowany, człowiek może mieć problemy z mową, przełykaniem czy zwykłym funkcjonowaniem na co dzień. Niektórzy do dzisiaj pozostają niepełnosprawni. To jest ogrom emocji i energii. Człowiek czasami musi się po prostu jakoś wyżyć. Nie zawsze ma się siłę pójść na siłownię czy pobiegać. Dla mnie taką odskocznią jest powrót do domu, włączenie piekarnika na 180 stopni i zrobienie ciasta, chleba, bułek albo ugotowanie czegoś.
KB: Jak udaje się pani pogodzić wymagającą pracę pielęgniarki z pasją do gotowania?
MS: Na ten moment nie pracuję w gastronomii. Nigdy nie pracowałam na profesjonalnej kuchni, nie byłam kelnerką, nie byłam szefem kuchni. Zgłoszenie do programu zresztą nie pozwalało być głównym kucharzem w gastronomii. Moja praca jest bardzo wymagająca, ale tak jak mówię: inni biegają, jeżdżą na rowerze, chodzą na siłownię, a ja po prostu gotuję. To jest moja odskocznia. Ile można oglądać telewizję?
KB: Od kiedy gotowanie jest pani pasją?
MS: Od najmłodszych lat. Moi rodzice byli dość wymagający. Koleżanki jadły pizzę, chodziły do McDonald's, a rodzice mówili: To niezdrowe. A kiedy byłam w gimnazjum, mama powiedziała: Zrób sobie sama. No i zaczęło się. Pierwszym daniem, które sama wymyśliłam, był makaron z twarogiem, wędzonym boczkiem i cebulą. Twaróg był z Czarnocina, czyli z miejsca niedaleko Łodzi. Wyszła mi taka wersja ruskich pierogów, tylko rozłożona na czynniki pierwsze i z boczkiem. Nie miałam wtedy żadnego doświadczenia. Miałam kilkanaście lat i nie wiedziałam, iż jak wrzuci się do garnka makaron, ser i boczek, to wszystko zacznie przywierać. Nasza rodzinna nazwa tego dania do dzisiaj brzmi: "przypalony gar". Potem trzeba było moczyć garnek przez dwa dni.
Ale właśnie takie wspomnienia zostają. Do dzisiaj wracamy do tego dania, bo przypomina nam fajne czasy.
KB:A jakie dania kojarzą się pani najbardziej z Łodzią?
MS: Oczywiście knedle z truskawkami albo ze śliwkami i do tego młoda kapusta. Koniecznie z kiełbaską albo boczkiem. To jest takie typowo łódzkie połączenie słodkiego z wytrawnym. Wiem, iż wiele osób tego nie zna, ale w Łodzi można znaleźć takie dania choćby w restauracjach.
No i oczywiście zalewajka. Moja mama ma też korzenie żydowskie, dlatego u nas w domu na Wigilię zawsze była zupa grzybowa z drobną kaszą jęczmienną.
Ludzie najpierw mówią: Nie, nie, nie, co to jest?, a później próbują i są zachwyceni. Kasza jest zresztą świetna, bo nie zapycha tak jak makaron i można spokojnie zjeść kolejne potrawy.
KB: A jaka jest pani największa kulinarna słabość?
MS: jeżeli chodzi o gotowanie, to najbardziej lubię piec. Kocham zapach cynamonu i uwielbiam robić cynamonki. I właśnie takim daniem wygrałam pierwszy odcinek "MasterChefa". Dostałam immunitet i byłam bezpieczna w drugim odcinku. To były cynamonki z dynią. Wytrawne ciasto drożdżowe, słodki krem mascarpone ze śmietanką, mus dyniowy, a na górze cynamon, kardamon i rozgrzewające przyprawy. Bardzo jesienne danie. Okazało się jednym z dwóch najlepszych w odcinku.
KB:A poza cynamonkami?
MS: Sushi. Kocham je robić i kocham je jeść. I szczerze mówiąc, kilka jest miejsc w Łodzi, gdzie czuję, iż sushi może się równać z tym, które sama robię.
KB: Jest pani kulinarną perfekcjonistką?
MS: Po prostu wiem, iż mogę zrobić coś dobrze. Idę na pizzę i myślę: Ja w domu lepsze ciasto mogę zrobić. Mam piekarnik, który rozgrzewa się do 300 stopni, odpowiednie składniki, więc naprawdę mogę zrobić świetną pizzę. Nie chodzi choćby o to, żeby było taniej. Chodzi o to, iż wiem, co jem i wiem, jak to przygotować
Poza tym ceny jedzenia bardzo wzrosły. Coraz więcej osób zamiast wychodzić ze znajomymi do restauracji spotyka się w domu. Jedna osoba robi sałatkę, druga jakieś danie, ktoś przynosi ciasto. I razem spędzamy czas. Ja często przychodzę do pracy z blachą ciasta albo wytrawną tartą i karmię koleżanki.
KB: Zdarza się pani wrócić z dyżuru tak zmęczoną, iż nie ma pani siły gotować?
MS: Naprawdę rzadko. Mam bardzo dużo energii. Wszyscy mi mówią, iż każdy już idzie spać, a ja jeszcze mam siłę coś robić. Kuchnia jest moją oazą spokoju. To miejsce, w którym się wyciszam. W mojej rodzinie nie spotkałam nikogo, kto lubiłby gotować tak jak ja. Zawsze było: Ty gotuj, my posprzątamy.
I skromnie powiem, iż mało komu nie smakuje to, co robię. Oczywiście czasami coś nie wyjdzie i ląduje w koszu. Tak też bywa.
KB: W programie też nie wszystko szło po pani myśli?
MS: Oj, zdecydowanie. Jednym z największych wyzwań było zadanie w Krakowie. Mieliśmy przygotować danie, które można bezpiecznie podać na świeżym powietrzu, bez chłodzenia i podgrzewania. Nie mogło więc być surowego mięsa czy ryby.
Wymyśliłam ciasto drożdżowe z kremem i pistacjami. Tylko iż dzień wcześniej miałam dyżur. Pacjent przyleciał z udarem około godziny 18. Zanim skończyłam pracę i zdałam dyżur, była około 19. Do domu dotarłam o 20. A w Krakowie musiałam być o ósmej rano. Zaczęłam robić ciasto. Okazało się, iż masło się nie rozpuściło. Wszystko szło nie tak. Była 22, a ja przez cały czas praktycznie nic nie miałam. Płakałam i mówiłam: Dobra, nie jadę. Rzucam to wszystko.
Zrobiłam drugie ciasto. Wściekła poszłam się kąpać. W końcu ciasto wyrosło. O pierwszej w nocy wyjmowałam je z piekarnika. Było jeszcze gorące, kiedy o drugiej w nocy wyjechałam do Krakowa.
KB:To już jest naprawdę poświęcenie.
MS: A na miejscu jeszcze zaparkowałam samochód i dostałam mandat. 300 zł. Pomyślałam:„Boże, ja stąd nie wyjadę. Tragedia.
KB: Wiem, iż nie może pani za dużo zdradzić, ale prosze chociaż powiedzieć czy to, co widzimy w telewizji, rzeczywiście jest aż tak stresujące?
MS: o ile widzicie w telewizji, iż konkurencja trwa półtorej godziny, to dla nas też trwa półtorej godziny. Tylko iż dla nas te 90 minut mija jak 15. Bieg do spiżarni wygląda jak walka o karpia zimą w Lidlu. Do tego wszystko jest gdzie indziej niż w domu. Łyżka nie leży tam, gdzie powinna. Trzeba biegać, szukać, organizować sobie stanowisko i jeszcze sprzątać w trakcie.
W domu przez półtorej godziny można zrobić naprawdę mnóstwo rzeczy. Tam czas leci zupełnie inaczej.
KB: Czego nauczyło panią jury?
MS: Bardzo dużo. Jurorzy nie mówili nam przed oceną, iż danie jest dobre albo złe. W trakcie gotowania dawali wskazówki. Ktoś podchodził i mówił: Gocha, popraw to. Albo: spróbuj, dodaj pieprzu. Bardzo dużą wagę przykładali też do podania, czyli tak zwanego platingu.
Można zrobić najlepsze danie świata, ale jeżeli poda się je beznadziejnie, to nie będzie wyglądało dobrze. Jak mówił Pascal, pies jest chory.
Najważniejsze było jednak to, żeby się nie powtarzać. jeżeli dzisiaj zrobiłaś rybę, jutro pokaż coś innego. Wykorzystaj produkt, ale użyj głowy i zrób z niego coś nowego.
KB: Czy udział w programie był spełnieniem marzeń?
MS: Zdecydowanie. To była przygoda życia. Spełnienie marzeń z dzieciństwa. I niesamowite było też to, iż spotkałam tam tak różnych ludzi. Każdy zajmował się czymś innym. Nie było drugiej pielęgniarki, drugiej osoby od budownictwa czy drugiego nauczyciela włoskiego.
Byliśmy w różnym wieku, mieliśmy różne doświadczenia, różne zawody. I to było naprawdę fajne.
KB: Czy wyobraża sobie pani, iż kiedyś zawodowo zwiąże się z gastronomią?
MS: Bardzo chciałabym mieć swoje miejsce w Łodzi. Pracę pielęgniarki zaczynamy wybierać jako bardzo młodzi ludzie. Mamy 18-19 lat i podejmujemy decyzję, czym będziemy zajmować się w życiu.
Ta praca jest bardzo trudna. Z całym szacunkiem do każdego zawodu, ale my na co dzień patrzymy na śmierć. Odprowadzamy ludzi na drugą stronę. I nie dzieje się to raz w roku. To są dziesiątki takich sytuacji. To zostaje w głowie. Człowiek zaczyna się zastanawiać nad życiem, nad tym, czy jest w dobrym miejscu, czy dobrze wykonuje swoją pracę.
A kuchnia daje mi zupełnie inne emocje. Same przyjemne. Oczywiście czasami coś się rozwali, coś nie wyjdzie i wtedy jest dużo przekleństw. Ale później człowiek się z tego śmieje.
KB: Czyli jeżeli kiedyś zmieni pani profesję, zostaje pani w Łodzi?
MS: Chciałabym. Bardzo lubię to miasto. I bardzo marzy mi się jakieś własne miejsce. Może kiedyś na Piotrkowskiej, może w innej części Łodzi. Chciałabym połączyć gotowanie z czymś, co będzie moje.
Na razie nie mogę zdradzić za dużo, ale mam nadzieję, iż jeszcze będzie o tym głośno.
KB: W takim razie, jak już ustaliłyśmy, iż pani zostaje w Łodzi, to mam inne pytanie. Załóżmy, iż przyjeżdża do pani znajomy z drugiego końca Polski. Gdzie go pani zabiera?
MS: Na pewno do łódzkiego zoo. Uwielbiam je. Teraz szczególnie podobają mi się słonie. Oczywiście Manufaktura i ulica Piotrkowska.
W województwie łódzkim zabrałabym też znajomych do Borysewa. Uwielbiam to miejsce. Mam też takie jedno miejsce w Łodzi, kamienicę z charakterystycznymi, potłuczonymi lusterkami. Zawsze pokazuję je znajomym, bo można tam zrobić świetne zdjęcia.
Lubię również park przy Manufakturze. Można usiąść, pogadać i odpocząć trochę od tłumu. A moje najbardziej osobiste miejsce to Stawy Jana. Od dziecka rodzice zabierali mnie tam na spacery. Teraz często chodzę tam z psem.
KB: A wróćmy jeszcze do pani gotowania. Kto jest u pani w domu największym krytykiem?
MS: No tata, to jest w ogóle dramat. Pyta na przykład: Umyłaś tego pomidora? I dodaje, oczywiście żartobliwie: Pamiętaj, nie gotujesz dla gości, tylko dla nas.
Albo mówi: nie będę tego jadł, a potem się okazuje, iż zjada cały talerz.










